> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kredki Drukuj
Kaja Malanowska   
29.01.2012

 – Chciałybyśmy pomóc – mówimy kierowniczce. – Zrobić coś, co byłoby potrzebne tu, na miejscu.
 – Ale co takiego? – dziwi się pani Iza. – U nas już wszystko jest.
 – Może lekcje polskiego dla dorosłych? – pytamy nieśmiało. – Korepetycje dla dzieci w wieku szkolnym? Warsztaty plastyczne?
 – Ale my mamy nauczycielkę – pani kierowniczka uśmiecha się do nas zza swojego biurka. –   Przyjeżdża cztery razy w tygodniu. I co z tego, jak nikt nie korzysta? – wzrusza ramionami. – Uchodźcy nie chcą się uczyć.
Stary numer. Jest nauczycielka, klasy, tablice, telewizory i DVD. Są dobrze wyposażone kuchnie, siłownia, boisko do piłki nożnej i siatkówki. Cała infrastruktura czeka gotowa, na wyciągnięcie ręki. Tylko że nikt z niej nie korzysta.

Niewiele wiem o tym, jak działa opieka społeczna w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej. Słyszałam jednak, że dostarczanie środków potrzebującym jest tylko jednym z elementów pomocy, jaką się oferuje. Zajmowanie się całą grupą ma sens i przynosi efekty wyłącznie wtedy, kiedy pomagający zwracają uwagę na indywidualne potrzeby poszczególnych osób. Zwłaszcza uchodźców, którzy czują się obco w nowym kraju, do którego docierają często zdemoralizowani przez życie, jakie do tej pory prowadzili, przez głód, niesprawiedliwość czy wojnę, w depresji, w poczuciu beznadziei i przekonani o tym, że nie mają najmniejszego wpływu na otaczającą ich rzeczywistość. Trzeba cierpliwie tłumaczyć, jak wykorzystywać możliwości, prowadzić na lekcje, zachęcać do zajęć sportowych, kierować na kursy i warsztaty. Każdego osobno prowadzić, jak dziecko, które uczy się chodzić.

Oglądamy ponury, brzydki budynek, zwiedzamy kamienne korytarze, lustrujemy malowane olejno ściany, drzwi do kolejnych pokoi, wystawione na zewnątrz stojaki z praniem. Mężczyzn prawie nie widać. Kobiety zerkają na nas podejrzliwie. Nowe twarze, trzeba uważać. Nie wiadomo, kim jesteśmy, może jakieś kuratorki, wizytacja albo z policji nie daj Boże… Apatyczna, tępa atmosfera. Jak mamy pomóc, skoro wszystko już tutaj jest?

Dzieci siedzą na schodach i parapetach okiennych. Przyglądają się nam bez większego zainteresowania. Smutne, zobojętniałe efekty uboczne namiętności rodziców, całkowicie ubezwłasnowolnione dodatki do życia dorosłych, które najpierw przeszły wojnę, jaką zgotowało im starsze pokolenie, a potem, niepytane o zdanie, zostały przywiezione do obcego kraju, do tego dziwnego miejsca, którego nazwy nie potrafią wymówić ani wskazać go na mapie, do domu przypominającego opuszczoną szkołę, w którym nic się nie dzieje.

 – O, ci dwaj właśnie powinni być w przedszkolu – woła pani kierowniczka i rozdziela bijących się czterolatków.
 – To tu jest przedszkole? – dziwi się Magda.
 – Oczywiście. Mamy przedszkole.
Idziemy obejrzeć. Niewielki pokój, podłoga wyłożona kolorową wykładziną, przyjemne mebelki z IKEA. Trudno to nazwać przedszkolem, słowo przechowalnia bardziej pasuje. Są misie i kilka samochodów, żadnych klocków, kredek, farb ani plasteliny. Dwie książeczki z bajkami, poza tym trochę przypadkowych gazet i stare podręczniki. Z dziećmi nikt się nie bawi, ale rodzice mogą je zostawić bezpiecznie na jakiś czas i zająć się własnymi sprawami.

Trzech chłopców przewala się po podłodze, wyrywają sobie plastikowy samochód. Reszta rozeszła się po korytarzach i pokojach. Przed telewizorem siedzi młoda dziewczyna w chustce na głowie i dżinsowym płaszczu do ziemi. Ogląda film. Szarpanina na dywanie trwa kilka minut, w końcu jeden z chłopców triumfuje, zabiera zabawkę i na wszelki wypadek na niej siada. Pozostali patrzą na niego z niechęcią, najmłodszy zaczyna ryczeć. Z nosa lecą mu gluty. Kobieta w chustce odrywa się od ekranu, mówi coś ostro, w niezrozumiałym, pełnym gardłowych dźwięków języku, bierze dziecko na ręce i wtedy nas zauważa.

