Biografia Krzywonos

krzywonos_okladka_145.jpg

KP22: prze-moc

okladka_kp22_145.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Godzina słynna: piąta pięć
Naciska budzik, dźwiga się
Do kuchni drogę zna na pamięć
Prowadzą go tam nogi same
Pod kran pakuje śpiący łeb
Przez chwilę jeszcze śpi jak w łóżku
Dopóki nie posłyszy plusku
I wtedy wreszcie budzi się
Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Zbożowa kawa, smalec, chleb
Salceson czasem, kiedy jest
Do teczki drugie pcha śniadanie
I teraz szybko na przystanek
W tramwaju tłok i nie ma Boga
Jest ramię w ramię, w nogę noga
Kimanie na stojąco jest

Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Przez osiem godzin praca wre
Jak z bicza strzelił minął dzień
Już w domu siedzi przed ekranem
Na stole flaszka z marcepanem
Dziś cały czas w ataku nasi

Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Nich nas ukoi dobry sen
Najlepsza w końcu jest to rzecz
I co się śni? Podwyżka cen
Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Edward Stachura, Piosenka dla robotnika rannej zmiany
Advertisement
Domek na działkach Drukuj
Kaja Malanowska   
08.05.2010
Betonowa alejka, trawnik, parę drzew i wydeptana, naga ziemia pod nimi. Dalej staw, psy taplają się w zimnej wodzie, straszą kaczki. Wszystko toczy się właściwym torem, matki z dziećmi przy piaskownicy, znudzone, wzdychające, licealni wagarowicze grają w ping ponga przy betonowym stole, popijają piwo na obsikanych przez psy kamiennych ławkach, ci sami co zawsze starsi panowie spacerują sztywno wokół klombów w swoich zbyt dużych płaszczach i garniturach, które nosili tak długo, aż w końcu skurczyli się w środku i teraz ubrania wiszą na nich jak na kościstych wieszakach. Po lewej parkowa knajpa, po prawej opuszczone ogródki działkowe. I staję nagle przerażona, bo tego się nie spodziewałam. W tamtym miejscu powinien stać drewniany domek, zamiast niego zastaję wypaloną, czarną dziurę. Więc ktoś go w końcu spalił. To się przecież musiało tak skończyć, myślę. A jednak trudno mi uwierzyć. Stał tam przecież ostatnim razem, mała drewniana budka, ocieplana dyktą, zapadła wśród krzaków zdziczałej forsycji i jaśminu. Na otwartych drzwiach wisiała jaskrawoniebieska plastikowa torba i kolorowa szmata albo skrawek dywanu, nie mogłam dojrzeć przez siatkę. Czy im się nic nie stało? Dokąd poszli? Gdzie teraz mieszkają?

Na początku mieszkali tam we trójkę, ona i tych dwóch mężczyzn. Jeden z nich golił się gładko. Codziennie rano wychodził przed domek z miską wody, patrzył uważnie w kawałek postawionego na gałęzi lusterka. To była chyba naga czereśnia albo może wiśnia, bezlistna, zasuszona i martwa. Pozostała dwójka czekała cierpliwie. Kobieta siedziała na trawie przed domkiem, pomiędzy szeroko rozłożonymi nogami trzymała plastikowe torby, przeglądała swój cenny dobytek zgromadzony w dwóch reklamówkach. Nie umiałam odnaleźć w jej twarzy rysów z przeszłości. Jak kiedyś wyglądała, zastanawiałam się? Jak wyglądała za nim spuchła, zszarzała od nadmiaru alkoholu? Za czasów, kiedy głębokie bruzdy nie wyżłobiły sobie jeszcze miejsca w gładkich policzkach, a krzaczaste, męskie brwi nie zarosły powiek? A może się taka urodziła? Może przyszła na świat już jako staruszka, postarzała gwałtownie w momencie porodu, z niezdrowymi rumieńcami na twarzy zamiast niemowlęcej różowości, z ciemną jamą, zamiast ust, w której można było dojrzeć resztki przegniłych zębów? Ubrana w nałożone jedna na drugą spódnice, dziurawe swetry, zawsze w tym samym włóczkowym berecie, który był kiedyś pewno pomarańczowy, ale odkąd ona włożyła go na głowę przypominał swoją barwą gnijącą trawę w ogródku. Siedziała tam, na tym kawałku ziemi, który można by od biedy nazwać trawnikiem, gdyby nie niezliczona ilość walających się po nim pustych, plastikowych butelek i szklanych słoików upodabniajacych go raczej do śmietniska. Siedziała i wyjmowała z toreb kolejne sztuki spleśniałej garderoby, pojedyncze rękawiczki bez palców, styropianowe pudełka z resztkami z McDonalda i skórzaną parę męskich butów. Ten drugi stał zazwyczaj oparty pod ścianą i bacznie ją obserwował. Wysoki, straszliwie chudy, z zapadniętą klatką piersiową i długą, siwiejącą brodą, która miękko spływała mu na piersi rzadkimi pasmami.

Kiedyś usłyszałam, jak prosił:

- No daj mi te buty, na co ci one?

- Spierdalaj! - odpowiedziała, nie podnosząc głowy, nie odrywając wzroku od swoich skarbów.   

