|
(fragmenty opowiadania) Zawsze chciałam napisać coś o moim pobycie w Stanach. Ten okres spinam w nawiasy, oddzielam od reszty życia całą serią znaków zapytania i wielokropków. I chociaż staram się bardzo, myślę, rozmawiam, przeżuwam w samotności i znowu rozmawiam, nie potrafię w żaden sposób wkomponować go w przeszłość, jak niepasujący element układanki, niezmiennie odstaje. Jacy są Amerykanie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo ja ich przecież nigdy nie zrozumiałam, nigdy nie potrafiłam poruszać się swobodnie w ich świecie i dlatego musiałam wrócić. W tamtym czasie czułam się jak uwięziona we śnie, który do złudzenia przypomina rzeczywistość, a jednak wszystko działo się w nim trochę inaczej, tak jakby obraz falował i drgał niebezpiecznie, gdzieś na granicy widzenia i kiedy odwracałam wzrok, żeby przyjrzeć się dokładnie zmianie, ona uciekała i znowu lokowała się jedynie w kąciku oka. I chociaż Abigaile tak bardzo kiwała głową nad moją decyzją, chociaż prosiła mnie, żebym została, tłumaczyła, że popełniam błąd, że nie znajdę pracy, będę czuła się po powrocie obco i samotnie, i chociaż wszystkie jej przepowiednie się spełniły, uważam, że podjęłam właściwą decyzję.
Pierwszy raz porozmawiałam z nią na początku roku akademickiego. Weszłam do maleńkiego biura i usiadłam na krześle pod ścianą, które mi wskazała. Odwróciła trójkątną, ostrą twarz od komputera i przyjrzała mi się uważnie. Miała wąskie, brzydkie usta i opadające, poprzecinane siecią spękanych naczynek krwionośnych policzki. Ręce drżały jej, jakby cierpiała na Parkinsona, przez chwilę próbowała złożyć na pół kartkę, którą wyjęła z drukarki, ale w końcu pogięła ją tak bardzo, że dała za wygraną i odłożyła papier na biurko. Wyprostowała się i uniosła do góry brodę, za wszelką cenę próbując opanować drżenie podbródka i widziałam, jak w jej małych oczkach zapalają się wściekłe ogniki. Czułam, że wini mnie za to, że jestem świadkiem jej fizycznej niemocy. Siedziała, więc tam, nie mówiąc ani słowa, budując wokół mnie napięcie, czekając aż zacznę się męczyć i pocić pod naciskiem jej spojrzenia, wyprostowana i milcząca, bez śladu emocji na twarzy, ubrana w luźną spódnicę i włóczkowy sweter, pod którym wyraźnie rysowała się jedna, lekko obwisła pierś, której desperacko starałam się nie zauważać. Wiedziałam, że trzy lata wcześniej przeszła operację i nie zawracała sobie głowy noszeniem staników ani maskowaniem tego, że została amazonką. W końcu zaczęła mówić i mówiła do mnie długo, podkreślając słowa rytmicznymi skinięciami głowy. Mimo ogromnego wysiłku, jaki wkładałam w słuchanie, nie rozumiałam prawie nic z tego, co opowiadała o projektach naukowych, jakie mogłabym wybrać sobie pracując w jej laboratorium. Mamrotała, obracając zdania w ustach jak niedogotowane kluski. Przez pierwsze dwa lata naszej intensywnej znajomości, która miała początek w tym ciasnym, obskurnym biurze, pomiędzy zasmarowaną kredą tablicą a koszem na śmieci, starałam się jedynie zgadywać, co Abigaile ma na myśli, łowiąc pojedyncze słowa w bełkotliwym, nieprzerwanym potoku jej wymowy. Z czasem nauczyłam się ją rozumieć, ale i pod koniec mojego pobytu w Stanach miewałam często trudności z rozstrzygnięciem, czy prosi mnie, żebym zapaliła światło, czy też przyniosła jej notatki. Nie byłoby to aż tak bardzo uciążliwe, gdyby nie fakt, że Abigaile uwielbiała gawędzić i w przyszłości miałam cierpieć wielokrotnie, stojąc w rozkroku, pomiędzy laboratorium a jej biurem, trzymając w ręku przygotowaną do doświadczeń pipetę i wysłuchując niekończących