Nie ma herbaty, cholera, dziesiąta wieczorem, nie pójdę przecież na stację w taki mróz. Zakładam kapcie i zbiegam dwa piętra w dół. Szarpię się z klamką.
„Misz, otwórz! Herbaty mi zabrakło!”
Szuranie po drugiej stronie drzwi. Słyszę, jak zgrzyta zasuwka.
Otwiera powoli, flegmatyczny do bólu, ubrany w te swoje szerokie, płócienne spodnie, z wełnianą czapką naciśniętą na wielki łeb. On jej chyba nawet do snu nie zdejmuje.
Wiem, że szybko się stamtąd nie wydostanę, że będziemy gadać długo, palić za dużo… Wchodzę.
Misza jest naszym sąsiadem z siódmego. Zanim został sąsiadem, był już dobrym znajomy, studiowaliśmy razem, a potem połączyło nas podobieństwo przeżyć, praca naukowa w Stanach i gwałtowny szok po powrocie.
„Po co ty to robisz?” Pytali znajomi, kiedy wracałam do Polski. „Tam się nie da pracować, zostań. Tu masz, widzisz, dobrą pensję, samochód, dom sobie kupisz. A gdyby coś ci się przydarzyło, nie daj Boże, to kto ci za szpital zapłaci, hę?”
Śmiałam się. Za szpital w Stanach też nie jestem pewna, kto by mi zapłacił, a w Polsce przynajmniej jest za darmo. Wróciłam i poległam, po pół roku straciłam pracę. Misza w przeciwieństwie do mnie trzymał się dzielnie. Pracował za grosze w marnym instytucie, ale udało mu się zebrać ludzi, rozkręcić laboratorium. Wszystko wyglądało pięknie, praca za pół darmo, ale we własnym kraju, u siebie. Tymczasem we wrześniu ubiegłego roku zaczęły się kłopoty. Teraz Misza nie pracuje, siedzi w domu.
„Pozwolisz, że pozmywam, zlew mi zgnił” – mruczy Misza.
„Jasne”.
Rozglądam się po kuchni. Już tam się żyć zupełnie nie daje. Pusta lodówka, resztki zasuszonej kiełbasy na oknie, kawy nie ma od dwóch tygodni.
„Jak sobie radzisz?” Pytam, kiedy on macza gąbkę w miseczce, nie pod kranem, żeby wodę oszczędzać, takie fanaberie, głupie przyzwyczajenia z zachodu przywiezione. Staje naprzeciw zlewu, na szeroko rozstawionych nogach, oddycha głęboko, przygotowując się do walki.
„No, chyba pożyczkę pod zastaw własnej wątroby muszę zaciągnąć, bo inaczej nie wydolę finansowo. Zużyłem już wszystkie oszczędności” – narzeka. „W tym kraju to się nie daje inaczej, można tylko z oszczędności żyć, jak kto spadek po ciotce-babci dostał albo na gwizdek wała ciągnąć w garniturku, a ja laski nie lubię robić…”
W maju zeszłego roku Misza zerwał ścięgno w czasie gry w kosza. Kuśtykał przez jakiś czas, bolało, ale wiadomo, pracoholik, natchniony naukowiec, nie miał czasu, żeby pójść do lekarza. Owijał tę swoją nogę w jakieś szmaty, smarował żelem. W czerwcu trafił do szpitala, operacja, potem przeszczep jeden, drugi, noga nie chce się do tej pory zagoić. Przeleżał trzy miesiące w Bielańskim, wyszedł i chciał wrócić od razu do roboty. Pojechał do instytutu.
„Wchodzę, a strażnik mnie informuje, że mogę go cmoknąć w klamkę, nie wpuścił mnie” – opowiada Misza, wycierając dokładnie blat, po każdej umytej, przeniesionej na suszarkę szklance.
„Pytam się dlaczego, a tamten mi na to, że dyrektor poinformował go, że stanowię poważne zagrożenie biologiczne dla zakładu. Nie wiem, co oni sobie wymyślili, że niby wylęgarnią straszliwych chorób jestem, bo mam niezagojoną nogę? Chciałem się dostać do dyrektora, żeby się dowiedzieć, o co chodzi, ale bramy przybytku zostały szczelnie zamknięte, jeszcze bym im jakiegoś syfa sprzedał, musieli się pilnować. Prosiłem, błagałem, że tylko na chwilę do biura wejdę, a ten gościu przy bramce nie i nie, żadna siła nie byłaby go w stanie przekonać. Miły był chłopak, to nie jego wina, rozkaz z góry dostał, że mnie wpuszczać nie wolno i tyle”.
„I co?”
„No co, dzwoniłem, nie odbierali. Nawet raz pod okno dyrektora poszedłem i wołałem, żebyśmy pogadali z bezpiecznej odległości. Cisza. Po dwóch tygodniach pismo przysłali. To było najbardziej picassowskie pismo urzędnicze, jakie w życiu widziałem, o wszystkim, tylko żeby nie na temat. W tym piśmie to mnie dyrektor pouczał, żebym poszedł na urlop. Poszedłem i w ten sposób otworzyłem puszkę Pandory. Wracam z tego urlopu, a tam znowu zasieki zrobili, nie chcą mnie wpuścić, że niby zaświadczenie od lekarza pracy potrzebuję. No to do lekarza zakładowego się udałem, a to było zaraz po wizycie w szpitalu Bielańskim, gdzie mi takiej maści leczniczej do rany nawpuszczali. Lekarka zakładowa odwinęła bandaż i wrzasku narobiła. O mało co mi ten babus w gabinecie nie zemdlał. Odwróciła się do mnie tyłem i krzyczy, że mam tam pełno ropy, że straszliwe zakażenie. Próbowałem wytłumaczyć, że to maść tylko, ale się nie dało. Lekarzy zakładowych to się powinno od czasu do czasu badać na okoliczność zdrowia psychicznego, bo o kompetencjach zawodowych, to chyba nie ma co nawet wspominać. Orzekła, że się do pracy nie nadaję, to mnie zwolnili i tyle”.
