Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
O sensie życia Drukuj
Kaja Malanowska   
16.05.2010
Ostatnie dni stały się zdecydowanie uciążliwe przez swoją jednostajną, wiosenną nostalgię, która unosi się nad miastem w porannej mgle. Nic się nigdy nie zmieni, cedzę ze złością, przeskakując kałuże. Irytuje mnie tłum w metrze, męczy klekot tramwajów po szynach, ludzie na przejściach dla pieszych. Cmokam, syczę przez zęby, jeżeli ktoś mnie niechcący potrąci. Kwiaciarki, rozdawacze ulotek, brudne stado tłustych gołębi taplające się w mętnej brei wokół ujścia studzienki kanalizacyjnej. Kucają na rozmokłym chlebie, który ktoś wysypał dla nich wczoraj wieczorem. Nie są głodne, nawet nie próbują dziobać. To dziwne, słyszałam kiedyś, że gołębie cierpią na stałe łaknienie, nie mogą zaspokoić głodu i gdyby je nieustannie paść, to w końcu pękłyby z przejedzenia. To pewnie nieprawda, ale kiedy byłam mała, wierzyłam w tę historię i zamartwiałam się, widząc, jak ludzie bez umiaru dokarmiają ptaki.

Wysiadam z tramwaju przystanek wcześniej, mruczę gniewnie na obejmującą się w drzwiach parę. Co oni, cholera, tacy zadowoleni, młodzi są, za parę lat zobaczą, że nie ma się z czego cieszyć. Idę wściekła, macham torbą i klnę pod nosem. Na skwerku przy Dantyszka zwalniam. Mam nadzieję, że ich dzisiaj spotkam i rzeczywiście są. Widzę z daleka, jak statecznym krokiem odmierzają długość trawnika. Ta sama czwórka co zwykle. Spacerują. Czterech mężczyzn w średnim wieku. Jest w nich coś niezwykłego, chociaż zupełnie nie potrafię powiedzieć, co właściwie tak mnie frapuje. Muszą tu przychodzić w jakimś konkretnym celu, nie na przechadzkę po prostu. Idą obok siebie, całą szerokością chodnika, bardzo powoli, tamują ruch. Mijający ich ludzie niecierpliwią się, muszą moczyć buty, włażąc w kałuże, bo tamci nie reagują na „przepraszam”, poruszają się jak zahipnotyzowani, równym, jednostajnym krokiem, odzywając się do siebie półsłówkami, w których nie da się dopatrzeć żadnego sensu, tak jakby rozmawiali znanym tylko sobie szyfrem. Nie śpieszę się, idę za nimi, dostosowując do nich tempo.

Ten po lewej, w skórzanej kurtce, pod wełnianą czapką ma schowane siwe bokobrody. Obok ten w prochowcu i jeszcze tamtych dwóch, też ubranych jakby za bardzo młodzieżowo na swój wiek, kolorowo, a jednak smutno. Wyglądają jak mocno podupadłe gwiazdy rocka, narkomani na odwyku, coś pomiędzy bezdomnymi, którzy niespodziewanie dostali transport używanych rzeczy po zamożnych dwudziestolatkach, a starzejącymi się artystami, którym z czasem przestało zależeć na wyglądzie. Poszarzałe, zmęczone twarze, puste spojrzenia. Zaraz się rozdzielą, dwójka na prawo, dwójka na lewo. Zaczną obchodzić skwerek w kółko, mijać się przy Raszyńskiej i kiwać do siebie poważnie głowami, aż w końcu jednemu z nich się to znudzi i powie: „To ja idę”. „To my też”, odpowiedzą tamci. „Idę”. „My też”. Zawsze tak samo, dzień w dzień…

Dziwne, myślę i nie czekam już na nich, nie zatrzymuję się, żeby popatrzeć, bo znam dobrze dalszy scenariusz. Czy my też będziemy niedługo tak wyglądać, zastanawiam się. Podstarzali, zmęczeni życiem, wędrujący bez celu po parku? Dlaczego nie? W sumie nie jesteśmy od nich wiele młodsi, a każdy z nas zdążył już popaść w apatię, pod ciężarem, który wydaje się nie do uniesienia. Nikt nas nie uprzedził, że kryzys wieku średniego przechodzi się teraz znacznie wcześniej. Wczesny alkoholizm, seksoholizm, depresje i nerwice, rozbite małżeństwa, rozwody, samotność, brak perspektyw i poczucie przegranej. A może to nie jest kryzys wieku średniego, tylko właśnie kryzys młodości, która minęła, bo żadne z nas nie zgodzi się przecież nigdy, żeby wchodzić w jakiś średni wiek, żeby stabilizować się, osadzać. Jesteśmy wiecznie dobrze się zapowiadającymi, poszukującymi mocnych wrażeń, posiwiałymi i mocno już łysiejącymi dziećmi. Pomarszczoną młodzieżą w wiecznym kryzysie.

Pod szkolnym płotem zapalam papierosa. Trochę pochlipuję, użalam nad sobą, ocieram łzy, a potem zaciągam się mocno i wypuszczam z płuc szaroniebieską chmurę dymu. Nagle dzieje się coś przedziwnego, bo z pobliskiej topoli sfruwa mi na ramię wielki czarny gawron i dziobie mnie z całej siły w głowę. I to się dzieje naprawdę, tego akurat nie zmyśliłam. I nieoczekiwanie mój dzień nabiera sensu.
Komentarze
Dodaj nowy
roman z barykad   |24.06.2011 02:01:13
no to ja czekam na takiego gawrona :)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.79573 Seconds