|
Przeprowadziliśmy się. Spakowaliśmy się razem z Mikołajem, wsiedliśmy do taksówki na Ursynowie i wysiedliśmy na Mokotowie. Nareszcie u siebie. Mieszkanie jest dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam i jakie miało być od samego początku, odkąd tylko pomyślałam, że chciałabym się przeprowadzić. Idealne. Tylko że jeszcze zupełnie się nie znamy, mieszkanie i ja. Tego pierwszego dnia leżałam więc na łóżku w swoim pokoju, patrzyłam w okno, na ścianę, w kąt podłogi i czułam się dziwnie. Obca, nieoswojona przestrzeń, pełna zaskakujących załamań, nieznanych geometrycznych kształtów. Ściany za grube, drzwi zbyt solidne, klamki mosiężne, sufit zawisł zbyt wysoko. Zamknęłam oczy. Za ścianą Mikołaj chodził nerwowo po swojej sypialni, od okna do biurka i z powrotem. Słyszałam jak szura, jak idzie do kuchni, do dużego pokoju. W końcu otworzył moje drzwi. Po co się przywlókł, mało ma miejsca gdzie indziej?
- Cześć - powiedział i usiadł obok.
- Cześć - mruknęłam niechętnie. - Czy ja mogę przez chwilę pobyć sama?
- Zawsze chcesz być sama - odparował Mikołaj i wcale nie zamierzał wstać, nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się z mojego łóżka.
Spojrzałam na niego ze złością, z podwójną złością, nie tylko dlatego, że nie chciało mi się z nim rozmawiać, ale też dlatego, że miał rację i wzbudzał we mnie wyrzuty sumienia. Mierzyliśmy się wzrokiem, długo i bezczelnie. W końcu przegrałam, uśmiechnęłam się. Jak on właściwie wygląda, pomyślałam. Nie jest wysoki, raczej krępy, solidny taki. Po kim wziął tę figurę? Nie po swoim ojcu ani na pewno nie po mnie. Może po jednym z moich nieżyjących dziadków, których nigdy nie widziałam? Trudno w ogóle stwierdzić, jak jest zbudowany, bo ubiera się w te swoje workowate bojówki, bezkształtne podkoszulki z trupimi czachami, za duże skórzane kurtki… Przynajmniej w jego twarzy mogę odnaleźć jakieś znajome elementy, wąskie usta, duży, garbaty nos. Tylko że nic nie widać spoza tych opadających, niedomytych kłaków, gdzie on właściwie ma buzię? Przytulił się do mnie i poczułam, że jest ciepły, ciepły, miękki, i pachnie nastolatkiem.
- Zrobię parapetówę, dobrze? Mogłabyś wyjść na noc? - zapytał.
A, więc o to chodziło. Odetchnęłam z ulgą.
- Dobrze, ale nie zniszczcie mi mieszkania.
- Nie… zapraszam tylko dwóch kolegów. Pożyczysz mi pięćdziesiąt złotych? - dodał po chwili wahania.
- Pożyczę.
- A mogłabyś kupić nam alkohol?
- Oszalałeś?! - siadłam gwałtownie na łóżku. - Istnieją pewne granice, nie oczekuj ode mnie, że będę ci jeszcze flaszkę kombinować!
Boże, pomyślałam. Jak ja go wychowuję, powinnam chyba w takiej sytuacji nie zgodzić się na tę imprezę… Otworzyłam usta, żeby wydusić z siebie coś sensownego o szkodliwości nałogów, ginących komórkach nerwowych, ale zamiast tego usłyszałam tylko, jak mówię:
- Musisz poradzić sobie sam. Na pewno gdzieś ci sprzedadzą.
Zawołał psa. Wyszedł. Pół godziny później wrócił mocno zniechęcony, trzasnął drzwiami. Wieczorem ponowił próbę.
- Czy mogę skorzystać z zamrażalnika? - zapytał z triumfem w głosie.
- Jasne.
Wyciągnął trzy półlitrówki.
- Jezu… - jęknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. - Jezu, aż tyle tego? Przecież będzie was tylko trzech, nie lepiej było piwa kupić?
Popatrzy na mnie z pogardą.
- To wcale nie jest dużo, Jurek waży sto trzydzieści kilo, dla niego jedna butelka to prawie nic.
- A przynajmniej sok do tego kupiłeś? - zapytałam słabo, bo zobaczyłam natychmiast te trzy trupy w mojej zarzyganej łazience.
- Na sok pieniędzy nie starczyło.
Justyna pokłada się ze śmiechu.
- Ile kupili? Matko święta, oni ci przecież całkowicie zdemolują lokal, dobrze, że mieszkasz na parterze.
Siedzimy we dwie, po przeciwnych stronach stołu, w maleńkiej, wyłożonej zielonymi kafelkami kuchni. Kupiłyśmy wino, ale już chce nam się spać, chociaż nie dopiłyśmy do końca tej butelki. Justyna podnosi głowę, popłakała się. Ociera rękawem mokre policzki, z trudem łapie powietrze otwartymi ustami.
