Miasto w piątkowy wieczór pełne zapachu odtajałej po zimie, mokrej od stopniałego śniegu ziemi, spalin, kwitnących, lepkich od soku bazi i kociego moczu. Pełne natrętnego zgrzytania tramwajów, warczenia samochodów, jednostajnego szumu dolatujących do mnie urywków rozmów. Zakompleksione, prowincjonalne przykucnięte na brzegu Europy, której rozpaczliwie stara się dorównać, bezustannie ponawiając desperackie próby stawania na palcach. Miasto, w którym się urodziłam, dorosłam, w którym zamieszkałam najpierw siłą bezwładu, a potem z wyboru. Małe, brzydkie, obolałe od nieustannych wysiłków, całkowicie nieciekawe. Miasto, które znam, w którym mieszkałam zbyt długo, na którego ulicach i skwerkach zebrały się napęczniałe wspomnienia ostatnich trzydziestu lat. Pustoszejące wieczorami place, po których tętnią kroki z przeszłości, przystanki tramwajowe nadal przechowujące stare zapachy, strzępki dawnych rozmów, odbicia uśmiechów i spojrzeń.
Przeszłość jest niebezpieczna, jeżeli nie uważać zasysa i wciąga nas pod powierzchnię rzeczywistości. Trzeba stąpać ostrożnie, trzeba nieustannie zachowywać czujność. Moje miasto jest zbyt małe, żeby przemykać po nim, nie obcując z duchami przeszłości, które niezapraszane i niechciane wychodzą wprost na mnie z otwartych drzwi sklepów, spoglądają znacząco z parkowych ławek, biorą pod rękę na przejściach dla pieszych. Idę sama, próbując uciec przed starymi historiami, osobami, z którymi kiedyś wiązały mnie słowa i zdarzenia. Wymijam, ignoruję cienie, oddycham powoli, głęboko, wciągam do płuc przegniły zapach śmietników i betonowych podwórek. W centrum, przy wyjściu z metra mijam sprzedawczynie tulipanów i pana, który wybija rytm na drewnianym taborecie. Podziemiami ciągnie weekendowy, rozmazany tłum. Wieczór taki spokojny, prawie letni. W Alejach Jerozolimskich podnoszę głowę, żeby zobaczyć wysokie, ciemne niebo, które zawisa nad miastem. Wieje ciepły wiatr. Patrzę na podnieconą perspektywą wolnego wieczoru młodzież, chłopców w obcisłych dżinsach i krótkich, ortalionowych kurtkach, dziewczyny w luźnych swetrach, z grzywką odsłaniającą czoło, zaczesaną poprawnie i gładko na jedną stronę. Wybiegają z podziemi po betonowych schodach, rozdzielają się na zakochane, sunące w czułych obcięciach pary, albo rozgadane kilkuosobowe grupki. Znikają w bocznych uliczkach, w drodze do klubów.
Chciałabym wybrać sobie kawiarnię. Kawiarnię, nie klub. Nie lubię klubów, nie lubię Kulturalnej, nie lubię też Powiększenia, ani Planu B, są za duże, zbyt anonimowe. Może po prostu jestem tym pokoleniem, które nie przechodziło dojrzewania w klubach i nie nauczyłam się siedzenia w tłumie. Kawiarnie, do których się przyzwyczaiłam, znikają powoli z ulic Warszawy. Na rogu Miodowej, zamiast Poziomki otwarto sieciówkę w amerykańskim stylu, ciasteczka owsiane, brownies i kanapki z serem pleśniowym albo prosciutto. Młode, uśmiechnięte dziewczęta w długich bordowych fartuchach wiązanych w pasie parzą kawę w dobrym gatunku, podają ją z syropem klonowym albo cynamonem. Na obitych pluszowym materiałem fotelach siedzą modnie ubrani amatorzy dobrej kawy. Patrzą w monitory swoich laptopów. Nie ma już „Pana Pisarza”, który przychodził do Poziomki codziennie, punktualnie o pierwszej, lokował się w rogu przy oknie, na barowym, niewygodnym stołku bez oparcia, zamawiał herbatę i godzinami pisał coś w grubym zeszycie w kratkę, temperując co jakiś czas drewniany ołówek w oliwkowym kolorze. Kiedyś pokazał mi ten zeszyt. Stronice pokryte dziecinnym, rozchwianym pismem. Zdania biegły na skos, czasem od lewej do prawej, czasem od prawej do lewej, całkowicie nieczytelne. Powtarzało się w nich jedno, wyraźne słowo: SKANDAL, wypisane drukowanymi literami. Powiedział, że pisze operę o księżniczce, potem zamknął mi zeszyt przed nosem, wyglądał na przestraszonego, widocznie bał się plagiatu. Przy