„Ale jaką miałeś umowę?” – pytam.
„Taką na czas nieokreślony z pazurem permanentności”. Misza odkręca cienki strumyczek wody. Minęło pół godziny i zabrał się w końcu za patelnię, która niepokoiła mnie od jakiegoś czasu. „To w zasadzie była jedyna zaleta tej pracy”.
„No to jak cię mogli zwolnić?”
„A bo widzisz, prostytuty z jednego molocha wzięły się za głowy z innymi prostytutami i do tej pory nad ustawą walczą”. Zawsze trochę czasu zabiera mi, zanim zrozumiem, co Misza do mnie mówi, ma specyficzny sposób wyrażania myśli. Chodziło o spór z ZUS-em, otóż instytut Miszy uważał, że ZUS powinien płacić mu zasiłek rehabilitacyjny, ZUS zaś wcale nie podzielał tego zdania, uznał za to, że Misza powinien mieć wypłacaną pensje. Płacić oczywiście nikt nie ma ochoty. W wyniku owego sporu, mój przyjaciel, pan doktór genetyki, zapalony naukowiec, który przez osiem lat kształcił się na dobrych uniwersytetach w Anglii i Stanach Zjednoczonych, wylądował na bruku. Stracił pracę, bo ma chorą nogę.
„I uważasz, prawnik mi mówi, że ja tę całą sprawę wygram, że zwolnienie było bezprawne, że ZUS też nie ma racji, tylko że nie pracuję od września, a sąd do dziś nie jest w stanie określić terminu rozprawy. Ja się szlajam po tych biurwach z rozbebeszoną nogą i występuję do nich z pozycji menelskiej, o gażę inwalidzką żebrzę, bo nie mogę mieć żadnych dochodów, jak o wsparcie rehabilitacyjne się staram. Nawet zasiłek odpada w takim układzie. Jadę do szpitala, a tam mnie pytają, czy mam ubezpieczenie, to jadę do ZUS-u, a te babsztyle w garsonkach z cepelii mówią mi, żebym w szpitalu wytłumaczył, że mam tak naprawdę, tylko nieformalnie. Nieformalne to ja sobie mogę schować… Ja muszę mieć kolejny przeszczep, bo mi kość z nogi wystaje. Poszedłem do inspekcji pracy. Ta cała inspekcja, wykazała podobny profil kompetencji i entuzjazmu, po dwóch miesiącach orzekli, że mój pracodawca jest mi winien 200 zł w dziedzinie wczasów pod gruszą. Pewno zwrócą mi niedługo ten niebotyczny dług. Chyba sobie spodnie nowe kupię i zapas papieru toaletowego na czarną godzinę”.
„Misza, daj, do diabła, ja ci te naczynia zmyję, nie mogę na to patrzeć!”
„Nie, sam chcę, to mnie uspakaja”.
„A mnie wręcz przeciwnie!”
„Powoli trzeba, dokładnie, ty taka nerwowa jesteś, co za naukowiec z ciebie był?”
Milknę, a Misza w tym czasie bardzo systematycznie, bardzo dokładnie wyciera talerze.
„Jedno wyświechtane słowo: KOMPETENCJA, zupełnie nie radzi sobie w konfrontacji z rzeczywistością polską”. Cedzi wściekle i zaciska zęby tak silnie, że na policzkach odbija mu się wyraźny zarys szczęk.
Kończy, strzepuje ścierkę i wiesza na kaloryferze, żeby wyschła. Idziemy do pokoju, rozłożyć się na tej jego rozklekotanej kanapie, którą na śmietniku chyba znalazł, posłuchać muzyki.
„Widzisz, jak to jest” – wzdycha Misza i kręci sobie papierosa na pocieszenie. „Niestety zmiana mentalności w trybie rozumowania ludzi, którzy tym całym systemem zawiadują, nie nastąpiła. Ta ustawa, o którą mój instytut z ZUS-em się kłóci, została napisana w osiemdziesiątym piątym roku i jest tak niejasna, że wszyscy mają rację. Pełna dowolność interpretacji… No a ja czekam, aż oni dojdą do porozumienia i mogę sobie tak czekać do emerytury, której nikt mi nie wypłaci, bo przecież nie pracowałem. Jak bym wiedział, to bym do Polski nie wracał… A teraz to nawet na bilet autobusowy mnie nie stać, żeby do ZUS-u dojechać”.
No i co ja mam mu powiedzieć, jak tu go pocieszać? O dwunastej zbieram się i idę powoli na górę. Staję na półpiętrze, przypominam sobie, jak na lotnisku w Chicago żegnał mnie znajomy Polak, który zdecydował się zostać.
„Wy młodzi, nawet nie zdajecie sobie sprawy, w co się ładujecie, wracając tam. Czy ty wiesz, że w najlepszym razie, najlepszym, rozumiesz, będziesz w szkole biologii uczyć?” I udało się, teraz uczę biologii! Taki Misza to się dopiero przejechał!
Czytaj fragmenty debiutu powieściowego Kai Malanowskiej - Drobne szaleństwa dnia codzienniego. Wkrótce w Wydawnictwie KP!
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...