Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Karolina Drukuj
Kaja Malanowska   
27.05.2010
Kiedy pierwszy raz weszłam do tej klasy, siedziała tyłem. Nie drgnęła nawet, kiedy zaczęłam czytać listę. Nie odpowiedziała „jestem” przy swoim nazwisku, ale odwróciła głowę i mogłam przyjrzeć się jej uważniej. Było coś dziwnego w tej przeraźliwie chudej twarzy, tak że patrzyłam na nią zdecydowanie zbyt długo i zbyt ciekawie. Jak na dziecinnym obrazku, wykrzywiona buzia, w której poszczególne elementy odstają wyrysowane zbyt grubą, niewprawną kreską, szerokie, płaskie czoło, wystające kości policzkowe, wyraźna, kwadratowa szczęka, a wszystko obciągnięte napiętą do granic wytrzymałości, półprzezroczystą skórą.

- Od dzisiaj będę was uczyć biologii – powiedziałam, z trudem odwracając wzrok. - Może zaczniemy od czegoś miłego, na przykład opowiecie mi, co robiliście w wakacje.
 O Boże, pomyślałam natychmiast, co za banał, przecież to nie są małe dzieci, żeby proponować im coś podobnego. Ale klasa nieoczekiwanie się ożywia. Mówią z przejęciem, przerywając sobie nawzajem, o Grecji, Francji, ciepłym morzu i plaży. Większość spędziła czas za granicą. Karolina słucha w milczeniu. Sunie obojętnym wzrokiem po otwartych oknach, ścianie i tablicy, a potem ogniskuje spojrzenie na mnie, odgarnia cienkie, jasne kosmyki za odstające ucho.

- Kiedy byłam nad morzem, weszłam na skarpę - odzywa się nagle. - A tam zobaczyłam akwarium, w którym mieszkał diabeł.

Wszyscy umilkli. Podeszła do mnie po lekcji.

- Przepraszam - powiedziała.

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytałam.

- Nie wiem, chyba na złość.

Karolina wraca do domu metrem. Składa duże męskie dłonie na wystających kolanach. Nogi jak dwie wysuszone gałęzie obciągnięte materiałem, zbyt blade ręce, o zbyt drobnych nadgarstkach, poprzecinane niebieskimi żyłami. W żyłach płynie krew, myśli. Krew pulsuje, jest żywa i jest obrzydliwa. W oknie pociągu czai się strach. To jej własna twarz, zniekształcona przez odbicie w szybie. Niedługo wysiądzie z wagonu, za pięć minut, jeszcze tylko dwie stacje, jeszcze tylko jedna i popłynie po peronie w strumieniu głów, ramion obsypanych łupieżem, obcych, niedomytych ciał. Wjedzie po ruchomych schodach, wyrwie się z tłumu i odetchnie głęboko powietrzem pełnym spalin. W tramwaju jest luźniej, nikt jej nie dotyka, nie czuje zapachu ludzi, nie robi jej się słabo, trzyma się pewnie metalowej rury, układa torbę na podłodze, pomiędzy nogami. Z tyłu, oparty o okno stoi chłopiec. Ile on może mieć lat? Patrzy na nią intensywnie, jego oczy strzelają spod długiej grzywki, jego oczy się śmieją. Znam go, myśli. Skądś go dobrze znam… Pamięta, że jest miły, dowcipny, pamięta, że mówi zawsze dużo i głośno, rusza się gwałtownie. Nie odzywaj się do mnie. Nie mów i nie patrz na mnie, bo z każdą chwilą zastygam coraz bardziej, grzęznę w bezruchu, a ty i twoja pełna nieuzasadnionej radości energia przypominają mi o tym, że muszę, że wciąż powinnam coś robić, do czegoś dążyć, przeciwstawiać się, zgadzać, posuwać z prądem, albo pod prąd w nieustannym, przepełnionym wysiłkiem ruchu. Ale on się wcale nie odzywa, uśmiecha tylko nieśmiało i odwraca głowę, patrzy w dół ulicy, dotyka wzrokiem pieszych, goni oczami samochody. Teraz jej żal. Dlaczego nic nie powiedział?

