Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Jacob Drukuj
Kaja Malanowska   
27.03.2010

 – W Nigerii używa się pidginu.
Jacob rzadko patrzy mi w oczy. Spuszcza głowę, odwraca się bokiem.
 – To jest poprawny angielski, tylko inny – dodaje na wszelki wypadek.
  – To jak w pidgin powiesz: nie lubię szkoły?
 – I  no like school.
Śmieje się i jeszcze niżej spuszcza głowę. Śmieje się, kiedy jest zażenowany. To mu tu nie pomaga, ani śmiech, ani nieskrępowane podejście do czasu, ani kolor skóry. Ufarbował na jasno włosy. Ma teraz krótko przystrzyżone blond loczki. Wydaje mu się, że od tego będzie miał jaśniejszą skórę. Na ulicy chowa głowę w kapturze, żeby nie można było zobaczyć jego twarzy.
Wstaje od stolika, przy którym rozmawiamy. Chodzi niezgrabnie, pociągając lewą, wyraźnie krótszą nogą. Niedowład mięśni, prawdopodobnie po przebytym polio. Stale go boli.
 – Ktoś włożył mi truciznę do buta, kiedy miałem sześć lat – opowiada. Mówi głośno, wypluwa z siebie krótkie, agresywne zdania. Trudno się z nim rozmawia, trudno zachować spokój.
W urzędzie do spraw imigrantów powiedział, że uciekł z kraju, bo był prześladowany, ktoś próbował go otruć, a potem zaczarował mu nogę, żeby uschła i bolała. Urzędnicy uznali, że Jacob kłamie i potraktowali to jako argument na jego niekorzyść.
 – Co robił twój tata? – pytam dalej.
 – Był rybakiem, ja też – mówi, rozstawiając szeroko nogi i drapiąc się w kark. – Pomagałem mu.
 – Mieszkaliście nad morzem?
 – Tak.
 – A jak dostałaś się do Europy?
 – Łodzią.
 – Kto za nią zapłacił?
 – Ksiądz – Jacob waha się przez chwilę, a potem dodaje: – Chyba ksiądz…
Tu opowieść się urywa, Jacob nie chce powiedzieć, co właściwie stało się w okresie pomiędzy podróżą łodzią a momentem, kiedy policja odwiozła go do domu dziecka. Jeżeli pytam zbyt natarczywie, śmieje się i zamyka oczy. Widzę wtedy tylko odwrócone plecy. Jedno ramię silne i muskularne, drugie lekko zwiotczałe, drobniejsze. Tak, przesiadał się wiele razy, nie ma pojęcia, w jakich krajach. Wylądował chyba w Polsce, w jakim mieście – nie pamięta. Nie wie, jakimi językami porozumiewali się przewodnicy. Do Warszawy dojechał autobusem. Potem coś robił, nie pamięta dokładnie, co to właściwie było, mieszkał na Centralnym. Wychowawczyni z domu dziecka mówi, że lepiej nie sprawdzać, nie przeszukiwać policyjnych baz, danych dla dobra samego Jacoba. Nie znam się na prawie imigracyjnym, pewno ma rację. Zresztą jakie to ma znaczenie. Milknę więc, a potem wracam do samego początku.