drewnianych, lakierowanych na ciemny brąz stolikach siedziały zakochane pary, kobiety po pięćdziesiątce w wełnianych żakietach, o wąskich ustach pociągniętych ciemno czerwoną szminką, w białych bluzkach, opiętych na obfitych biustach, przysadziści, posiwiali mężczyźni w tanich garniturach, skropieni zbyt dużą ilością wody kolońskiej. Pili koniak w okrągłych kieliszkach, jedli wuzetki i patrzyli sobie czule w oczy. Ciekawe, gdzie się teraz przenieśli? Gdzie w Warszawie spotykają się kochankowie po pięćdziesiątce? Na Nowym Świecie Bajka, zamknęli ją niedawno. W maleńkiej, zadymionej salce siedzieli pijani studenci filozofii i ASP, przepijali swój skromny miesięczny dochód. Zamawiali desperacko kolejne piwa i skarżyli się na brak pieniędzy, brak perspektyw i ogólną złośliwość rzeczywistości. Lokalni żule zwisali przy stolikach nad szklankami pełnymi kawowych fusów. Starali się dyskretnie dolewać do nich wódkę pod stolikiem, tak żeby szefowa nie zauważyła i nie wyrzuciła ich po raz kolejny tego samego dnia. Przy barze odbywali niekończące się dyskusje na temat opłat pobieranych za korzystanie z toalety.
- No, pani da ten kluczyk. Przecież widzi, jak się meczę…
- Jeden złoty się należy.
- Jak ja nie mam złotówki, moja złociutka…
- Jak nie ma złotówki, to niech się stąd zabiera, tu nie poczekalnia dla bezdomnych.
Dalej Amatorska, nadal istnieje, nawet dobrze się ma. Tuż przy rondzie de Gaulla można napić się rozwodnionego piwa z beczki, zjeść zaschniętą szarlotkę z nieświeżą bita śmietaną, albo kolorową galaretkę z rodzynkami, poczytać gazetę, posłuchać rozmów przy sąsiednich stolikach, czekając, aż pojawi się ktoś znajomy, bo pojawi się na pewno, to tylko kwestia cierpliwości. W Amatorskiej przesiadywał przez wiele lat mój przyjaciel Wojtek. Można go było tam zobaczyć codziennie od godziny czwartej popołudniu do dziesiątej wieczorem, jak ślęczał nad odbitkami ksero, naprzeciwko lustra, z niechęcią, godzinami patrzył sobie w oczy. Wojtek zaczął potem przyprowadzać do Amatorskiej swoją francuską narzeczoną. Czytał jej na głos Sienkiewicza, w ramach ćwiczenia języka polskiego. Kiedyś narzeczona przyszła trochę wcześniej, usiadła sama koło lustra. Jeden ze stałych bywalców, malutki, zgarbiony pan Edzio spojrzał na nią znad swojej gazety.
- A, Księgowa! – zakrzyknął. – Co, Księgowa dzisiaj sama przyszła?
Francuska narzeczona nie dopiła kawy, zabrała swoją elegancką torebkę i wyszła, a następnego dnia zerwała z Wojtkiem.
W Amatorskiej płakałam kiedyś przy stoliku z powodu niezdanego egzaminu z mikrobiologii. Podszedł do mnie wtedy niejaki Pelcu, w owym czasie stały bywalec Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Przestraszyłam się. Był wysoki, chudy, ogolony na łyso. Nosił glany i flyersa. Chodziły słuchy, że jest recydywistą, agresywnym, niebezpiecznym przestępcą.
- Ojej, a co tak płacze? – zafrasował się. Po czym przyjrzał mi się uważnie. – A, w ciąży jest – dodał ze zrozumieniem w głosie i na pocieszenie kupił mi setkę wódki.
Kopię pusty, papierowy kubek po coca-coli. W piątkowy wieczór w Amatorskiej będzie tłok, myślę. Wojtka nie widziałam już dobrych parę miesięcy, jeżeli nie rok nawet, Pelcu zniknął wiele lat temu z ulic w centrum Warszawy, nikt nie wie, co się z nim stało. Może siedzi w więzieniu… Wracam do metra. Przy Placu Bankowym jest jeszcze Bar Kawowy. Rzadko tam przychodzę. Ostatni raz byłam tam zimą. Weszłam zziębnięta, sina na twarzy. Za ladą stała starsza z dwóch królowych owego przybytku, ta mniej sympatyczna, w odwiecznym różowym swetrze zapinanym na wielkie guziki i czarnej, niezmienianej nigdy spódnicy, w typie tych, które pamiętam z wyjazdów na wieś w latach osiemdziesiątych. Ta pani właśnie, z tą swoją pozbawioną wyrazu, wymiętą, bladą twarzą i rozmiękczonymi jak rozgotowane pierogi uszami, oceniła mnie w ciągu pięciu sekund.
- Wiśniówka czy adwokacik? - spytała.
-Wiśniówka - odparłam z rezygnacją.
Zabrałam pięćdziesiątkę do stolika. Obok siedziało trzech panów, też z wiśniówką, ale z piwem i krupnikiem, koniakiem i wódką również. Pochylali się nad blatem, głowy zwisły im nisko, jedna przy drugiej. Jeden z nich ciągnął powoli historię o tym. jak którejś nocy rozciął sobie nogę butelką po piwie.
- Igorek zadzwonił na pogotowie, no i ta kurwa na dyżurce pyta się Igorka: a kolega pił?
- Pił, mówi Igorek, chyba pił…
- To nie jedziemy.
- Ale kolega, mój przyjaciel najlepszy słabnie! - Igorek na to. Czy pani odmawia pomocy umierającemu, on się wykrwawi na śmierć. Więc po takiej wypowiedzi, to już musieli przyjechać, tylko że tego nie pamiętałem, bo odpłynąłem. Przytomnieję na Lindleya - opowiadał pan i łzy mu się w oczach zakręciły. - Mnie plastrami kleją, bandażami owijają, a ja znowu odlatuję i budzę się dopiero rano, w jakimś obcym łóżku.
- Na Lindleya? - pyta jeden ze słuchaczy.
- Nie, na Kolskiej. Ta służba zdrowia do niczego się, kurwa, nie nadaje!
No tak, śmieję się do siebie i dalej kopię kubek. Może do Kawowego, może tam uwolnię się od dręczącej wiosennej nostalgii. Zbiegam schodami do metra, na peron i w ostatniej chwili zmieniam zdanie, wybieram pociąg w przeciwnym kierunku. Wysiadam przy Polu Mokotowskim, na światłach przechodzę przez Rakowiecką, mijam bank, który zajął miejsce Kameralnej. W Kameralnej podawano zawsze wyjątkowo dobre śledzie. W Kameralnej leczyliśmy co niedzielę kaca. Teraz nie ma Kameralnej, nie miewam kacy i nie spotykam się już z tymi, z którymi tam kiedyś chodziłam. Gonią mnie cienie przeszłości, uciekam więc, biegnę koło oświetlonej witryny fotografa, baru tureckiego i komisu, otwieram drzwi do Luny i zatrzaskuje je szczelnie za sobą. Tu czuję się bezpieczna, bo Luna jest tylko moja. Przesiadywałam w niej sama, kiedy mieszkałam jeszcze na Mokotowie. Z antresoli nad barem podsłuchiwałam rozmowy lokalsów. Miałam tam swoich czułych adoratorów, pana Zbyszka i Mariana. Rozglądam się uważnie po malowanej na żółto, brzydkiej salce. Nic się nie zmieniło. Irytujący telewizor plazmowy na ścianie, granatowe lampki w kształcie gwiazdek podwieszone pod sufitem. Z ulgą podchodzę do baru, zamawiam piwo z sokiem. Z wysokiego stołka spogląda na mnie mętnym wzrokiem pan Marian, pan Zbyszek śpi, opierając głowę na złożonych na blacie rękach.
- Ta pani, aczkolwiek ładnie ubrana, nie jest moją dziewczyną. – mówi do mnie pan Marian, wskazując głową kelnerkę, po czym efektownie zawiesza głos.
Płacę za piwo.
- Jestem nieśmiałym facetem, chyba mnie pani pamięta? – w głosie pana Mariana narasta histeryczna nuta.
- Pamiętam – odpowiadam grzecznie.
- Czy mogłaby pani w takim układzie się do mnie pouśmiechać? – prosi, stawiając akcent na „po” i gubiąc bełkotliwie resztę ostatniego słowa.
Siadam więc, popijam piwo i uśmiecham się do pana Mariana, aż do momentu, kiedy zamykają mu się oczy i głowa opada miękko, łagodnie w dół, a potem wchodzę na antresolę i spędzam resztę wieczoru, przyglądając się samochodom sunącym w korku po Alejach Niepodległości, wyliniałym trawnikom upstrzonym psimi odchodami i przerdzewiałym, pogiętym barierkom przy chodnikach. Lubię swoje miasto.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...