się, męczących dywagacji na temat rzeczywistości uniwersyteckiej. Uśmiechałam się cierpko i przestępowałam z nogi na nogę, żeby w końcu przerwać jej brutalnie i powiedzieć, że naprawdę nie mam czasu na głupstwa, kiedy jestem w pracy. Byłam prawdopodobnie jedyną osoba w laboratorium, o ile nie na całym wydziale, która nie bała się Abigaile i prawdopodobnie tylko z tego powodu zostałam do końca studiów jej ulubienicą, podczas gdy inni doktoranci przechodzili momenty euforycznych zachwytów swojej szefowej, które z czasem zmieniały się w zimną obojętność, a następnie w ataki całkowicie nieuzasadnionej furii. Nie znosiłam jej za te szkodliwe, chorobliwe wybryki, popisy władzy, jakie dawała, wyżywając swoje zmienne nastroje na otoczeniu. Nigdy nie ukrywała, że lubi niektóre osoby bez specjalnych powodów, tak samo jak innych nie znosi, pała do nich niczym nieuzasadnioną niechęcią, silną, gwałtowna i nieokiełznaną, której wyraz dawała na każdym kroku. Latami obserwowałam drobne świństewka, zgryźliwe uwagi i szpile, które wbijała swoim podopiecznym i rosła we mnie nieopanowana wściekłość, a jednocześnie byłam skłonna wybaczyć jej wszystkie ohydne, niskie cechy charakteru, bo Abigaile mnie fascynowała. Fascynowała i przyciągała jak wszystkie silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze. Była wyjątkowa, nieprzeciętnie inteligentna, niezależna i całkowicie nieprzewidywalna. Jednak w momencie naszej pierwszej rozmowy nie wiedziałam prawie nic o jej charakterze, zmiennych humorach i niekontrolowanych napadach złości, dotarły do mnie plotki o tym, że urodziła dziecko w wieku piętnastu lat, że potem skończyła matematykę, została profesorem fizyki i w wieku trzydziestu pięciu lat doszła nagle do wniosku, że interesuje ją genetyka, więc rzuciła pracę na uniwersytecie w Kalifornii i przeniosła się na Midwest. Wiedziałam, że została znanym naukowcem i że cały wydział liczy się z jej zdaniem. Siedziałam więc nieruchomo na krześle i pełna szacunku przyglądałam się tej chodzącej mikrobiologicznej sławie, która zechciała zwrócić na mnie uwagę. Starałam się robić wrażenie osoby, która rozumie wszystko, co się do niej mówi, Abigaile zaś, trzęsąca się, pomarszczona i pełna nieskrywanego zachwytu nad własną osobą, wikłała się w coraz bardziej skomplikowane aspekty rozważań naukowych. Po dwóch godzinach rozmowy, przeplatanej niekończącymi się dygresjami i pytaniami, na które niezmiennie odpowiadałam: „chyba tak”, bo taka odpowiedź wydawała mi się najbezpieczniejszą, zrozumiałam w końcu, że oczekuje od mnie, że wybiorę sobie jeden z dwóch projektów, jakie mi przedstawiła. - Wolałabym pracować nad genem dinC – odpowiedziałam. Abigaile przetarła wiecznie brudne okulary, założyła je na swój ostro zakończony nos i odpowiedziała, że ten projekt jest już zarezerwowany dla kogoś innego. - Myślałam, że dajesz mi dwa projekty do wyboru? – zdziwiłam się. - Ja też tak myślałam - odpowiedziała z całkowicie obojętnym wyrazem twarzy. - Ale w czasie naszej rozmowy zdecydowałam, że wolę Jennifer, tę drugą dziewczynę, która ma u nas pisać doktorat, więc dam jej lepszy projekt. Nie odbieraj mojej decyzji osobiście - dodała. Wstałam. Pizda, pierdolona dziwka, syczałam wychodząc z jej biura. Jak niby mam nie odbierać osobiście tego, co mi zrobiła? I tak oto po raz pierwszy zetknęłam się z okrutnym, pozbawionym skrupułów charakterem Abigaile, z jej rozdętym ego i skłonnościami rozkapryszonego władcy. Zacisnęłam zęby. Nie dam się, pomyślałam, nie dam ci się, nie pozwolę po mnie jeździć, jeszcze zobaczymy, kto tu