 – Lubiłeś morze?
 – Nie. Bałam się, nie umiem pływać.
 – Przecież byłeś rybakiem.
Znowu się śmieje. Kawałki łamigłówki, skrawki, z których staram się złożyć historię. Niewiele, bardzo niewiele. Czasem opowiada o sieciach pełnych ryb, trafiały się takie z wąsami, najlepsze, tłuste, o delikatnym białym mięsie. O wężach żyjących w rudej ziemi, które przychodziły odwiedzać ludzi w ich domach.
 – Wąż w domu nie zrobi nikomu krzywdy, w domach węże nie gryzą, nie wolno im.
W lesie żyły antylopy i mężczyźni do nich strzelali. On też strzelał, ale tylko czasami. W domu był telewizor i kuchenka gazowa. Na podłodze leżał czerwony pył. Matka gotowała taką potrawę z ziemniaków. W Polsce nikt nie umie gotować afrykańskiego jedzenia. Nie zawsze było gorąco, z deszczem przychodziły chłody i wilgoć, od której pleśniał materac na metalowym łóżku.
 – Gdzie byłeś tamtego wieczoru, kiedy zabito twoich rodziców?
 – Razem z nimi, oglądaliśmy reklamy w telewizji. Reklamy są najlepsze.
 – Kto do nich strzelał?
 – Ludzie, którzy chcieli zabrać nam ziemię.
 – Biali?
  – Biali.
  – Dlaczego chcieli odebrać wam ziemię?
 – W ziemi była ropa.
Jacob wzdycha. Tamten świat już nie istnieje, morze, kamienisty brzeg, zarośla, udeptana bosymi stopami ruda ścieżka i wysypisko śmieci tuż za miasteczkiem. Nie ma już wychudzonych psów czekających na resztki z kolacji, gazowej kuchenki ani pleśniejącego materaca. Ziemia, w której była ropa, została daleko, nigdy do niej nie wróci.

Tamtego wieczoru włączyli telewizor. Usiedli na metalowym łóżku, na zakaraluszonym materacu, który ojciec odkupił dwa lata wcześniej od wujka, bo tamten za dużo pił i potrzebował pieniędzy. Młodszy brat Jacoba gdzieś sobie poszedł, pewno jak co dzień włóczył się po nabrzeżu w towarzystwie psów i innych chłopców z wioski. Szukali pustych puszek po konserwach i plastikowych butelek, które wyrzucało morze. Oni we trójkę oglądali reklamy, matka, ojciec i Jacob. W gasnącym wieczornym upale wdychali wszechobecny rdzawy pył, a z kąta płynęła do nich srebrnobłękitna jasność pełna kolorowych snów o szwajcarskich czekoladkach. Jacob wyciągnął przed siebie nogi, ustawił stopy równo jedna obok drugiej, czekoladowe stopy na rudym klepisku, chłodził je o podłogę. Biała dziewczyna w kostiumie kąpielowym podawała z ekranu pachnące mydło w płynie. „Niezapomniane uczucie świeżości”, powiedział aksamitny męski głos, a dziewczyna rozłożyła szeroko ręce i upadła na łąkę pełną kwiatów o białych płatkach i żółtych, okrągłych środkach. A potem usłyszał ten dźwięk, jak trzask pękającej gałązki, tylko głośniejszy i coraz bliższy, powtarzający się, coraz wyraźniejszy odgłos strzałów. Wybiegł razem z rodzicami w półmrok pełen krzyku, który wybuchł tuż za otwartymi drzwiami. Wtedy widział ich po raz ostatni.

Stopy uderzały szybko o wyschniętą ziemię, rdzawy pył podniósł się grubą zasłoną, szczęknął zamek karabinu. Dwa kroki, trzy. W głowie pulsowała mu gorąca bańka krwi. Suchy strzał pękł tuż przy czwartym kroku. Pył poderwał się w górę wirującym tumanem. Pięć, sześć, pięty uderzyły o ziemię jeszcze raz i jeszcze, a bańka w głowie rosła wciąż od nowa, gorąca, pełna ciepłej, tętniącej krwi. Upadł w krzakach, tuż przy drewnianej, malowanej na żółto ścianie kościoła. Leżał, przestał oddychać. „Umarłem – myślał – nie mogę zaczerpnąć tchu. Nie żyję”.

