—
Zima to nie jest dobry czas na działanie, musiałam jednak zakończyć parę niecierpiących zwłoki spraw, popłacić rachunki, dorobić klucze do piwnicy i w końcu spakować się i wyprowadzić z mojego starego mieszkania. Kiedy przyniosłam do domu tekturowe pudła i taśmę klejącą, padał śnieg, padał niezmiennie od dwóch miesięcy i nie przestał prószyć także wtedy, kiedy zdejmowałam z półek zakurzone książki. Padał dalej, kiedy pakowałam płaszcze i niezliczone pary butów, kiedy zamawiałam taksówkę bagażową. Odłożyłam jeszcze kilka istotnych przedmiotów do mojego pudełka na sentymenty, a potem zamknęłam je szczelnie i wstawiłam do ciężarówki, która czekała cierpliwie pod blokiem. Wróciłam, żeby jeszcze raz popatrzeć, w końcu spędziliśmy razem dużo czasu, mieszkanie i ja, utknęliśmy wspólnie na piętnaście lat na dziewiątym piętrze betonowego bloku. Ale kiedy weszłam tam, okazało się, że nie było to już moje mieszkanie, tylko puste trzy pokoje, których nie znałam. Wyjęłam komórkę, wykręciłam parę numerów do najbliższych znajomych i odbyłam parę zadziwiająco podobnych rozmów.
„Cześć, czy myślisz, że mógłbyś nas przechować przez parę dni, póki nie skończy się remont w nowym mieszkaniu? Dwa, najwyżej trzy…”
„Tak, rozumiem oczywiście, jasne. Nie przejmuj się, poradzę sobie…”
Cholera, piętnaście lat temu nikt się nawet nie pytał, czy może do nas wpaść i zostać na noc, po prostu przychodzili. Gdzie właściwie mieli pójść? Nikt poza nami nie miał jeszcze własnego mieszkania.
„No, my we trójkę i parę pudeł…Torba, dwa plecaki…”
„Oczywiście, wiem, że macie dzieci. Tak, tak, no to dozo…”
Kłopot, to byłby teraz zbyt duży kłopot. Dziesięć, nawet jeszcze pięć lat temu nikt nie miałby nic przeciwko temu, żeby nas przyjąć, wręcz przeciwnie, urządzilibyśmy sobie przyjęcie z powodu naszej chwilowej bezdomności, spędzilibyśmy kilka wieczorów gadając do późna, ciesząc się swoją obecnością. Wtedy udawaliśmy jeszcze, że jesteśmy młodzieżą, teraz nikt już nie udaje.
I to kto, myślałam z goryczą, wchodząc do łazienki, taki Franek, zdeklarowany anarchista, co dziesięć lat temu rzucał się z gołymi rękami na bandę skinheadów, bo wznosili w pociągu rasistowskie okrzyki. Franek, który nazwał kotletem naszego wspólnego przyjaciela Jurka i prawie zerwał z nim znajomość, kiedy dowiedział się, że tamten spędzał wakacje w luksusowym hotelu na wybrzeżu afrykańskim, gdzie ciemnoskórzy kelnerzy podawali mu kolorowe drinki pod nos. Teraz Franek zamawia co tydzień panią do sprzątania, żeby pozamiatała jego wielki, luksusowy strych, zrobiła pranie, ugotowała pierogi…
„O co ci chodzi” - złościł się, kiedy spytałam dlaczego tak bardzo się zmienił. „Przecież ta Ukrainka potrzebuje kasy, ja jej dobrze płacę, jestem dla niej miły, nikt tu nikogo nie wykorzystuje. Wszyscy są zadowoleni.”
A może Joasia? - szukam dalej, wyciskając jednocześnie krem z tubki, która oparła się przeprowadzce i została na szklanej półeczce obok umywalki. Z Joasią przez całe wakacje potrafiłyśmy sypiać po zapleśniałych, pełnych pajęczyn szopach, bo nie miałyśmy pieniędzy nawet na pole namiotowe. Teraz nie może przetrzymać mi paru pudeł w swoim stumetrowym mieszkaniu, bo, cholera, bałagan jej w domu zrobię. Wtarłam krem w spierzchnięte, czerwone dłonie, odłożyłam delikatnie tubkę na swoje miejsce.
Najgorsze, że mnie to wszystko złości i spędzam czas na zastanawianiu się nad tym, że znajomi nie są już tacy jak kiedyś. Wróciłam do pustego pokoju. Podeszłam do okna i spojrzałam, na ciemną ulicę, na zapalone latarnie, wokół których wirowała jednostajnie i natrętnie chmary białych, bezmyślnych owadów.
Nie, nie pojadę do mamy, postanowiłam, nie skończy się na tym, nie ma mowy. Wzięłam jeszcze raz telefon do ręki i przejrzałam spis nazwisk. Dyrygent, oczywiście! Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Wykręciłam numer i usłyszałam w słuchawce, dokładnie to, czego oczekiwałam.
„Jasne, przyjeżdżajcie, kiedy chcecie, jestem w domu cały czas.”
Dwie godziny później oboje z E. siedzieliśmy wygodnie w salonie Dyrygenta, piliśmy piwo, tając powoli w cieple lampy i przyglądając się jak nasz przyjaciel, który postanowił właśnie zrobić porządki w garderobie, zaciekle walczył z rzeczywistością i wyrzuca na środek pokoju góry czystej i brudnej bielizny, paczki z książkami, stosy całkowicie bezużytecznych przedmiotów, do których był z niejasnych przyczyn przywiązany i których przez lata nie potrafił się w żaden sposób pozbyć.
