|
- Wyjdziesz z psem? – pyta M.
- Nie. Nie mogę dzisiaj dotykać psa – odpowiadam.
-Dlaczego?
- Boję się, że się rozpadnie.
- Co ci jest? Źle się czujesz? – w głosie M. słychać autentyczną troskę.
- Nie najlepiej – przyznaję. – To z powodu kotów – dodaje w celu wyjaśnienia.
- Z powodu jakich kotów? – M. otwiera szeroko oczy i z niepokojem ogląda swoje skarpetki.
- Tych odziedziczonych.
- Odziedziczyliśmy koty?
- Nie my, ja odziedziczyłam – niecierpliwię się, że on taki nierozumny. Przecież po domu nie pałętają się nowe zwierzęta. – We śnie odziedziczyłam, to znaczy razem ze snem – dodaję.
M. nie pozostaje nic innego, jak tylko zaproponować, że pójdzie i kupi mi ciastka w piekarni na rogu.
- Dobrze – zgadzam się. – Kup.
Pani Celina przychodziła czasem posiedzieć z mamą mojej babci, kiedy babcia miała coś do załatwienia na mieście. Była wysoka, szczupła, nosiła robione na drutach spodnie w ciemnozielonym albo pomarańczowym kolorze, siwe włosy ścinała równo, przy samym uchu. Prababcia za nią nie przepadała, ale nikt się tym nie przejmował, bo w tamtym czasie prababcia już nikogo nie lubiła. Siedziała w wykładanym zielonym sztruksem fotelu i pytała: Czy oni sobie pójdą? To było jedno z trzech pytań - oprócz: która godzina? i którego dzisiaj mamy? - jakie jeszcze pamiętała, więc kiedy widziała panią Celinę od razu wołała:
- A kiedy ona sobie pójdzie?
- Niestety niedługo - odpowiadała ponuro babcia.
Prababcia zapadała w sztruksowy fotel, opierała swoją maleńką, obciągniętą papierową skórą głowę na dłoni i zasypiała. Pani Celina ruszała się szybko wokół niej, okrywała nogi kocem i jakoś nigdy nie połamała tych chudych patyczków, mimo, że szarpała za nie brutalnie.
- Dzieci, starcy i zwierzęta, mają arcydelikatne kości – mruczała. - Ty im wcale nie współczujesz, prawda? - dodała nagle. - Ty się ich tylko brzydzisz.
Popłakałam się, bo miała rację.
Od pani Celiny zalatywał zapach niemytego ciała, mdlący, słodkawy fetor, który lokował się na długie godziny w dole mojego brzucha. Miała zapadniętą klatkę piersiową i nosiła plecak zamiast torby.
- Mam tylko trzy koty – powiedziała kiedyś. – Ale po nocach widzę całe dziesiątki, albo nawet setki ślepych, schorowanych kociąt, które znajduję na podłodze w kuchni. Rozpełzają się po mieszkaniu i miauczą przeraźliwie. Kiedy biorę je na ręce, czuję jak poruszają pod skórą drobnymi kostkami, a potem te kości pękają z trzaskiem i w dłoniach zostają mi tylko porośnięte miękkim futrem woreczki skóry. Kocięta w moich snach są bardzo stare.
Pochyliła się i długim palcem przyszpiliła mi dłoń do kuchennego blatu.
- To ze zmartwienia mam te sny – cedziła, a jej oczy zajrzały we mnie głęboko, aż do miejsca, gdzie na dnie żołądka leżała twarda, zimna kula. – Kiedy umrę zabiorą moje koty do schroniska, albo uśpią, chyba, że ktoś zgodzi się je odziedziczyć? Może Ty byś chciała?
- Nie! – krzyknęłam, wyrwałam rękę i odskoczyłam.
To było dawniej.
Dwanaście lat później przeprowadziłam się do mieszkania po babci. Pani Celina nadal zajmowała kawalerkę w bloku obok. Widywałam ją co rano, jak maszerowała równym krokiem do sklepu, kupić mleko i mięsne ścinki. Nosiła te same co kiedyś, włóczkowe spodnie w nieco wyblakłych kolorach, z ramion zwisał jej stary czarny plecak, nie zmieniła nawet fryzury, za to przestała pachnieć ludzkim potem. Czułam od niej wyraźny, ostry smród kocich szczyn. Ada z ósmego, ta którą poznałam siedząc z dzieckiem w piaskownicy, powiedziała, że pani Celina ma teraz co najmniej trzydzieści kotów i że kiedy trzepie szmaty na balkonie, do Ady spadają roje karaluchów. Nie wierzyłam w karaluchy, ale w koty i owszem, zresztą całe podwórko o nich mówiło i o tym, że pani Celina zwariowała i że dawno już ktoś powinien odebrać jej zwierzęta, a ją samą wywieźć na Sobieskiego.
Od wariactwa pani Celina zaczęła chudnąć. Kości klekotały jej przy każdym kroku i strzelały w stawach, a nadgarstki uschły i powyginały się jak spaczone drewno.
- Ona nic nie je – wzdychał Wąsacz z warzywniaka i czuć było w jego głosie coś w rodzaju współczucia, chociaż Wąsacz zazwyczaj nikogo nie żałował i najgłośniej krzyczał, żeby zadzwonić po policję i babę zamknąć, kiedy pani Celina zaczęła wywracać śmietniki w poszukiwaniu odpadków. – Ona nic nie je, tylko te swoje zwierzaki karmi. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz chleb kupiła… - ruszał wąsami i kichał. - Wyschła na wiór. Jak umrze w tej swoje norze, to koty nawet jej nie zjedzą, została tylko skóra i kości.
Którejś niedzieli, podczas kazania pani Celina przechyliła się w kościelnej ławce i oparła głowę na ramieniu sąsiada. Koty nie miały najmniejszych szans jej poobgryzać. Nie wiem, co się z nimi stało, nie pytałam. Ada pozbyła się karaluchów, a ja dawno bym zapomniała o pani Celinie, gdyby nie to, że od tamtego czasu śnią mi się po nocach chore, kruche kocięta o zaropiałych oczach.
[fot. dg]
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...