jest silniejszy. Cztery lata później cisnęłam w nią książką. - Ty głupia dziwko - wywrzeszczałam. A ona stała w drzwiach gabinetu z tym swoim złośliwym wyrazem twarzy, w opadającym swetrze, z jedną wystającą piersią, stała i uśmiechała się do mnie. - Moja krew - powiedziała. - Chyba cię adoptuję. Nigdy, nikomu nie pozwól się zdominować. Rozumiesz? NIKOMU. Jesteś kobietą, a kobiety ceni się tylko, jeżeli są silne. Reszta laboratorium od razu przyjęła mnie do swojego grona, nie przyglądając mi się, nie oceniając i nie zakładając z góry, jaka jestem. Nie przeszkadzał im mój obcy akcent ani to, że kaleczyłam język. Cierpliwie, ze spokojem słuchali tego, co miałam do powiedzenia, z powagą słuchali też Koreańczyków i Chińczyków, w ogóle nieposługujących się angielskim. Z niezmąconym spokojem na twarzy mijali Islama, Muzułmanina, który codziennie o dwunastej rozkładał swój dywanik na środku laboratorium i bił pokłony w kierunku Mekki. Być może właśnie na tym polega fenomen Amerykanów, który zaczęłam odkrywać bardzo powoli, przełamując swoje europejskie uprzedzenia, na ogromnym dystansie do świata i siebie samych, który swój wyraz znajduje w tolerancji i uszanowaniu inności. I do tej pory nie umiem pojąć, w jaki sposób w kraju, który zbudował kult przeciętności, w społeczeństwie, dla którego wzorem i modelem do śladowania jest girl next door i guy upstairs, możliwe jest jednocześnie tak ogromne otwarcie i zrozumienie dla obcych. Bawiła ich moja inność, nadpobudliwość, skłonność do afektacji i zbyt emocjonalnych wypowiedzi. - Nienawidzę tego kraju, mówiłam, wstawiając bakteryjne pożywki do mikrofalówki. Jesteście niewychowani, aroganccy i niedouczeni, powtarzałam rozcieńczając radioaktywne pierwiastki - a oni kiwali głowami z uśmiechem. - No tak, masz rację odpowiadali. No, więc jacy są Amerykanie? Jednego jestem pewna, w przeciwieństwie do nas, europejczyków, nie maja kompleksów i w związku z tym nie potrzebują na każdym kroku zaznaczać, że czują się lepsi. Tymczasem nieszczęsna Jeniffer, która na samym początku studiów otrzymała projekt, o który się ubiegałam, stała się w przeciągu pół roku głównym celem ataków Abigaile. Jeniffer stanowiła uosobienie przeciętnej Amerykanki, gruba, ubrana w rozciągnięty dres i różową czapkę z daszkiem, w sportowych butach, z długimi włosami ściągniętymi w koński ogon, bez śladu makijażu, za to z idealnie wykonanym manikiurem i pierścionkiem z ogromnym brylantem na palcu, chodziła po laboratorium szczebiocąc słodkim głosem, przeciągając ostatnie sylaby w każdym zdaniu w sposób charakterystyczny dla amerykańskich studentek. Wzbudziła moją szczerą nienawiść od samego początku, aż do momentu, w którym zorientowałam się, że uczucie to podzielam z Abigaile, która zaczęła pomiatać Jennifer w całkowicie bezceremonialny sposób. - Nie będę słuchać tych bzdur - mówiła w czasie seminarium i odwracała głowę, a Jennifer czerwieniała na twarzy i spuszczała wzrok. – Najpierw pomyśl, a potem się odzywaj. Napastliwa niechęć, jaką okazywała Abigaile nie była do końca nieuzasadniona. Jennifer niewiele rozumiała z projektu, którym się zajmowała, jednak jej pokorny, czołobitny stosunek do szefowej tylko pogarszał sprawę. Abigaile uprawiała starą, psychologiczna grę w przyciąganie i odpychanie. Należała do tego typu osób, które szanują innych tylko, jeżeli napotykają z ich strony na zdecydowany opór. Tę prostą prawdę o niej odkryłam w czasie naszej pierwszej rozmowy i dlatego radziłam sobie z jej humorami całkiem nieźle. Byłabym niesprawiedliwa w stosunku do Abigaile, gdybym