 – Dzień dobry – bąka nieśmiało.
 – Dzień dobry – uśmiechamy się. – To kiedy możemy zacząć?
 – Kiedy panie chcą – odpowiada kierowniczka.
Czeka nas niełatwe zadanie. Wiemy już, że nie nakażemy dzieciom, żeby przychodziły do przedszkola.
 – Będą chciały, to przyjdą, nie będą chciały, to nikt ich nie zmusi – mówi pani kierownik. –   Nie, nie można ich podzielić na grupy – odpowiada na kolejne pytanie. – Muszą sobie panie radzić same w takich warunkach, jakie tu mamy.

Przez następne tygodnie zbieramy z Magdą materiały, planujemy zajęcia. Kontaktuję się z moją koleżanką Małgosią, która prowadzi prywatne przedszkole.
 – Jak mam, do cholery, skłonić takie małe dzieci, żeby chciały się ze mną uczyć, kiedy wcale nie muszą tego robić? – pytam. – Na dodatek ja nie mówię po czeczeńsku, a one nie mówią po polsku…
 – Nie wiem… – Małgosia rozkłada ręce. – Może wkup się w ich łaski… Zrób coś niepedagogicznego na samym początku. Puść im na przykład film na DVD. Podliżesz się.

Małgosia daje nam kredki i kolorowanki. Od znajomych i rodziny dostajemy kleje, papier kolorowy i brystol. Magda nagrywa odcinek Boba Budowniczego i Świnki Peppe. Do ośrodka dojeżdża się kolejką WKD, a potem autobusem. Musimy wyruszyć o ósmej, żeby zdążyć na dziesiątą. Przed wejściem przystajemy na chwilę. Patrzymy na brzydki, odrapany budynek, brudne szyby. Na balkonach leżą sterty zamarzniętych szmat.
 – To wygląda jak slumsy – mówię. – Denerwuje się – dodaję prędko.
 – Ja też – przyznaje Magda.

W przedszkolu zastajemy piątkę maluchów. Patrzą na nas nieufnie. Rodzice mieli być wcześniej zawiadomieni. Tymczasem najwyraźniej nikt ich nie uprzedził, że przyjedziemy, albo też uprzedził, tyle że nikogo to tutaj nie obeszło. Trudno, będziemy bawić się z tymi, którzy przyszli. Staramy się ośmielić chłopców, ale oni natychmiast odsuwają się od nas z niechęcią. Pani Jasmina, która opiekuje się dziećmi, uśmiecha się zakłopotana. Chciałaby pomóc, ale nie wie jak. Krzyczy na dzieci, żeby były grzeczne. Od razu wyciągamy asa z rękawa. Ustawiamy krzesełka i włączamy kreskówkę. Mamy sprytny plan i czekamy na entuzjazm. Tymczasem dzieci robią wrażenie śmiertelnie znudzonych. Są zirytowane, że każemy im siedzieć na krzesłach. Nie obchodzi ich telewizja. Wiercą się i wykręcają na wszystkie strony. Mimo ostrych upomnień ze strony pani Jasminy po dwóch minutach całkowicie tracą zainteresowanie i rozłażą się po pokoju.

 – Jeżeli one mają taki czas skupienia, to nie wiem, jak sobie poradzimy – mówię z rozpaczą.
Magda wzrusza ramionami. Trudno, brniemy dalej. Bez specjalnej nadziei wyciągamy kredki i kolorowanki.
-Może byście chciały… – bąkamy nieśmiało.
Nie mija pięć sekund, a wszystkie kartki są rozdane, kredki otworzone i dzieci, które wcześniej nie potrafiły spokojnie obejrzeć pięciominutowego filmu, siedzą zafascynowane, jakbyśmy oddały w ich ręce najwspanialszy skarb, a nie zwykłą kolorowankę ze Świnką Peppą. Starsi rysują zawzięcie, tylko dwuletni Islam zajmuje się gromadzeniem flamastrów i chowaniem temperówki do kieszeni, ale kiedy orientuje się, że jego obrazek zostanie powieszony na ścianie, też zaczyna kreślić krzywe kółka i z dumą pokazuje Magdzie swoje dzieło.
 – Bo my tu nie mamy kredek… – tłumaczy pani Jasmina.

