Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ciotka Alicja Drukuj
Kaja Malanowska   
02.05.2010
Pada. Podwarszawska WKDka telepie się ciężko po wyślizganych torach, przechyla niebezpiecznie na zakręcie i zawisa na chwilę nad ciemną strugą przetoki prowadzącej od brudnego rozlewiska, do bajorka, na którego powierzchni kiwają się popychane wiatrem, mokre, zniechęcone pogodą kaczki. Świat nasiąkł wodą, napęczniał jak gąbka. Pnie drzew spuchły lekko, liście nabrzmiały i nabrały atramentowych kolorów, trawa wezbrała ciemnozieloną plamą. Wiosna za oknem pociągu w swojej najbardziej niepokojącej, dżdżysto-fatalnej formie. Wczoraj wieczorem dopadły mnie wyrzuty sumienia. Doszłam do wniosku, że powinnam odwiedzić w końcu zaniedbaną przeze mnie ciotkę Alicję. Nie widziałam jej ponad pół roku. Rano otworzyłam kuchenną szafkę i przyjrzałam się uważnie domowym zapasom. Do ciotki Alicji nie powinno się przyjeżdżać z pustymi rękami. Wyjęłam słoik rozpuszczalnej kawy, biszkopty, puszkę sardynek i czekoladki. Po namyśle, z bólem sięgnęłam jeszcze po butelkę różowego wina. Pojawienie się bez alkoholu w Leśnej Podkowie, zostałoby prawdopodobnie odebrane jako karygodne faux pas z mojej strony… Że też ty jesteś taka niewychowana, przypomniałam sobie gardłowy, niski głos ciotki i natychmiast wsadziłam butelkę do torby. Zupełnie jak twoja mamusia, trudno się dziwić, skoro mój brat tak was obie rozpieścił… Zapięłam torbę i ruszyłam w stronę śródmieścia.
Pociąg hamuje, zazgrzyta boleśnie i długo, zanim zatrzyma się na stacji. Schodzę na peron, rozkładam parasol i przeklinam wiosnę, przeklinam pogodę i rodzinne obowiązki, które nie dają mi spokoju. Idę ścieżką, wzdłuż torów. Pomiędzy podkładami kolejowymi rozwinęły się jasno-niebieskie kwiatki o pomarańczowych środkach, między nimi ordynarne, jaskrawe mlecze i jeszcze te maleńkie, białe, które wyglądają z daleka zupełnie jak rozsypana po ziemi kasza manna. Grzęznę w rozmokłej ziemi, ślizgam się po nasypie kolejowym. Skręcam w lewo, w piaszczystą, wysypaną igliwiem drogę i idę już pewniej wzdłuż drewnianych parkanów. Mijam tynkowane szaro, przedwojenne wille. Schowane przed deszczem psy podnoszą ospale łby i zerkają na mnie leniwie z zadaszonych ganków. Nie chce im się szczekać. Las pachnie żywicą, wilgotnym, świeżym spokojem. Skręcam jeszcze raz w lewo, potem w drugą w prawo, popycham przerdzewiała furtkę i wchodzę do ogrodu ciotki Alicji. Trudno nazwać ogrodem ten zachwaszczony kawałek ziemi z samotną, wyrosłą na samym środku sosną, ale ciotka uparcie nazywa go parkiem, rozwichrzone krzewy leszczyny przy płocie - żywopłotem, trzy rachityczne, od dawna niedające owoców jabłonki - sadem, a dziurę w ziemi, pozostałą po sztucznym oczku wodnym - stawem. Do nóg podbiegają mi dwa pseudojamniki i merdają radośnie ogonami, Juliusz Cezar i Kleopatra. Ciotka twierdzi, że są niesłychanie rasowe, kupione na wystawie w Paryżu. Nikt nie śmie jej zaprzeczać, chociaż wszyscy doskonale wiedzą, że dwa lata temu jamniczka sąsiadów puściła się z podwarszawskim kundlem i w skutek tego mezaliansu na świat przyszły cztery rude szczeniaki, z których dwa, bardziej podobne do matki zostały oddane na wychowanie ciotce. Odprowadzana jazgotliwymi szczeknięciami ruszam po kamiennych schodkach na ganek, dzwonię, a potem, nie czekając na odpowiedź, naciskam klamkę i wchodzę do niewielkiej, ciemnej sionki. Ciotka nigdy nie zamyka drzwi, mimo ponawianych stale napomnień i błagań ze strony rodziny. Twierdzi, że Kleopatra i Juliusz Cezar obronią ją przed ewentualnym rabusiem. Ktoś ją tu w końcu zamorduję, myślę. Przyjadę kiedyś i zastanę ją siedząca jak zawsze w fotelu na kółkach, w jednej z tych jej idiotycznych taftowych sukni, z Kleopatrą na kolanach i poderżniętym gardłem.