Wysiada przy Mariensztacie. Sztywnym krokiem lunatyczki idzie wzdłuż skarpy, wdycha zapach kwitnących kasztanów i bzu, przecina w pół wyłożony kostką placyk, mija sklep rowerowy i kamienną fontannę, której nigdy nie wypełnia woda. Siada na ławce w ten właściwy sobie, zautomatyzowany sposób, tak jakby jej ciało nie składało się z giętkich stawów, kości i mięśni, tylko twardych, źle dopasowanych części, które ktoś złożył niedbale w całość, w taki sposób, że uderzają i trą o siebie nawzajem przy każdym ruchu. Patrzy w górę, na kołujące tuż nad dachami gołębie, na otwarte okno strychu, przez które widać sznur z rozwieszoną bielizną. Ma wyrzuty sumienia, że wcześniej wyszła z lekcji. Ma wyrzuty sumienia, że nie rozmawiała z matką przez ostatni tydzień, że nie odezwała się w ogóle do nikogo. Czasem zalewa ją woda, brudna, pełna zielonych glonów i cudzych odchodów woda wypełnia jej usta, nie może wtedy mówić. Tyle osób, rodzice, lekarz, znajomi, wszyscy myślą, że mogą pomóc, że coś zmienią przez sam fakt, że im zależy. 

- Zobacz, wszyscy cię kochają - mówi matka.

Wszyscy mnie kochają? Wszyscy mnie nie znoszą, myśli Karolina i obserwuje biały kwadrat prześcieradła w oknie. Wszyscy mnie nie znoszą, a ja czepiam się ich uczuć, jakby to były moje własne, jakby oni, tamci inni, mogli dać mi to, czego tak bardzo potrzebuję. Tylko że sama nie wiem, czego właściwie chcę i co czuję. Ale czuje przecież, czuje aż nazbyt dużo. To znaczy, czy to możliwe, żeby czuć coś, czego się tak naprawdę nie czuje? I jaki to ma związek z fizjologią? Jadłowstręt czy anoreksja, Karolinie zupełnie wszystko jedno, jak to się nazywa. Nie przeszkadza jej, że jest chuda, jeżeli nie musi zbyt długo siedzieć na twardym. Nie lubi za to przełykać, napełniać się, pęcznieć i wylewać z siebie co miesiąc gęstych ciemnoczerwonych skrzepów krwi. Wstaje z ławki, odpędza nogą gołębie, które opadły na bruk i podeszły zbyt blisko w nadziei, że je nakarmi. 

- Spierdalać - warczy.

Anorektyczki nie są zbyt miłe, wie o tym. Anorektyczki są brzydkie i złośliwe, nikt ich nie lubi i one nikogo nie cenią.

- Jedz - mówi matka. - Jedz więcej, dlaczego ty nic nie jesz? Ja się boję, że w końcu coś ci się stanie - płacze. 

- Nie płacz - prosi Karolina. - Nic mi nie będzie. 

Je. Przełyka z trudem kotleta, skończy go nawet, jeśli ma to uspokoić matkę. Nie, nie skończy, już nie może. Matka patrzy w talerz długo, z niemą pretensją.

- Dlaczego to robisz? - pyta. - Czy ty naprawdę myślisz, że jesteś taka inna od wszystkich? Czy tobie się wydaje, że inni nie cierpią, czują mniej?

Karolina jest zaskoczona. Podnosi głowę znad talerza.

- Nie - mówi. - Myślę, że inni czują więcej, albo lepiej, albo może jaśniej. 

A potem chce jeszcze opowiedzieć matce o godzinach, które przepływają ciężko, zawsze takie same, zawsze w tym niezmiennym, męczącym rytmie, otępiałe i gnuśne, zostawiając za sobą tłuste, budzące obrzydzenie ślady, jak pozbawione skorupki ślimaki. Odkąd pamięta, patrzy na zewnątrz zastygła w bezmyślnym oczekiwaniu na to coś, co przyjdzie, bo to jej przecież obiecano, wystarczy być cierpliwą. Chce wytłumaczyć, że nie ma znaczenia, kiedy umrze, bo umiera stale, wszyscy umierają, z każdą przeżytą chwilą bliżej i bliżej końca. Koniec jest pewny i dlatego nie budzi w niej strachu, budzi zaufanie. Nie mówi jednak nic, bo matka by się jeszcze bardziej rozpłakała. Zresztą ona i tak nie słucha, tylko z furią ciska niedojedzone resztki obiadu do śmietnika.


Czytaj: Kaja Malanowska, Drobne szaleństwa dnia codziennego
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.82009 Seconds