Rano zrobiło się chłodno. W czystym, wysokim powietrzu zaczęły śpiewać pierwsze ptaki i Jacob zrozumiał, że żyje. Czekał nadal, leżąc nieruchomo wśród kolczastych krzewów porastających kościelną posesję. Przez wiele godzin nie usłyszał nic oprócz krzyków przelatujących mew. Żaden odgłos nie świadczył o tym, że w pobliżu mogą znajdować się jeszcze jacyś inni ludzie. Koło dwunastej, kiedy upał podniósł się z ziemi i zawisł ciężko na bezchmurnym niebie, usłyszał warkot samochodu, a potem szczęk otwieranej bramy. Ksiądz podniósł go z ziemi. Był biały, niski, miał brązowe włosy i ciemne znamię na prawym policzku. Otworzył drzwi i wpuścił go do kościoła. Jacob siedział na ławce naprzeciw ołtarza. Czekał, chociaż nie wiedział na co właściwie, ale czekał cierpliwie. Pamięta drewniany stół, wykrochmalony na sztywno obrus, kwiaty, metalowy krzyż. Potem przyjechała kryta plandeką ciężarówka. Na plandece osiadł rudy pył i kiedy chował się pod nią, odpadł suchymi płatami jak łuszcząca się, spalona skóra. W klasztorze, do którego go zawieziono, zakonnicy pozwolili mu się umyć. Woda pod prysznicem była chłodna, spływała z Jacoba rudymi strużkami i znikała pod metalową kratka w rogu łazienki. Ręcznik był biały i miękki. Rozbolała go noga, powrócił stary, dobrze znany ból.

 – Możesz tu zostać, jeżeli przejdziesz na katolicyzm – powiedział ksiądz.
 – Nie – odpowiedział Jacob. – Nie.
To chyba obraziło księdza, bo wstał gwałtownie i odwrócił się do niego plecami.
 – W takim razie musisz wyjechać – zdecydował ostro i wyszedł z pokoju.
Tydzień później odwieziono Jacoba na przystań, przy której czekała łódź.

 – Nie wiem, co z nim zrobić – skarży się opiekunka z domu dziecka. – Jest  już u nas od roku, a nawet nie zaczął mówić po polsku. Za miesiąc kończy osiemnaście lat, dłużej nie możemy mu pomagać. Wysłaliśmy go na kurs obsługi koparki, ale przestał tam chodzić. Jest wiecznie niezadowolony, z nikim nie rozmawia. Wysoka, szczupła kobieta o zaciętej twarzy stoi na środku korytarza wyłożonego płytkami PCV, tuż obok łazienki, w której nie domykają się drzwi, papier toaletowy leży rozwleczony po podłodze, a prysznic śmierdzi uryną, bo dziewczynki sikają pod nim, kiedy nikt nie widzi, żeby nie musieć siadać na brudnych kiblach. Trzyma na rękach dwuletnie czeczeńskie dziecko, najmłodsze z nowo przybyłej czwórki. Starsi kłócą się w pokoju obok o dojście do komputera. Wiem, że to nie jej wina, te kible, krzyki przed komputerem. Nie jest jej winą, że muzułmańscy chłopcy pobili Jacoba i złamali mu nos. Ona się stara, jak może. Przecież w końcu nie jest tak źle w tym domu dziecka, dwuosobowe pokoje, trzy posiłki dziennie, kieszonkowe i nowe ubrania. Nie starcza czasu, żeby myśleć o każdym z dzieci osobno, nie starcza pieniędzy na psychologa, miejsca na to, żeby porozdzielać ich według wieku, według różnic kulturowych. Stale dochodzi do konfliktów.

Kiedy Straż Miejska znalazła Jacoba na Dworcu Centralnym, nie miał przy sobie nic prócz dodatkowej pary sandałów i koszuli na zmianę, teraz nosi nowe dżinsy, czapkę z daszkiem i sportowe buty. Chodzi na kursy polskiego, ale niczego się na nich nie nauczył, nadal spóźnia się na lekcje, a kiedy zwrócić mu uwagę, tylko głupio się śmieje i odwraca głowę. Nie rozumie, że powinien być wdzięczny za to, co dostaje.

 – Co będziesz dalej robić? Gdzie chcesz pracować?
 – Nie wiem? – to nie jest odpowiedź, to jest pytanie skierowane do mnie. Jacob ma prawie osiemnaście lat i zaraz będzie dorosły. Jeżeli urząd imigracyjny pozwoli mu na pobyt w Polsce, dom dziecka nie będzie mógł go trzymać dłużej niż rok. Potem będzie mu się należało 700 zł zasiłku do czasu, kiedy uzyska prawo do pracy. Kiedy dostanie pierwszą pracę, straci zasiłek. Ze swoją znajomością polskiego i półanalfabetyzmem znajdzie coś pewnie na Centralnym. Na Centralnym jest dużo wolnych miejsc.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90074 Seconds