Tymczasem ciotka, owszem, siedzi na fotelu, jak zwykle w swojej wystudiowanej pozie, wyprostowana, sztywna, z jedną ręka przerzuconą przez oparcie, wygląda,  jakby pozowała do zdjęcia. Jest cała i zdrowa. Zrezygnowała z eleganckiej sukni na rzecz jaskrawo-różowego dresu, za to na chudej, pomarszczonej szyi zapięła kolię ze sztucznych brylantów. Ciotka Alicja, siostra cioteczna mojego dziadka, spadkobierczyni milionowej fortuny, narzeczona Lubomirskiego czy innego Czartoryskiego, który zmył się cichaczem zaraz po wojnie, kiedy okazało się, że z bajecznego spadku nie zostało nic oprócz willi w Podkowie Leśnej, w której to w owym czasie zamieszkało około dwudziestu bliższych i dalszych zrujnowanych krewnych. Nigdy nie wyszła za mąż, za to szybko zaszła w ciążę z kolegą z pracy, który ratował się przed straszliwą perspektywą zamieszkania z Alicją, brawurową ucieczką do NRD. Ku rozpaczy rodziny niedługo potem urodziły się bliźnięta, dwaj chłopcy. Oni z kolei, zaraz po osiągnięciu pełnoletniości, zwiali przed mamusią do Stanów Zjednoczonych. Ciotka przeżyła ucieczkę narzeczonego, kochanka i obu synów. Trzymała stalową rączką wszystkich krewnych w Podkowie Leśnej, każąc wypłacać sobie haracze w postaci butelek dobrego alkoholu i zagranicznych perfum. Wszyscy bali się jak ognia napadów jej gwałtownego gniewu, ciętego, nieznającego litości dowcipu, i ataków furii, po których leżała przez wiele godzin wyczerpana na sofie, z zimnym kompresem na czole twierdząc, że umiera na atak serca. Tymczasem przeżyła wszystkich krewnych, chowała po kolei rodziców, kuzynów i braci, z niezmiennie tragicznym wyrazem twarzy, którą osłaniała czarną, koronkową woalką, przebierając nerwowo palcami w sznurach pereł, ostatnich rodzinnych klejnotach, których nie zdołała jeszcze w tamtym czasie zamienić na koniak.

I oto siedzi teraz przede mną, pomarszczona i blada, w swoim różowym dresie, z umalowanymi na czerwono policzkami i sztucznymi rzęsami przyklejonymi nierówno do zapadniętych powiek. Ciotka Alicja, która nigdy z nikim się nie liczyła i niczego nie bała w życiu, za wyjątkiem braku alkoholu.

- Cześć - mówię i podchodzę bliżej, żeby pocałować ją w sflaczały, grubo posypany pudrem policzek. - Przypomniałaś sobie o mnie… - Ciotka uśmiecha się kwaśno, zaciska mi na ramieniu twarde, wyschnięte palce jak stalowe kleszcze. - Pokaż datki, co tam przywiozłaś?
Gmera niecierpliwie w torbie. Wyciąga sardynki, kawę i paczkę biszkoptów.
- To oddaj Człowiekowi. - Krzywi się z niesmakiem i odrzuca paczki daleko od siebie. Walą z hukiem o podłogę. Potem jej twarz rozjaśnia się nieco.
- A rozado - ogląda butelkę. - Dobrze, podaj kieliszki, stoją na parapecie.

„Człowiek”, czyli pani Luba, opłacana sowicie przez bliźniaków z Ameryki, przemyka na palcach przez pokój i zbiera rozrzucone popodłodze datki. Naprawdę nie mam pojęcia, w jaki sposób wytrzymuje jeszcze z moją ciotką. Drobniutka, delikatna brunetka, z zastraszonym wyrazem twarzy, znosi z anielska cierpliwością napady złości Alicji, spełnia bez szemrania rozkazy. Wytrzymała już ponad rok, chociaż nikt z nas nie wierzył, żeby znalazł się na świecie ktoś, kto będzie mógł znieść ciotkę dłużej niż dwa tygodnie, nawet za grube pieniądze. Nie wolno jej palić światła po dziesiątej wieczorem, używać gazu, puszczać muzyki. Codziennie rano zrywają ją gniewne okrzyki, musi natychmiast biec do sklepu po wino. „I tylko żeby było dobre, nie kupuj mi znowu jakiegoś gówna za dwadzieścia złotych!” Ciotkę irytuje mocno fakt, że bliźniaki nie dają jej wystarczająco dużo pieniędzy na alkohol, a pensje pani Luby przesyłają na konto mojej matki. Sprzedała już całą biżuterię, srebrne sztućce, olejne portrety rodzinne i ocalałe po wojnie antyki. Siedzi w swoim fotelu na kółkach i kombinuje. Ostatnio wezwała do siebie matkę, a kiedy ta przyjechała, oświadczyła, że „Człowiek” powinien jej płacić, skoro mieszka u niej w domu.