Czasami spotykaliśmy się po mojej stronie parkanu, wtedy prosili mnie o pieniądze. Szli zawsze w tej samej kolejności, z przodu ona z tym gładko wygolonym, chwiała się lekko, potykała co chwila. Jej towarzysz podtrzymywał ją delikatnie, chwytał za ramię, kiedy miała się przewrócić. Z tyłu sunął brodaty, mówili na niego Wałek. Wałek niósł torby, do których wrzucali rozgniatane na betonie puszki po piwie i coca-coli. „Pani da parę złotych, pani kochana, suszy nas” - mówili. Dawałam. Kiedy udawało mi się ich wyminąć, ciągnął się za mną długo mdlący zapach niemytego ciała, rozkładającego się ludzkiego potu. Biegłam do pracy.

Niepokoili mnie chłopcy w dresach, którzy pili piwo pod płotem, zerkali na domek i spluwali w jego kierunku. Niepokoiły mnie kobiety z wózkami, przystające naprzeciw ogrodzenia. Jedna z nich zaczepiła mnie kiedyś:

- Kto to widział takie rzeczy? – powiedziała, zerkając gniewnie znad swojego szalika w szkocką kratę. – Kto to widział, żeby taki bałagan, tak śmierdziało. Trzeba by Straż Miejską na nich napuścić.

- Co oni pani przeszkadzają? – zdenerwowałam się.

- Jak to co? Do więzienia powinno się ich zamykać, a nie pozwalać tak żyć i innym spokój zakłócać. Darmozjady! – dodała jeszcze na odchodnym i gniewnie pociągnęła nosem.

Wracając późnym popołudniem widywałam, jak tamci palą liście i suche patyki w metalowym piecyku, który trzymali przed domem. Piekli resztki hamburgerów i hot dogów znalezionych w ciągu dnia na śmietnikach pobliskich restauracji. Ona trzymała pomiędzy mocno zaciśniętymi kolanami butelkę wódki i wydzielała racje. Czekali grzecznie, przyglądając się w napięciu jej trzęsącym się dłoniom.

Pod koniec poprzedniej jesieni zniknął Wałek. Tamci zbierali puszki już tylko we dwójkę, we dwójkę pili wieczorami przy metalowym piecyku. Zastanawiałam się, co się z nim stało, czy jeszcze żyje? W końcu odważyłam zapytać. Zaczepiłam kobietę, kiedy spotkałam ją przy parkowej ubikacji:

- Przepraszam, co się stało z panem Wałkiem? - Przyjrzała mi się zdziwiona.

- Poszedł.

- Poszedł? Gdzie poszedł?

- Poszedł tam, skąd przyszedł – odpowiedziała, wzruszając ramionami, a potem roześmiała się wulgarnie i głośno, pokazując gruby, opuchnięty język z popękaną rysą biegnącą przez środek. Zrobiło mi się słabo. Dałam jej dwa złote na wino i poszłam.

Niedługo potem pojawili się nowi, młodsi i lepiej ubrani. Zamieszkali w domku, jego starych mieszkańców wypchnęli do budki na narzędzia. Zbierali więcej puszek i kupowali więcej wódki, ale sami ją też rozlewali, pilnowali porządku na działce. Kiedyś usłyszałam, jak się kłócą.  

- Synu! - krzyknęła kobieta. – Uważaj, co do mnie mówisz, synu!

- Gdybym był twoim synem, to tak jak on dawno bym już zszedł! –   jeden z nowych odpowiedział jej niewyraźnie, ze złością, a potem wstał, zatoczył się i próbował uderzyć, ale stary skoczył niespodziewanie dziarsko i pchnął go na ziemię. Pomruczeli jeszcze przez chwilę, pobełkotali i znowu polali wódki.  

Na początku zimy młodzi też odeszli, zabrali ze sobą piecyk i kawałek lusterka. Stary przestał się golić, posiniał na twarzy. Kobieta zaczęła kaszleć. Codziennie rano obiecywałam sobie, że przyniosę im parę koców i codziennie wieczorem zapominałam o nich zupełnie. Mimo to przetrwali mrozy, przetrwali wiosnę i kolejną jesień, chodzili, podpierając się nawzajem, na swoje wędrówki w poszukiwaniu puszek. Mijali grupki agresywnych dresów, ale przecież nikomu nie przeszkadzali, przecież stali się nieodłączną częścią parku, tak jak piaskownica, betonowe ławki i staw z pływającymi po nim kaczkami.  

Nie przychodziłam tu, nie widziałam ich od wielu miesięcy. Zapomniałam, że w ogóle istnieli. Teraz patrzę na resztki spalonych ścian, zaczerniałą podłogę i nagą ramę metalowego łóżka. To się musiało tak skończyć, myślę i odchodzę od siatki. 

 — 

Zapraszamy na spotkanie z Kają  Malanowską, autorką Drobnych szaleństw dnia codziennego, i Jasiem Kapelą, autorem Janusza Hrystusa. O swoich książkach, które właśnie ukazały się w Serii Literackiej Wydawnictwa Krytyki Politycznej, rozmawiać będą z Magdą Błędowską i Michałem Zygmuntem.
9
maja, niedziela, godz. 18.00, CK Nowy Wspaniały Świat, Nowy Świat 63

Polecamy także:
Warszawa, 19 maja: Literackie Wykopki z Kają Malanowską
Komentarze
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »