Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Świadczenia rodzinne Drukuj
Kaja Malanowska   
20.03.2010
Budzę się wściekła. Wiem, że jestem w furii, zanim zdążę otworzyć oczy. Stopy wystają mi spod kołdry, drętwieją z zimna. Pokój znany tak dobrze, a jednak już obcy, już od dawna nie mój. Wstaję, narzucam szlafrok, wciągam skarpetki i idę do kuchni zaparzyć kawę. W soboty rano ojciec myje podłogi. Myje je tak odkąd pamiętam, co tydzień, zawsze na kolanach, ze ścierką w ręce, chociaż mógłby przecież użyć mopa, zawsze zły, jeżeli ktoś w tym czasie próbuje wedrzeć się do kuchni albo łazienki. Cały rytuał sobie z tego mycia urządził, trwa to godzinami. Trudno, muszę się napić kawy, decyduję, nie będę czekać aż wyschnie. Ojciec łypie na mnie wściekle spod swoich krzaczastych brwi. Klęczy na środku podłogi w samych majtkach i wytartej, niebieskiej koszulce z kołnierzykiem zjedzonym przez mole i starość. Na nagie, chude łydki ma naciągnięte skarpetki z ogromnymi cerami na piętach. Sam je ceruje, żeby nie męczyć niepotrzebnie babci i żeby mama nie zdążyła mu ich wyrzucić. Niektóre jego skarpetki mają po dwadzieścia lat. Wchodzę. Nic nie mówi, on nigdy nic nie mówi, tylko patrzy tym swoim intensywnym ptasim wzrokiem, jak zirytowany kruk, a potem wstaje powoli, podpierając się rękami o taboret, potem o stół. Słońce pada ukośnie przez okno, więc osłania oczy, robi z dłoni taki daszek jak od czapki i przygląda mi się jeszcze przez chwilę, zanim wycofa się sycząc do łazienki. Słyszę jak stawia nierówne, niezgrabne kroki idąc po korytarzu, pociąga lekko jedną nogą, zupełnie tak samo jak i ja. Denerwuje mnie to, denerwuje mnie, że nawet kawy nie mogę sobie zrobić w tym domu bez poczucia winy. Odstawiam z hukiem czajnik na blat i przemykam do pokoju babci. Otwieram biurko. Od dawna wiem, że kluczyk do szuflady leży schowany w doniczce z geranium. Zaczęła zamykać biurko odkąd nabrała podejrzeń, że ją okradam. Jak ona w ogóle może tak źle o mnie myśleć. Wcale nie kradnę, tylko pożyczam. Szarpię się z zamkiem. Szuflada pełna lekarstw. Boże, moja babcia to lekomanka, ewidentnie uzależniona… Czego tu nie ma, wzdycham. Przeglądam napisy na tekturowych pudełkach. To nie, za mocne chyba, po tym to się za bardzo chce spać, od tego mnie mdli… Jest, wyciągam xanaks i błyskawicznie łykam białą pastylkę, całą, bo to tylko 25 mg. Srebrny listek, który trzymam w ręku jest już prawie pusty. Cholera… Trzeba będzie coś jej skombinować, oddać w końcu te prochy… Zamykam biurko, odkładam kluczyk i na palcach wracam do sypialni. Dzwonię do brata.
- Cześć kochanie - mówię, starając się brzmieć jak najczulej. - Wiesz, mam taką małą prośbę. Czy myślisz, że twoja żona mogłaby mi wypisać receptę?
- Na co? Czuję jak brat tężeje po drugiej stronie słuchawki.
- Na nic takiego szczególnego, takie jedne prochy są mi potrzebne chwilowo…
- Znowu babci psychotropy podpierdoliłaś, tak?
- No trochę, tak jakby… Poza tym to nie psychotropy, tylko uspakajające…
- Słuchaj, czy ty jesteś kompletnie nienormalna? Nie możesz łykać tego świństwa bez nadzoru lekarza!
- No twoja żona jest przecież lekarzem.
- Kardiologiem! KARDIOLOGIEM, nie psychiatrą. Oddaj natychmiast te prochy.
- Nie mogę, już zjadłam.
- Jak to zjadłaś? Wszystkie na raz?!
- Nie na raz, tylko przez tydzień…
Słyszę jak słuchawka wali o widełki. Rozłączył się. I tak mi wypisze, nie ma wyjścia, przecież nie będą babci staruszki niepotrzebnie denerwować, nie? Xanaks zaczyna działać, przestałam się denerwować, kładę się rozluźniona na łóżku, w brudnej pościeli, i czytam książkę, dokąd nie usłyszę, że u mamy w pokoju zaczyna grać telewizor. Ona bez telewizora nie może funkcjonować, zasypia przy nim, telewizor pozostaje włączony przez całą noc i dopiero o siódmej rano przychodzi ojciec, żeby go wyłączyć. Matka budzi się i włącza go natychmiast z powrotem, tak jest codziennie. Wznoszę oczy do nieba, a potem odkładam książkę i idę do łazienki, żeby z nią pogadać. Mama wstaje po jedenastej, potem kąpie się godzinami, odmaka w gorącej wodzie. W łazience czyta prasę z całego tygodnia, odbiera telefony i przyjmuje wizyty, jeżeli ktoś odwiedzi ją właśnie sobotnim przedpołudniem. Poirytowany ojciec staje od czasu do czasu w drzwiach. Szczęki zaciskają mu się pod skórą.
- Kotuś, jest już wpół do pierwszej - cedzi przez zęby tak, że słowo „kotuś” przypomina gniewne prychnięcie.
Matka patrzy na niego długo i spokojnie, potem prawa brew wędruje jej do góry.
- Wiem - odpowiada przeciągając sylaby w nieskończoność. - Wiem, mam zegarek.
Ojciec syka, wychodząc zamyka za sobą drzwi. Robi się strasznie duszno, więc wstaję z krawędzi wanny, żeby się w końcu umalować. Mama ma rybi, biały brzuch, który trzęsie się wśród mydlanej piany, kiedy tak leży w wannie i martwi się o mnie.
- Dlaczego ty wszystko na odwrót robisz? - pyta i na twarz wybiegają jej kropelki wody, drobne, liczne, ruchliwe. Nie wiem czy to pot czy para wodna. Staram się nie patrzeć, maluję usta czerwoną szminką, przeglądam się w lustrze.
- Czy ja cię tak wychowałam?
- Nie mamo, to nie twoja wina - odpowiadam, zanurzając puszek w puderniczce.
- Coś musiałam zrobić źle… - rybi brzuch zerka na mnie swoim ślepym okiem.
- Idę już, bo się spóźnię - mówię i odkładam tusz do rzęs na półeczkę pod lustrem.
- Gdzie idziesz?
 Jezu, cholera jasna, co ją to obchodzi?
- Idę - odpowiadam.
- Znowu wychodzisz?
- No przecież właśnie ci powiedziałam, że wychodzę. Do sklepu - dodaję z rezygnacją.
- To jak możesz, kup mi sałatę i…
- Dobra, sałatę, ale więcej nie, ok.? Robię wielkie zakupy i nie dam rady tego wszystkiego przyciągnąć.
Ona ma samochód, a ja nie, myślę, żeby się rozgrzeszyć.
- Dziękuję ci bardzo, w takim razie sama kupię.
- Jezu, mamo… Naprawdę nie dam rady, nie obrażaj się od razu.
- Nie obrażam się, po prostu poradzę sobie sama.
- Dobra - trzaskam drzwiami.
- Mikołaj! - wrzeszczę do mojego dziecka. - Mikołaj, choć pomożesz mi przynieść zakupy!
- Teraz? - Mikołaj jęczy przed komputerem.
- Teraz! - odpowiadam z furią i słyszę w swoim głosie intonację matki, słyszę jak każde słowo wymawiam dokładnie tak, jak ona, i jestem w stanie mordować z tego powodu.
- A nie możemy za pół godziny?
- W takim razie dziękuję ci bardzo, sama sobie poradzę - pogrążam się ostatecznie.
Mikołaj, który ma lepszy charakter niż ja wstaje od komputera, kaszle. Czemu on tak ciągle kaszle? Czy to nie jest aby nerwowe? Boże, a jak nerwowe, co ja mam zrobić? Lekarz mówił, że ma tam jakiś nalot, a jak to nerwowy nalot jest? To moja wina, wszystko moja wina, że on się denerwuje, że mu źle. Dlaczego ja go tak źle wychowuję?
- Załóż szalik, natychmiast! I zapnij się do cholery - warczę.
- Jezu, nie złość się! - Mikołaj wkłada kurtkę powolnym, flegmatycznym ruchem. Potem zabiera buty z półki w przedpokoju, żeby włożyć je i zasznurować siedząc na krześle w kuchni. Ile on ma lat, złoszczę się. Zachowuje się jak zgrzybiały starzec, a nie nastolatek.
- Przecież ja dopiero co myłem tu podłogę! - ojciec wyłania się ze swojego pokoju i patrzy niespokojnie na buty Mikołaja.
- On je tylko założy, przecież są suche! - natychmiast zmieniam front.
- Mógłby je zakładać w korytarzu.
- Sam przecież zakładasz w kuchni.
- Ale ja mam siedemdziesiąt lat - wzdycha ojciec.
- Mikołaj, idziemy, bo zaraz tu zwariuję - mówię przez zaciśnięte zęby. Ojciec wycofuje się na wszelki wypadek do gabinetu. Słyszę jak przesuwa krzesło, zdejmuje coś z półki nad drzwiami…
- Co cię ugryzło? - pyta Mikołaj wciskając na głowę czapkę.
- Nic, zupełnie nic, tylko od miesiąca muszę mieszkać z rodzicami. Banda świrów!
- Ja muszę z tobą mieszkać od szesnastu lat, też nie jesteś specjalnie normalna…
Śmieję się. Wychodzimy razem, ale na dworze zostaję trochę z tyłu. Przyglądam się, jak Mikołaj pociąga prawą nogą, kiedy idzie przede mną, jak podnosi do góry dłoń, zakrywa oczy przed słońcem, a potem odwraca się i patrzy na mnie w ten tak dobrze znany mi ptasi sposób, przekrzywiając głowę na lewą stronę i unosząc ramiona do góry. Czeka, że go dogonię. Niedobrze, myślę. Cholera, zupełnie niedobrze…
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.91880 Seconds