|
W czwartek rano się rozchorowałam. Rzadko mi się to zdarza. Nic poważnego, zapchane zatoki, katar, można poleżeć w łóżku i poczytać zaległe książki. Leżałam. Przeczytałam. W piątek, z powodu narastających duszności i złego samopoczucia, przypomniałam sobie, że nie mam inhalatora. Zadzwoniłam do bratowej, poprosiłam o receptę. – Dopiero jutro – powiedziała. – dzisiaj mam dyżur. – Dzięki – odłożyłam słuchawkę. Jeden dzień jakoś przetrwam, pomyślałam.
Siedziałam w domu. Leżałam. Czasem wstawałam, żeby pochodzić, zaparzyć kawę. Dzień był jakiś taki przygnębiająco słoneczny. Wierzba na podwórku puściła pierwsze żółtawe listki. Przez okna wpadały roztańczone cienie. Na ulicy od frontu rozpoczął się sezon. Pan Zbyszek i pan Darek urządzili piknik pod moją klatką. Rozstawili piwa na schodkach, rozłożyli papier śniadaniowy. Obierali wędzoną makrelę i karmili koty. Już kiedyś przeżyłam taką wiosnę, pomyślałam, i nie było to wcale przyjemne.
– Wiosna niesie w sobie niepokój – powiedział mój mąż M. na kanapie. On mnie często zaskakuje. Ale to było potem.
Najpierw zagotowałam wody w garnku na inhalację. Żeby lepiej oddychać. Nie, nie mam astmy. To jest nerwowe, jak słowo daję, i nie chcę rzucać palenia. Zanim założyłam ręcznik na głowę, wypaliłam papierosa. Myślałam o tym, że wiosnę powinno się wykasować z kalendarza zaraz po ukończeniu dwudziestego roku życia. Wieczorem wrócił M. Zdałam mu relację ze swoich przemyśleń. Zgodził się ze mną, a potem wyszedł do sklepu i kupił wino i tequilę. Późno w nocy, z powodu wiosennych i alkoholowych nadużyć, przypomniały nam się stare bolączki. Kłóciliśmy się z pasją i byliśmy z tego zadowoleni, a M. tak się zaangażował, że nie zauważył, że za dużo palę. Rano obudziłam się pierwsza. Nie mogłam oddychać. Przestraszyłam się. Próbowałam wziąć gorącą kąpiel. Napić się mocnej herbaty. Zrobiłam inhalację. Nie pomogło. Mój oddech stawał się coraz płytszy i płytszy i wiedziałam, że jeżeli zaraz nie wezmę lekarstwa, to się uduszę. Chciałam biec do sypialni, obudzić M. i krzyczeć, że nie mogę zaczerpnąć powietrza, ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że powie mi na pewno, że to moja wina, bo kto to widział palić, jak się ma astmę. Odchodzić z tego świata obciążona wyrzutami sumienia nie bardzo miałam ochotę. Poza tym nie mogłam krzyczeć. Postanowiłam więc pójść do pokoju Mikołaja i powiedzieć: synku, ja umieram. Ale pomyślałam, że nie powinnam straszyć dziecka. Usiadłam. To przejdzie, powtarzałam sobie. Jeszcze tylko chwilka, pięć minut. Trzeba spokojnie czekać. Poczułam narastające zawroty głowy, z płuc dobyło się niepokojące rzężenie. Wstałam i nie zakładając płaszcza wyszłam z domu. Aptekę na rogu otwierają w soboty już o ósmej rano. To tylko sto metrów. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wokół głowy latały białe, roziskrzone płatki. Nie zdążę, pomyślałam. Naprawdę umieram. I wiecie co? Wcale nie przypomniałam sobie własnego, tak wcześnie odchodzącego życia, ani jedna wzruszającej scena nie stanęła mi przed oczami. Nie pomyślałam, że żałuję, czuję się winna, chciałabym coś wyjaśnić, przeprosić, naprawić, jeszcze się czegoś nauczyć. Zupełnie nic. Nie przyszło mi też do głowy, żeby zadzwonić do męża, rodziców, brata albo najbliższego przyjaciela. Usiadłam na chodniku i jedyna rzecz, jaka ukazała mi się w tym ostatnim momencie przed oczami, to początkową scena z serialu „Sześć stóp pod ziemią”. Na białym tle czarne, wyraźne litery: Kaja Malanowska 1974 – 20… No właśnie, jaki mamy teraz rok?
I wtedy poczułam ogromny żal. W końcu dotarło do mnie, że nie zdążyłam, spóźniłam się, zaniedbałam i teraz już nie powiem tym wszystkim skurwysynom, którzy szkodzili mi przez całe życie, jak bardzo ich nienawidzę. Nie odwinę się pani w sklepie, która nigdy nie ma wydać reszty (idiotka), nie nawrzucam listonoszowi, że naciska domofon zbyt długo, nie nabluzgam sąsiadom, że parkują mi pod oknem i nie zamykają kontenera na śmieci, ani pani z góry nie poinformuję, że jest znerwicowaną wariatką, nie wspominając już o tych wszystkich ważnych postaciach z mojej przeszłości, do których nie zdążę zadzwonić z awanturą, poczynając od Basi Wąs z przedszkola, co się śmiała, że mam głupią czapkę, a na promotorze mojej pracy magisterskiej kończąc. Podniosłam się z ziemi. Tracąc wzrok, dotarłam do apteki i podałam pani w okienku puste opakowanie po inhalatorze.
– Błagam panią… – wyszeptałam.
I nie umarłam. Wyszłam z apteki w wiosenny, rześki poranek i z satysfakcją nabrałam powietrza w płuca. Z tego dzisiejszego umierania to przynajmniej jest jakaś korzyść, pomyślałam, ruszając w stronę domu. Jak przyjdą do mnie w sprawie spisu powszechnego, to nie będę miała najmniejszych wątpliwości. Jestem stuprocentową Polką.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...