> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Koty Drukuj
Kaja Malanowska   
29.01.2011

- Wyjdziesz z psem? – pyta M.

- Nie. Nie mogę dzisiaj dotykać psa – odpowiadam.

-Dlaczego?

- Boję się, że się rozpadnie.

- Co ci jest? Źle się czujesz? – w głosie M. słychać autentyczną troskę.

- Nie najlepiej – przyznaję. – To z powodu kotów – dodaje w celu wyjaśnienia.

- Z powodu jakich kotów? – M. otwiera szeroko oczy i z niepokojem ogląda swoje skarpetki.

- Tych odziedziczonych.

- Odziedziczyliśmy koty?

- Nie my, ja odziedziczyłam – niecierpliwię się, że on taki nierozumny. Przecież po domu nie pałętają się nowe zwierzęta. – We śnie odziedziczyłam, to znaczy razem ze snem – dodaję.

M. nie pozostaje nic innego, jak tylko zaproponować, że pójdzie i kupi mi ciastka w piekarni na rogu.

- Dobrze – zgadzam się. – Kup.

Pani Celina przychodziła czasem posiedzieć z mamą mojej babci, kiedy babcia miała coś do załatwienia na mieście. Była wysoka, szczupła, nosiła robione na drutach spodnie w ciemnozielonym albo pomarańczowym kolorze, siwe włosy ścinała równo, przy samym uchu. Prababcia za nią nie przepadała, ale nikt się tym nie przejmował, bo w tamtym czasie prababcia już nikogo nie lubiła. Siedziała w wykładanym zielonym sztruksem fotelu i pytała: Czy oni sobie pójdą? To było jedno z trzech pytań - oprócz: która godzina? i którego dzisiaj mamy? - jakie jeszcze pamiętała, więc kiedy widziała panią Celinę od razu wołała:

- A kiedy ona sobie pójdzie?

- Niestety niedługo - odpowiadała ponuro babcia.

Prababcia zapadała w sztruksowy fotel, opierała swoją maleńką, obciągniętą papierową skórą głowę na dłoni i zasypiała. Pani Celina ruszała się szybko wokół niej, okrywała nogi kocem i jakoś nigdy nie połamała tych chudych patyczków, mimo, że szarpała za nie brutalnie.

- Dzieci, starcy i zwierzęta, mają arcydelikatne kości  – mruczała. - Ty im wcale nie współczujesz, prawda? - dodała nagle. - Ty się ich tylko brzydzisz.

Popłakałam się, bo miała rację.

Od pani Celiny zalatywał zapach niemytego ciała, mdlący, słodkawy fetor, który lokował się na długie godziny w dole mojego brzucha. Miała zapadniętą klatkę piersiową i nosiła plecak zamiast torby.

- Mam tylko trzy koty – powiedziała kiedyś. – Ale po nocach widzę całe dziesiątki, albo nawet setki ślepych, schorowanych kociąt, które znajduję na podłodze w kuchni.  Rozpełzają się po mieszkaniu i miauczą przeraźliwie.  Kiedy biorę je na ręce, czuję jak poruszają pod skórą drobnymi kostkami, a potem te kości pękają z trzaskiem i w dłoniach zostają mi tylko porośnięte miękkim futrem woreczki skóry. Kocięta w moich snach są bardzo stare.
Pochyliła się i długim palcem przyszpiliła mi dłoń do kuchennego blatu.

- To ze zmartwienia mam te sny – cedziła, a jej oczy zajrzały we mnie głęboko, aż do miejsca, gdzie na dnie żołądka leżała twarda, zimna kula. – Kiedy umrę zabiorą moje koty do schroniska, albo uśpią, chyba, że ktoś zgodzi się je odziedziczyć? Może Ty byś chciała?

- Nie! – krzyknęłam, wyrwałam rękę i odskoczyłam.

To było dawniej.

Dwanaście lat później przeprowadziłam się do mieszkania po babci. Pani Celina nadal zajmowała kawalerkę w bloku obok. Widywałam ją co rano, jak maszerowała równym krokiem do sklepu, kupić mleko i mięsne ścinki. Nosiła te same co kiedyś, włóczkowe spodnie w nieco wyblakłych kolorach, z ramion zwisał jej stary czarny plecak, nie zmieniła nawet fryzury, za to przestała pachnieć ludzkim potem. Czułam od niej wyraźny, ostry smród kocich szczyn. Ada z ósmego, ta którą poznałam siedząc z dzieckiem w piaskownicy, powiedziała, że pani Celina ma teraz co najmniej trzydzieści kotów i że kiedy trzepie szmaty na balkonie, do Ady spadają roje karaluchów. Nie wierzyłam w karaluchy, ale w koty i owszem, zresztą całe podwórko o nich mówiło i o tym, że pani Celina zwariowała i że dawno już ktoś powinien odebrać jej zwierzęta, a ją samą wywieźć na Sobieskiego.

Od wariactwa pani Celina zaczęła chudnąć. Kości klekotały jej przy każdym kroku i strzelały w stawach, a nadgarstki uschły i powyginały się jak spaczone drewno.

- Ona nic nie je – wzdychał Wąsacz z warzywniaka i czuć było w jego głosie coś w rodzaju współczucia, chociaż Wąsacz zazwyczaj nikogo nie żałował i najgłośniej krzyczał, żeby zadzwonić po policję i babę zamknąć, kiedy pani Celina zaczęła wywracać śmietniki w poszukiwaniu odpadków.  – Ona nic nie je, tylko te swoje zwierzaki karmi. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz chleb kupiła… - ruszał wąsami i kichał. - Wyschła na wiór. Jak umrze w tej swoje norze, to koty nawet jej nie zjedzą, została tylko skóra i kości.

Którejś niedzieli, podczas kazania pani Celina przechyliła się w kościelnej ławce i oparła głowę na ramieniu sąsiada. Koty nie miały najmniejszych szans jej poobgryzać. Nie wiem, co się z nimi stało, nie pytałam. Ada pozbyła się karaluchów, a ja dawno bym zapomniała o pani Celinie, gdyby nie to, że od tamtego czasu śnią mi się po nocach chore, kruche kocięta o zaropiałych oczach.

  

kot500.jpg

 [fot. dg]

  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.01.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 13.36262 Seconds