Pierwsza godzina mija jak z bicza strzelił. Potem idziemy na plac zabaw. Kiedy przechodzimy przez korytarze, dołącza do nas coraz więcej dzieci. Po powrocie ze spaceru mamy przedszkole pełne maluchów, które rysują, wycinają i wyklejają. Podziw wzbudzają klej, kolorowy papier i spinacze. Nawet pani Jasminie udziela się ogólny entuzjazm i składa z bibułki kolorowe origami.
 – Nigdy nie widziałam takiego artystycznego szału u mojego dziecka – wzdycham.
 – Ja u swoich też nie… – śmieje się Magda.

Po czterech godzinach wychodzimy z ośrodka odprowadzane tłumnie i żegnane z żalem.
 – Wrócimy – obiecujemy. – Wrócimy na pewno.
Jedziemy do Warszawy ledwo żywe ze zmęczenia. Magda przysypia. Mnie wysiadł kręgosłup. Uśmiechamy się jednak cały czas.
 – Taki sukces – mówię. – I kto by przypuszczał, że wystarczą kredki?

  

  

osrodek.jpg

  

Komentarze
Dodaj nowy
Anya   |29.01.2012 13:36:57
Temat pomocy uchodźcom nie jest taki łatwy i prosty jakby się wydawało po
przeczytaniu tego felietonu. Mój brat przez długi czas był bardzo zaangażowany w
pomoc Czeczenom mieszkającym w Polsce, tak bardzo, że nauczył się dla nich
języka czeczeńskiego. Niestety realia takiej pomocy nie są kolorowe. Brat
załatwił kurs języka polskiego dla chętnych i za darmo, pierwsze co usłyszał to
ile fundacja im zapłaci za chodzenie na lekcje języka polskiego. Jak usłyszeli,
że nic, nikt na te lekcje nie przyszedł. Mamy wujka, który prowadzi tartak i
firmę budowlaną, chcieliśmy załatwić im pracę, wujek się zgodził, przyjął na
próbę 10 Czeczenów, po 3 miesiącach nie pracował już żaden i to nie z winy
Polaków. Tego typu sytuacji było mnóstwo, więc nie będę się rozpisywała, napiszę
tylko, że współpraca mojego brata zakończyła się tym, że nie załatwił jakiejś
ważnej sprawy dla kilku uchodźców czeczeńskich, nie z własnej winy, po prostu
się nie dało, Ci oskarżyli go o współpracę z KGB (nie mówili FSB), grożono mu,
tak, że musiał zmienić mieszkanie, telefon, namiary w internecie. Brat zawsze
powtarzał, że robi to wszystko dla dzieci, ale czasami to przerasta człowieka.
Nie wszystko w tych relacjach jest czarno-białe na zasadzie dobry uchodźca - zły
Polak.
Razviedka   |29.01.2012 18:18:57
Czasami wystarczy pare kapsli i trasa wyscigu odrysowana butem na piachu
:)

