|
Wpadam do szkoły jak zawsze spóźniona. Jestem spocona, czerwona na twarzy, dyszę z wysiłku. W drzwiach rozpaczliwie staram się wyminąć grupkę wychodzących na dwór dzieci, potykam się o wycieraczkę i padam jak długa na środku hallu. Walę kolanami o kamienną posadzkę i przez chwilę nie mogę złapać tchu. Zwijam się z bólu w embrionalnej pozycji i zastygam tak na parę sekund. Na podłogę sfruwają kartki ze stosu klasówek, który trzymałam pod pachą.
- Pani Kaju - słyszę nad sobą. Zdejmuję z twarzy kartkę, podnoszę głowę. Nade mną stoi Lenka i patrzy tym swoim zimnym wzrokiem, z miną, która nigdy nie wyraża nic poza bezbrzeżną pogardą dla otaczającego ją świata. Lewa, wyskubana cienko brew podjeżdża do góry. W ustach ssie pasemko włosów.
- Poślizgnęłam się - tłumaczę z zakłopotaniem i podnoszę ciężko na kolana. Zbieram kartki. Lenka pochyla się i żeby nie było, że stara mi się pomóc, tak od niechcenia przesuwa nogą dwie, trzy klasówki, a potem podnosi je z podłogi i podaje mi z westchnieniem.
- Ma pani dziurę w rajstopach.
- A tak, tak… - staram się obciągnąć spódnicę.
- Zamierza pani tak chodzić po szkole cały dzień? - brew Lenki wędruje jeszcze wyżej. Czuję, jak robię się coraz bardziej czerwona pod jej drwiącym spojrzeniem.
- Nie bardzo mam teraz czas, żeby wrócić do domu i się przebrać - tłumaczę, a potem dodaję już groźnie, żeby uratować jakoś swoją pozycję: - O jedenastej mamy lekcję w szesnastce, mam nadzieję, że będziesz.
- Będę - Lenka podaje mi dziennik. – Będę, przecież jestem zawsze, to najwyżej pani się spóźnia.
Wzrusza ramionami i mija mnie obojętnie powolnym krokiem, obciągając jednocześnie bluzę na goły brzuch i odsłonięty pępek, w którym dynda długi kolczyk ze szklanym niebieskim oczkiem. Powinnam spytać, dlaczego kieruje się na boisko, skoro właśnie kończy się przerwa, kazać jej przynajmniej włożyć kurtkę, przecież jest zimno, przypomnieć, żeby nie paliła w szkole. Zamiast tego wzdycham tylko i bezradnie patrzę, jak sunie w stronę bramy tym swoim flegmatycznym, pełnym podwórkowej nonszalancji krokiem i znika za rogiem budynku.
O jedenastej stawiam się punktualnie pod klasą. Otwieram drzwi do małej salki, w której odbywają się indywidualne zajęcia albo spotkania z psychologiem. Lenka wchodzi, siada przy biurku. Tym razem ma na sobie kurtkę, brązową, krótką ortalionówkę z kapturem obszytym futrem. Nie pytam, dlaczego nosi kurtkę w szkole, a zdejmuje ją na dworze, staram się tylko ukryć podziurawione rajstopy pod spódnicą.
- Wyjmij zeszyt. Odrobiłaś pracę domową? - pytam.
- Odrobiłam - odpowiada obojętnie i wkłada do ust lizaka, którego wcześniej ostentacyjnie odwijała z kolorowego papierka. Pochyla głowę, ale widzę, że z napięciem śledzi moją reakcję, przygląda mi się spod opuszczonych powiek. Uśmiecham się. Wiem, że ostatnio się stara, że zaczęło jej zależeć. To chyba jakiś cud.
- No, pokaż zeszyt - wyciągam rękę.
Lenka posyła mi długie, obojętne spojrzenie, podaje zeszyt, a potem wyciąga przed siebie chude nogi w obcisłych dżinsach i opiera stopy na krześle obok. Przez chwilę przyglądam się jej filigranowej figurce. Zaraz skończy 17 lat, a wygląda, jakby miała 14. Drobne, kościste ramiona, cienkie obojczyki, płaski, odsłonięty brzuch, biały T-shirt z różowym napisem. Zaczęła się ostatnio malować. Grube czarne kreski, cień do powiek w jaskrawym niebieskim kolorze, źle dobrana ciemna szminka…
- Dobrze - mówię. - Bez jednego błędu. Sama widzisz, że potrafisz, jesteś bardzo zdolna - dodaję.