nie wspomniała o tym, że chociaż potrafiła w laboratorium traktować nas w sposób wyjątkowo niesprawiedliwy, na zewnątrz broniła swoich studentów z furią rozdrażnionej lwicy. Wiedzieliśmy doskonale, że jesteśmy pod jej skrzydłami całkowicie bezpieczni. Doktoranci Abigaile, jako jedyni na wydziale, bronili się w określonym czasie, nie byli zmuszani do uczenia studentów dłużej, niż przepisowe trzy semestry i korzystali ze wszystkich możliwych świadczeń, jakie ofiarowywał uniwersytet. Abigaile łączyła w sobie cechy idealnego szefa i najpodlejszego dyktatora. Lubiła dziwaków, miała do nich słabość, zbierała, więc wszystkie nieszczęsne, niepasujące do innych laboratoriów postaci i tworzyła z nich swój własny naukowy zespół. Trudno wymyślić bardziej kulawy system dobierania współpracowników, a jednak działał i to działał nad podziw dobrze. Podziwialiśmy ją, baliśmy się jej i kochali jednocześnie, a ona traktowała nas jak swoje dzieci. Mam poważne wątpliwości, co do metod wychowawczych, jakie stosowała, muszę jednak przyznać, że nauczyła mnie wiele. Kiedy poznałyśmy się bliżej, postanowiła, że z rozhisteryzowanej, nadwrażliwej panienki z Europy Wschodniej, stworzy niezależną amerykańską kobietę-naukowca. Jej cel nigdy nie został osiągnięty, być może, dlatego że okazałam się zbyt krnąbrnym uczniem, jednak lekcje, jakie otrzymałam pamiętam do dziś. Wszyscy Polacy narzekają. Opowiadają sobie nawzajem o przeciwnościach losu, w zamian, za co otrzymują współczucie. Zbliżają się do siebie poprzez codzienną, wspólnie odmawianą litanię skarg. W momencie wejścia do pracy otwierałam usta, z których płynął nieprzerwany potok pretensji do rzeczywistości. Nie zrażał mnie fakt, że Amerykanie nigdy nie zwierzali się głośno ze swoich problemów. Jechałam na kampus przez wilgotne, rozgrzane powietrze, które siadało na moich dłoniach, kolanach, na mojej twarzy i włosach. W dół Orchard Downs, w lewo Lincoln, a potem koło akademików i na prawo, aż zsiadłam z roweru tuż pod budynkiem mikrobiologii, starym, zakaraluszonym, zbudowanym z tektury i sztucznej cegły, pozbawionym okien, ponurym gmachem. Przypięłam rower do metalowego słupka i wbiegłam na górę do laboratorium wściekła i rozedrgana. - Ja już, kurwa, nie mam siły - wrzasnęłam rzucając plecak na krzesło. - Znowu popsuł mi się samochód. Co za gówno, co za pieprzony złom! Nie mam dwustu dolarów, żeby zapłacić mechanikowi, a W TYM KRAJU nie można się przecież poruszać bez samochodu. Ciekawe jak niby mam zrobić zakupy? Abigaile wyszła ze swojego biura i przyjrzała mi się uważnie. Godzinę później, w czasie przerwy na lunch, podała mi zwitek banknotów. - Weź, zreperuj sobie samochód - powiedziała. To był wyjątkowo bolesny z tych licznych razów, kiedy mój stary, dobrze wyuczony kod kulturowy nie zadziałał. Amerykanie porozumiewają się ze sobą za pomocą innego szyfru. To, co zrobiłam, było jednoznacznie brzmiącym sygnałem: jeżeli narzekałam głośno, oznaczało to, że oczekiwałam pomocy, a oni, jako moi przyjaciele musieli mi tę pomoc zaoferować. Stałam przed Abigaile, ściskając w spoconej ręce zwitek banknotów. Czy ona w ogóle rozumie, co robi, zastanawiałam się? Czy rozumie, jak bardzo mnie upokorzyła? Kiedy trzy lat później Abigaile namawiała mnie gorąco żebym została w Stanach, nie spróbowałam nawet tłumaczyć, dlaczego wyjeżdżam. W jaki sposób mogłabym pozostać w kraju, w którym zamiast oczekiwanego współczucia otrzymałam realne wsparcie?  Czytaj też: Drobne szaleństwa dnia codziennego Kai Malanowskiej
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...