- No w sumie nic dziwnego, pamiętasz, jak my piłyśmy w ich wieku? Jak kupiłyśmy pierwszą wódkę i poszłyśmy na działki? Wtedy też nie starczyło kasy na popitkę, ale obiło się nam o uszy, że do wódki dobre są ogórki, więc zagryzałyśmy ogórkami. Tylko że one nie były kiszone, ale świeże…
- Nie skończyła się dobrze tamta noc - śmieję się. Dolewam wina i już wcale nie chce mi się spać, bo wiem, że to będzie jeden z TYCH wieczorów, kiedy starcy wspominają swoją młodość. Wiem, że opowiemy sobie po raz kolejny te wszystkie historie i chcę je usłyszeć, chociaż przecież sama brałam w nich udział, sama je potem wielokrotnie opowiadałam i słuchałam ich tysiące razy przez ostatnie dziesięć lat. To są TE opowieści, które nudzą wszystkich naokoło, ale dla nas mają zawsze ten sam urok.
- Jak ona się nazywała, ta dziewczyna? Beata? Renata? Taka ruda, chuda i wysoka, chodziłaś z nią do klasy.
- Renata. Wypiła kiedyś duszkiem szklankę spirytusu. Natychmiast straciła przytomność i spadła ze stołu, bo akurat na nim stała. Potem zwariowała i już nie chciała się z nami spotykać.
- Ty wtedy też straciłaś przytomność - przypominam.
- Tak, a wy zawinęłyście mnie w dywan i chciałyście wynieść na śmietnik, bo myślałyście że umarłam i bałyście się, że rodzice zastaną trupa po powrocie do domu. Mogłam się udusić - dodaje Justyna z pretensją w głosie.
- Nikt cię nigdzie nie wyniósł - bronię się, otwierając następne wino. - Byłaś za ciężka, z resztą wystawała ci głowa, mogłaś się najwyżej zarzygać na śmierć.
- Nie chcę cię martwić - Justyna przygląda mi się z niepokojem - ale właśnie przypomniało mi się, jak Paweł pociął wszystkie meble w salonie. Szablą swojego ojca, bo wydawało mu się, że jest ułanem.
- Nie mam w domu szabli - odpowiadam po namyśle i uspokajam się nieco.
- No cóż, wystarczy nóż…
- Jesteś podła. Nie mam w tej chwili siły się ruszać, jak pocięli, to i tak już są pocięte…
- Łukaszek nawet nie używał ostrych narzędzi, tylko oblał colą ściany w mieszkaniu, jedna po drugiej, bardzo dokładnie.
- Jezu… A ten koleś, co mieszkał na Bielanach, co urządził parapetówę w nowiusieńkim domu swojej ciotki, tak się na początku denerwował, chodził za nami ze ściereczką i wycierał stoły, a nad ranem sam wymyślił konkurs, kto rozbije więcej talerzy o ścianę… Boże, nie powinnam była się zgadzać, nie powinnam była wychodzić.
- Teraz już się nie martw - Justyna dopija wino. - Już się stało. Rano tam pojedziesz i się okaże, co zmalowali.
- Okaże się - bełkoczę pod nosem, wspierając się na Justynie w drodze do sypialni. - Okaże się…
Rano wracam do domu na makabrycznym kacu, ze straszliwą wizją zniszczeń, jakie zastanę po nocnej balandze Mikołaja. Słońce świeci jak na złość, chociaż przecież cały maj był deszczowy, dzisiaj musi akurat napierdalać. Przystanki to ostatnio budują bez sensu zupełnie, kto cholera wpadł na pomysł, żeby przezroczyste dachy na nich kłaść? Człowiek zmęczony i ani skrawka cienia nie może znaleźć, czekając na tramwaj. Wysiadam przy Różanej. Wlokę się ulicą, psy ujadają jakoś wyjątkowo głośno, boli mnie głowa, niedobrze mi. Ja mu pokażę, myślę. Ja już pokażę temu smarkaczowi! Sam będzie z pędzlem po domu biegał i naprawiał, co zdemolował.
Przekręcam klucz w zamku, otwieram drzwi i wchodzę do idealnie czystego mieszkania. Cisza. Idę do dużego pokoju, do kuchni, otwieram lodówkę. Jedna butelka trochę ruszona, dwie następne pełne. W pokoju obok śpi Mikołaj. Siadam na łóżku, głaszczę go po głowie.
- Co się stało? Nie przyszli? - pytam ze współczuciem.
Mikołaj otwiera oczy, patrzy na mnie zaspany, nieprzytomny.
- Przyszli.
- I nic nie wypiliście?
- No jakoś nie. Tak się fajnie gadało, że zupełnie zapomnieliśmy o alkoholu. Ale teraz daj mi proszę spać, położyłem się nad ranem.
Zrywam się urażona, wychodząc, trzaskam drzwiami. Co to ma znaczyć? Ja się pytam: co to w ogóle jest? Co się z tą młodzieżą porobiło w dzisiejszych czasach? Chyba koniec świata się zbliża, bo inaczej sobie tego wytłumaczyć nie potrafię.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...