Lenka pozwala sobie na lekki uśmiech, ale w następnej chwili twarz kamienieje jej znowu i tylko pyta, czy wpiszę jej piątkę do zeszytu, żeby mogła pokazać tym zdzirom w bidulu, że się uczy.
- Wpiszę, wpiszę, ale dlaczego tak źle mówisz o swoich wychowawczyniach? O, a co to jest? – wskazuję równiutkie rzędy drukowanych liter na marginesie zeszytu: „JGPS”, jedno pod drugim, przez wiele stron, na końcu wypisana kaligraficznym pismem cyfra 2864.
- Zakład.
- Jak to zakład?
- No zakład, normalnie. Ale nie mogę powiedzieć, bo to brzydkie wyrażenie.
- No powiedz - zaczynam się niezdrowo interesować. – Jaki zakład?
- Zwykły. Założyłam się z koleżanką, kto więcej razy napisze „JGPS”.
- Ale co to znaczy? – umieram z ciekawości.
Lenka milknie, patrzy na mnie przez chwilę, a potem pyta konspiracyjnym szeptem: - Nie powie pani nikomu?
- Nie. - Podnoszę prawą rękę i krzyżuję dwa palce w geście wyrażającym tajną przysięgę.
- To znaczy: „Jebać Gąsowskiego Pierdolonego Skurwysyna”.
- Aaaa…. – jestem trochę zawiedziona. – A kto to Gąsowski?
- Taki kolega z Berlina.
- Dlaczego go tak nie znosisz?
- No bo u nas na Berlinie to ustaliliśmy takie prawo, że nie można słuchać punkowej muzyki.
Zerka na mnie zaczepnie spod opadającej grzywki. Uczę się bardzo powoli, ale tyle przynajmniej już wiem, że Berlin to podwórko przy bloku, w którym mieszkają rodzice Lenki. Dom dziecka nazywa po prostu placówką albo bidulem.
- Aha - staram się wykazać zrozumienie. - Ale ktoś może lubić słuchać punka i takiego prawa nie uznać…
- No, Gąsowski właśnie nie uznał. On jest w ogóle pojebany, ostatnio to mnie w krzaki ciągnął. O! – Lenka odsłania długą, chudą szyję i pokazuje krwawą malinkę pod lewym uchem. - Na szczęście chłopaki mu wpierdol spuścili.
- Lenka! - krzyczę zupełnie bez sensu. – Jak ty się wyrażasz? O Boże, pobili go, nic mu się nie stało?
Po czyjej ja niby jestem stronie, myślę ze złością i gryzę się poniewczasie w język.
- Stało się, stało, ale teraz przynajmniej zapamięta, żeby mnie nie zaczepiać.
- No tak - przyznaję.
- Stało się. Jak go kopali, to mi się nawet go żal zrobiło. Sąsiad chciał policję wezwać, ale nie przyjechali, bo nas znają. Psy wiedzą, że jak my, blokersi, coś postanowimy, to to zrobimy i koniec. Nas się wszyscy boją.
Lenka nie patrzy mi tym razem w oczy, mówi cicho, bez emocji, jakby w ogóle nie obchodziło jej, czy słucham. Wiem jednak dobrze, że chce na mnie wywrzeć wrażenie, zależy jej.
- Czemu ty się z blokersami kolegujesz?
- Ja JESTEM blokersem!
Wzdycham.
- Dobrze, wystarczy już tego dobrego. Choć do tablicy, poćwiczymy układy równań. Czy ty w ogóle cokolwiek z tego pamiętasz? Powinnaś, to materiał jeszcze z zeszłego roku.
Wiem, że zachowuję się jak typowy okropny rodzic albo wychowawca: kiedy nie wiem, co powiedzieć, wydaję rozkazy albo się czepiam. Ale Lenka już się rozkręciła. Dziecinna, drobna twarzyczka pod warstwą grubego makijażu zatraciła dawny wyraz obojętności, świecą jej się oczy, odgarnia z czoła gęste, farbowane na czarno włosy, uśmiecha się do mnie z przejęciem. Opowiada o domu dziecka, o wychowawcach, o tym, jak wyrzuciła ze złości trzy krzesła z trzeciego piętra, jak sypiała za karę na drewnianych skrzyniach na korytarzu, bez pościeli, w samej pidżamie, do rana. Jak uciekła z domu, pobiła koleżankę. Jeszcze pół roku temu nic z niej nie można było wyciągnąć, musiałam udawać, że nie wiem, gdzie naprawdę mieszka. Teraz tylko słucham, nie komentuję, bo nie mam pojęcia, czy tak naprawdę powinnam się wtrącać.
Czasem włosy stają mi dęba na głowie. Opowieści o młodocianych kryminalistach, o wychowawcach z domu dziecka, którzy boją się swoich wychowanków, zostawiają im więc pełną swobodę, a w razie problemów wzywają policję, nieodmiennie stosującą jedyny słuszny i skuteczny środek perswazji, czyli bicie. Jak to możliwe, że ona taka się uchowała, myślę. Lenka jest silna, niezależna i nieprzeciętnie inteligentna. Wychowawcy z domu dziecka mają do niej pretensje, że „się zawiesza.” O czym ona tak ciągle duma, po co ona tak myśli i myśli, krzywią się.
Kiedy miała siedem lat, uciekła z bratem od rodziców. Wyszli z domu, tuż przed Nowym Rokiem, w czasie jednej z pijackich awantur. Zabrali ze sobą po dwie krzywo ukrojone, zawinięte w celofanową folię kanapki i butelkę wody mineralnej. Straż Miejska znalazła ich po tygodniu, na wpół zamarzniętych, w drewnianym domku na działkach. Oboje dołączyli do starszego rodzeństwa w domu dziecka. Od tego momentu zaczęło się dla Lenki wchodzenie w samodzielne życie. Nikt nie próbował jej nigdy tłumaczyć, czym powinna się kierować, jakich zasad trzymać. Patrzyła swoimi poważnymi oczami na otaczającą ją rzeczywistość i sama podejmowała decyzje o tym, co jest słuszne, a z czym nie należy się zgadzać. Kiedy trafiła na „placówkę”, była najmłodsza ze wszystkich dzieci, teraz jest prawie najstarsza. Żyje we własnym świecie, nie uznaje cudzych reguł, ani reguł wychowawców, ani kolegów.
Jest blokersem i czuje się z tego powodu dumna, ale poza wypadkiem, kiedy molestował ją kolega, i tym zdarzeniem, kiedy w jej obecności koleżanka ukradła pięcioletniemu dziecku pieniądze, nigdy nie użyła przemocy. Trzyma się z dala od bójek ulicznych, mówi z pogardą o agresji jako o przejawie słabości. Jak każdy ma potrzebę przynależności do grupy, ale trzyma się z boku, rzadko pozwala sobie na wchodzenie w bliższe relacje i może właśnie dlatego udało jej się do tej pory balansować na granicy prawa, nie narobiła sobie kłopotów. Jej brat i dwie siostry od dawna siedzą w zakładach o zaostrzonym rygorze. Ma w głowie zdumiewającą mieszankę składającą się z powybieranych starannie kawałków rzeczywistości, zlepionych razem w przedziwny patchwork, osobną, niepowtarzalną wizję świata - świata Lenki. Czym zaowocuje ta wizja w przyszłości, w którą stronę pójdzie Lenka, kiedy skończy osiemnaście lat i wróci na Berlin, do rodziców, boję się nawet zgadywać. Na razie więc próbuję tylko wbić jej do głowy reguły związane z zależnością x od y, wytłumaczyć, co to cięciwa okręgu, jaki jest wzór na pole stożka…
Dzwonek. Otrzepuję ręce z kredy.
- Zasłoń sobie może tę malinkę - mówię i poprawiam jej kołnierzyk.
- Dobra - przesuwa ręką wzdłuż szyi, wyjmuje spod bluzy srebrny łańcuszek z medalikiem.
- O! - dziwię się – masz medalik, a myślałam, że jesteś niewierząca. Kiedyś mi to powiedziałaś, coś się zmieniło?
- Jestem niewierząca, ale wierzę w papieża.
- Jak to w papieża?
- Normalnie, w papieża Jana Pawła II.
- Wierzysz w co? Że on jest święty?
- Tak.
- No to chyba musisz też być katoliczką?
- Nie, żadnym katolem nie jestem.
- No ale nie możesz przecież wierzyć w papieża, a jednocześnie nie wierzyć w Matkę Boską, Jezusa… To trochę nie ma sensu.
- Mogę - odpowiada spokojnie Lenka, wzrusza ramionami, składa zeszyty i wychodzi, zostawiając mnie w klasie sam na sam ze zdumiewającym paradoksem jej wiary.
—
Już w księgarniach Drobne szaleństwa Kai Malanowskiej!
To bardzo ciekawy obraz depresji - można zobaczyć, jak
to wygląda z perspektywy takiej osoby - o Drobnych szaleństwach dnia codziennego Kai Malanowskiej
w programie Dzień dobry TVN mówi Anna Dziewit.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...