Przepraszam, tym razem będzie inaczej. Napiszę felieton - FELIETON. Miałam tego nie robić, bo się nie nadaję, bo nie lubię i dlatego też, że wolę beletrystykę od polityki. W obecnej sytuacji jednak nie wypada chyba opisywać piękna rozkwitającej wiosny?
Wczoraj spotkałam się ze znajomymi. Siedzieliśmy stłoczeni w rogu kawiarni. Niskie fotele, kolana wystawały nam ponad blat stolika. Między kolanami stały szklanki z piwem, w szklankach plastikowe słomki. Piliśmy szybko, rozmawiali nerwowo. Musieliśmy się śpieszyć, knajpę zamykano o dwunastej, pogrzeb, żałoba narodowa. Kłóciliśmy się. Od tygodnia wszystkie rozmowy obracają się wokół ostatnich wydarzeń. Wspólnie przechodziliśmy przez kolejne etapy: niedowierzania, przerażenia, żalu i frustracji. W sobotę, dziesiątego kwietnia przestały działać telefony, wszystkie linie były zajęte, sieci przeciążone. Ludzie pytali, czy to prawda, nie mogli uwierzyć, potem płakali. Obudził mnie telefon od brata, natychmiast włączyłam telewizor, byłam przerażona. Jeszcze tego samego dnia Warszawa zgodna i wzruszona pobiegła wspólnie pod Pałac Prezydencki złożyć hołd ofiarom. Nie poszłam, nie lubię zbiorowych wzruszeń. Przez kilka dni mijałam ludzi ze zniczami i naręczami kwiatów i miałam wyrzuty sumienia, że idę w przeciwnym kierunku. Znajomi z przejęciem mówili o tych, którzy zginęli. Potem jednak wynikła sprawa pogrzebu i awantura o Wawel. Moi przyjaciele podzielili się zdecydowanie na dwie zwalczające się frakcje. Siedzieliśmy więc w kawiarni, napięci i zdenerwowani, patrzyliśmy sobie wrogo w oczy i dyskutowaliśmy zacięcie.
- Naprawdę, jest mi wszystko jedno - powiedziałam. - Jest mi najzupełniej obojętne, gdzie go pochowają. Nie mam najmniejszego szacunku dla symboli narodowych ani do urzędu prezydenta jako takiego.
- Jak to, nic cię to nie obchodzi? - krzyknął Bartek. Pochylił się gwałtownie do przodu i przewrócił szklankę. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na kapiące ze stołu piwo. – Rozumiem, że możesz nie chcieć dyskutować na temat Wawelu, ale mimo wszystko ta historia powinna chyba wstrząsnąć tobą bardziej niż zwyczajny wypadek. Zginął przecież prezydent Polski. PREZYDENT.
Wtedy pomyślałam o tym, że zbyt wiele nas różni, żebym mogła wytłumaczyć mu swój punkt widzenia, moje uczucia i przypomniałam sobie pewną historię, która zdarzyła mi się siedem lat temu, na samym początku mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. W Stanach spędziłam pięć lat. Przyjechałam naszpikowana stereotypami, najeżona, pełna wrogich uczuć w stosunku do tego społeczeństwa pozbawionego kultury, wychowania i szacunku dla historii. Amerykanie, wiadomo, chamy, buce, nadęte głupki. Wysiadłam na lotnisku w Chicago wprost w objęcia nieznośnego, przepojonego wilgocią midwestowego upału, ciągnęłam za sobą walizki, ciągnęłam za sobą dziecko i z rozpaczą myślałam o tym, że właśnie stanęłam obiema nogami na tej dzikiej ziemi i że muszę na niej pozostać jeszcze parę długich lat, zanim uda mi się wrócić do domu. Z pogardą spojrzałam na urzędnika celnego, trzymałam wysoko głowę, kiedy robił mi zdjęcie, odciskał linie papilarne kciuka. Chamy, myślałam, chamy, skurwysyny, jak oni śmieją mnie tak traktować?
Pierwszy rok minął mi na walce z Amerykanami, na nieustannym okazywaniu im wyższości, potem dostałam nauczkę, która zapamiętam, mam nadzieję, do końca życia. Nie będę się rozpisywać na temat wszystkich moich konfrontacji z kulturą amerykańską, chciałabym napisać tylko o jednej historii, która przypomniała mi się w momencie, kiedy pełen oburzenia Bartek krzyknął: „Przecież zginał Prezydent Polski. PREZYDENT.”
Pisałam doktorat z mikrobiologii na Uniwersytecie of Illinois w Urbana-Champaign. Niestety, wszyscy doktoranci, nawet Ci zagraniczni, nawet bardzo kiepsko mówiący po angielsku, mieli obowiązek uczenia studentów przez co najmniej dwa semestry. W wyniku tego rozporządzenia dochodziło do stałych konfliktów na linii amerykańscy studenci – obcokrajowi wykładowcy. Obrazek czerwonego na twarzy Chińczyka, który oburzony stoi nad rozwalonym na krześle, żującym gumę Amerykaninem był nieodmiennym elementem uczelnianego życia. Ja też czułam się obrażona, że studenci, zwłaszcza mężczyźni, nie wstają, kiedy do nich mówię, stoję koło nich i poświęcam swój czas, żeby coś wytłumaczyć. Złościło mnie, że nie okazują mi cienia szacunku z powodu tego, że jestem starsza, więcej wiem i znajduję się wyżej w akademickiej hierarchii. Zupełnie mnie jednak zatykało, kiedy te dzieci, te osiemnastoletnie szczyle, które dopiero co zaczęły wchodzić w dorosłe życie i niczego, ale to zupełnie niczego, nie rozumiały ani z mikrobiologii, ani z genetyki, w ten sam sposób traktowały swoich profesorów, wzruszały ramionami i wychodziły z sali, jeżeli wykład był nudny. W połowie semestru sytuacja zaczęła się nieco polepszać. Odnalazłam kontakt ze studentami, słuchali mnie, uważali na zajęciach. Nie rozumiałam, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Wtedy właśnie zorganizowano kursy dla obcokrajowców. Poszliśmy na nie niechętnie, były obowiązkowe. Kolorową, rozgadaną w różnych językach grupką weszliśmy do sali i usiedliśmy naprzeciwko psychologa. Jak się potem okazało, była to jedna z ciekawszych i ważniejszych dla mnie lekcji kultury amerykańskiej, a pierwszą rzeczą, jaką wtedy usłyszałam było to, że żaden Amerykanin nie będzie szanował mnie tylko i wyłącznie z powodu stanowiska, jakie zajmuję. Na szacunek musicie sobie zasłużyć, powiedział psycholog, pokazując, ile umiecie i kim jesteście jako naukowcy.
Zginął prezydent mówią znajomi. PREZYDENT, głowa państwa. No dobrze, odpowiadam, ale czy ja muszę szanować kogoś za to tylko, że piastuje jakiś urząd? Czy muszę być wstrząśnięta katastrofą bardziej, dlatego, że zginął prezydent, a nie dlatego, że zginął człowiek?
Parę dni temu w Tybecie doszło do straszliwej tragedii. W trzęsieniu ziemi zginęło ponad tysiąc osób. Gazety zamieściły tę informację gdzieś z boku, za kolejnymi zdjęciami Pary Prezydenckiej, przedrukiem apelu Wajdy i dyskusjami na temat tego, gdzie chować tragicznie zmarłych. Nikt z moich znajomych nie zająknął się na ten temat, wszyscy z przejęciem omawiają nadal skutki smoleńskiej katastrofy.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...