„O, patrz Kaja, ziemia do kwiatków, całkiem dobra ziemia to jest. Nie ma więcej niż pięć lat.” Podał mi plastikowy worek do połowy wypełniony przesuszonym, brunatnym pyłem.
„A ty hodujesz kwiatki?” Rozejrzałam się niepewnie po pustym pokoju, w którym nie stało nic oprócz wiolonczeli, stojaka na nuty i trzech foteli.
„Ja? Nie, ale komuś może się to przydać…”
„Wywal” - zawyrokował E. ze swojego kąta i przerzucił stronę książki, którą właśnie zaczął czytać. Dyrygent obejrzał uważnie torbę, zrobił w dnie maleńką dziurkę i rozsypał dokładnie pył po podłodze, pokrywając czarną warstewką puste puszki po piwie, rozgniecione pety i wysuszone skórki pomarańczy, które leżały pod ścianą.
„To mnie zmobilizuje, żeby kiedyś pozamiatać” - wyjaśnił.
Dyrygent mieszkał w gigantycznym mieszkaniu na Żoliborzu, które kupili mu rodzice. Sami urządzili się tuż obok, na tym samym piętrze. „Nigdy tu nie gotowałem” - przyznał się. „Jadam u rodziców, za to robię zakupy i zajmuję się kotami, kiedy wyjeżdżają”. Odbił piwo, wyjął z kieszeni kolejnego papierosa. No dobra, pomyślałam, może to i dość wygórowana cena, pod czterdziestkę nadal na garnuszku u rodziców, ale za to jak dobrze, jak cudownie, że Dyrygent się nie zmienił, że był dokładnie taki sam jak dziesięć, piętnaście lat temu, z tą swoją okrągłą, zawsze uśmiechniętą twarzą, błękitnymi, szeroko rozwartymi oczami i żywą, nieustającą ciekawością świata. Dyrygent chłonął rzeczywistość, wciągał kolejne wydarzenia głębokimi haustami, zadowolony i pełen energii, jak nastolatek robiący pierwsze kroki w dorosłym świecie. Można było do niego zawsze wpaść, niezmiennie serdeczny, zachwycony gośćmi, wyluzowany, wesoły, nigdy niczym się nie przejmował.
Wstałam z fotela, żeby obejrzeć dokładnie mieszkanie. Dziwne to było mieszkanie, tak dziwne jak i sam Dyrygent. Na środku długiego korytarza stały dwie deski do prasowania zastawione dokładnie pustymi butelkami po piwie. Tylko jedna z trzech sypialni była umeblowana, podwójne, masywne łóżko, dębowa szafa z lustrem i stare, ogromne biurko, zarzucone książkami, a nad nim czarno-białe zdjęcie Milesa Davisa, jedyny obrazek w całym domu, z wyjątkiem wiszącego na lodówce plakatu, przedstawiającego przodownice pracy z lat sześćdziesiątych, uśmiechnięte, tłuste kobiet w gumiakach i białych fartuchach, trzymające na drewnianym kiju nieżywe, obrane z pierza kurczaki. Na plakacie ktoś napisał czarnym markerem: „Podczas gdy” i „Tymczasem zaś”. „Podczas gdy” zostało przekreślone na czerwono, „tymczasem zaś”, obwiedziono za to wyraźnym kółkiem.
„Co to jest?” - spytałam, wskazując nieregularne kolorowe plamy na ścianach. Dyrygent podniósł na chwilę głowę znad stosu kabelków, co do których starał się zadecydować, czy wsadzić je z powrotem do garderoby na następne pięć lat, czy też rozstać się z nimi na zawsze.
Zaciągnął się papierosem.
„Próbki” - odpowiedział
„Jak to próbki?” - zdziwiłam się.
„Normalnie, próbki, Iza, taka moja była narzeczona, chciała mieszkanie przemalować, ale rozstaliśmy się zanim zdążyła wybrać kolor i tak już zostało.”
„Wywal te kable!” Krzyknął E.
„Ty E. w ogóle przedmiotów nie szanujesz. Rzeczy należy oceniać według ich możliwości,” pogroził E. śrubokrętem. „Na przykład tym można rozwalić komuś głowę, rzucając z daleka, lepiej go umieścić w szufladzie biurka…” Westchnął. Pochylił się nad leżącym na podłodze stosem bielizny, a potem wyprostował się zaniepokojony. „Powinienem protokół spisać, za rok zapomnę, co mam w szafie…”
Wieczorem wrócił z nart Mikołaj, mój piętnastoletni syn. Ucieszyłam się, że będzie mógł przez chwilę pomieszkać u takiego fajnego kolegi. Mały zrzucił plecak, przywitał się grzecznie i usiadł obok nas, żeby porozmawiać. Przyglądał się uważnie rozgadanemu Dyrygentowi, który kończył porządki. Wyglądał na zadowolonego, ba, nawet zachwyconego, śmiał się w głos z dowcipów Dyrygenta. O dziesiątej powiedział w końcu, że jest śpiący i poszedł do sypialni. Zajrzałam do niego, kiedy leżał już pod kołdrą. Usiadłam obok.
„I co, podoba ci się tutaj?” - spytałam.
„Tak, śmieszny ten twój znajomy” - mruknął. „A on niedawno tak zwariował?” - zapytał po chwili. A potem dodał jeszcze cicho, przewracając się na drugi bok: „Straszne rzeczy z ludźmi ta starość wyrabia…”
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...