BTW: "origami" zmienilo sie w "orgiami". Czeski blad
freudowski? :P
Willen   |30.01.2012 05:58:27
Uważam, że Europa musi przestać przyjmować tych wszystkich, ktorzy chcą sobie tu
wjechać. Nie ma na to pieniędzy, nie ma to żadnego sensu ani uzasadnienia. Dość!
osesek  - do Willena   |30.01.2012 10:28:13
A uważaj sobie. Kogoś to obchodzi? To, że nie dostrzegasz w tym sensu ani
uzasadnienia jest skutkiem Twojej ignorancji lub ślepoty. Nie ma powodu, żebyśmy
z Tobą te ułomności dzielili.
Twórzmy idee, nie CO2  - @ Anya   |30.01.2012 14:33:31
Tego samego doświadczyłem z moimi znajomymi pomagając arabom. Oczywiście również
formalnie i zgodnie z prawem. Dochodzisz do wniosku, że albo takim poświęcisz
życie albo oni ciebie prześwięcą. Z jednej strony cierpienie i oskarżenia
prześladowców, którzy nie chcą dać zasiłku, z drugiej, gdy próbujesz wyjaśnić,
że zasiłek nie tak od razu, nie bez dokumentów i bez obecności w urzędach,
niewdzięczność i groźby. A przecież gdy dojdziesz do wniosku końcowego, że
szariat dla nich jest "jednak" czymś odpowiednim, odpowiednie środowiska
rzucą ci się do gardła, jak choćby osesek Willemowi.
Brat nauczył się języka,
chociaż to. Niech przekłada literaturę dla Czarnego.
nebraska   |30.01.2012 16:05:08
Byłam wolontariuszką w jednym z osrodków. Też była nauczycielka i mało kto
regularnie do niej docierał. Było przedszkole, do którego mało kto chodził itd.
Masa dzieciaków, dla których moja obecnośc stawała się atrakcyjna, gdy zbliżał
sie ter,min poprawek w szkole.
Ale ja bym nie ludzi tu winiła. Wszystko
fajnie, ale jeśli 14-latek mówi mi, że nie bedzie sie uczył, bo p0o co, skoro i
tak dostaną negatywa (odmowną decyzję), skoro moznaby dzieciaki wziąc choćby do
centrum, ale trzeba dojechac, a to kosztuje…
wuz   |30.01.2012 22:46:03
miły tekst.
a jednak wkurza naiwność podejścia.
panie odkryły, że zamiast
kreskówki można dać kredki, i że to działa lepiej.
to podstawowa wiedza
pedagogiczna.
nie ma nic wspólnego z pochodzeniem dzieci.
a jeśli już na tym
podstawowym poziomie wykazujecie się brakiem wiedzy, to naprawdę polecałbym
zasięgnięcie rady u ludzi, którzy coś o tym wiedzą.
chyba, że nie chodzi o
skuteczną pomoc, a jedynie o zrobienie sobie samej dobrze, dowartościowanie
własnego ego.
bo to, że dziecko raz się ucieszyło, bo coś narysowało,
kompletnie nic nie znaczy, nie przekłada się na żadną zmianę. nie tylko wśród
czeczeńców, ale i w innych "wykluczonych" środowiskach. a u czeczenów
jest szczególnie trudno, i wiara w to, że kredki coś zmienią, bez zastanowienia
się nad tym, co można zrobić ze strukturami, które nie odejdą tak sobie, jest
dziecinadą.
nawet na takim podstawowym poziomie zmiany wymagają bardzo dużego
przygotowania. w cieszynie działa zdaje się bardzo prężna świetlica krytyki -
może tam warto zapytać? przeszkolić się? a oni tam chyba i tak nie mają do
czynienia ze środowiskiem równie hermetycznym, co dzieci uchodźców.
zioloski   |30.01.2012 23:51:55
Ludzie mają możliwość głębszych odczuć.
Skrzypek  - Do: Twórzmy idee i Anya   |31.01.2012 11:55:21
Troszkę mi to pachnie uogólnianiem własnych doświadczeń na cały problem.
Jak w dobrej starej opowiastce "nie lubię Cyganów bo jedna
Cyganka mi babcię okradła…" Słuszność chyba jednak u Nebraski
bym znalazł- żeby nakłonić/zmusić/namówić uchodźcę do asymilacji, nauki
języka, pracy etc, państwo (i ono, niestety, powinno tu
mieć priorytet, a nie próbujące łatać po nim dziury organizacje
pozarządowe) powinno mieć w ręku jakieś atuty- czytaj: cukierki. W miarę
atrakcyjną pracę. Tanie mieszkanie. Łatwy dostęp do kultury dla
azylantów. Szansę na stopniowe polepszanie przez nich standardu życia.
Niestety, polskie państwo, jak w wielu innych dziedzinach życia, tak i
w tej w ciągu ostatnich 20 lat postawiło na- ulubione słowo premiera-
deregulację. Czyli kompletne wycofanie ze sfer, w których
POWINNO działać. Co tam azylanci- jak się dobrze przyjrzeć dokładnie
tak samo traktuje się, gromko tu sprowadzanych w blasku kamer-
repatriantów polskich ze wschodu. Najpierw feta, potem po
roku zapomogi się kończą, roboty nie ma, a na dalsze opłacanie
mieszkania z zasiłku dla bezrobotnych szans żadnych. Zwalono to na gminy a
teraz próbuje się przepchnąć ustawę, która ma ułatwić ściąganie nowych
repatriantów. Zgadnijcie, kto się nimi NIE ZAJMIE? :D
Personalnie zaś do Twórzmy idee…- Arabowie to nazwa własna, wypada pisać ją w języku ojczystym z dużej
litery, jak każdą inną nazwę własną- więc wierzę, że to tylko
literówka. Ale gdzieś Ty nad tymi Arabami pracował? Z tego co pamiętam
wśród uchodźców w Polsce (raporty "Jednego Świata") Arabów trzeba
by szukać ze świecą, bodajże pierwszą piątkę przywiózł szanowny wielce
oświecony Sikorski minister, a i to raczej są Berberowie libijscy. Chyba,
że mówisz o pracy w inszym jakimś kraju…I doprawdy,
ten szariat….no sorko :)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.01.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89567 Seconds