- Dobrze - powiedziała mama. - Dobrze, porozmawiam z panią Lubą, jeżeli zgodzi się na obniżenie pensji, napisze do bliźniaków, żeby przysyłali mniej pieniędzy. Alicja dostała szału, cisnęła w matkę talerzem.
- Jesteś taką samą idiotką, jak twój ojciec! Wynoś się z mojego domu! - Wrzeszczała za nią. Od tego czasu stosunki pomiędzy dwoma paniami uległy ochłodzeniu.

Otwieram butelkę, podaję ciotce kieliszek.
- Jak się czujesz? - Pytam.
- Ja dobrze, za to pewna część mnie, a konkretnie moje biodra, gorzej.
Człowiek chce mnie wykończyć codziennym myciem. To, że niektórzy śmierdzą, nie oznacza, że inni również! - Dodaje głośniej, odwracając głowę w kierunku drzwi, za którymi znikła pani Luba. Wzdycham.
- A jak twoja mamuśka? Może wspomina czasem, że powinna się mną opiekować?
- Mama dobrze, o niczym mi ostatnio nie wspominała. - Odpowiadam ze złością, bo wiem, że wczoraj do niej dzwoniła, żeby dowiedzieć się czy wszystko w porządku.
- Tego się można było po niej spodziewać. - Ciotka przechyla gwałtownie kieliszek. - Na stole leży gazeta, poczytaj mi, proszę.

Rozkładam „Timesa” w oryginale, zaczynam od pierwszej strony. Jestem wściekła, doskonale wiem, co ona próbuje zrobić. Nie mylę się, bo po chwili macha zniecierpliwiona ręką.
- Dukasz - warczy na mnie. - Czy ty w ogóle posługujesz się jakimś językiem poza polskim? - Twój dziadek przewraca się w grobie. Nikt już dziś nie dba o wykształcenie. Czym ty jesteś z zawodu?
- Biolożką. - Odpowiadam przez zaciśnięte zęby.
- Biolożki i psycholożki, wiadomo, największe idiotki… - Ciotka mruży oczy i patrzy na mnie dłuższą chwilę. Robi mi się gorąco.
- Nalej mi jeszcze. Przynajmniej na coś się przydasz. - Wyciąga sękatą rękę. - To jest, co prawda, straszliwie świństwo, gdzie ty to kupiłaś?
- Chrypi. - Ostatnio mój przyjaciel, ambasador Holandii, przywiózł coś znacznie lepszego, ale ty się po prostu nie znasz. Ten ambasador, mieszka tu niedaleko, on za mną szaleje, UWIELBIA mnie, bo nikt w tym kraju nie mówi po francusku tak jak ja. 
Przez chwilę zastanawiam się, czy to możliwe, żeby ambasador Holandii mieszkał tak daleko od Warszawy, ale rezygnuję szybko ze snucia domysłów, bo ciotka najeżdża na mnie gwałtownie swoim fotelem.
Idź natychmiast do łazienki, Człowiek zaczyna robić pranie, jej nie wolno używać pralki. Powiedz, że ma namoczyć prześcieradła w wannie.

Kiedy wracam do pokoju, zastaję na stole pustą butelkę. Ciotka Alicja śpi głęboko, opierając głowę na poduszce. Z jednego oka odpadły jej sztuczne rzęsy, wydaje z siebie głośne, pełne zadowolenia chrapnięcia. Oddycham z ulgą. Zbieram z podłogi torbę, w drodze do drzwi żegnam się z walcząca z prześcieradłami panią Lubą i wychodzę w mokre, wiosenne popołudnie, które wydaje mi się cudownie ciche i harmonijne. Wracam, podskakując wzdłuż torów kolejowych. Przede mną dzień, który mogę spędzić bez ciotki Alicji. Życie wydaje się znowu piękne.

Po powrocie do domu siadam w kuchni obok matki.
- Jak ty z nią wytrzymujesz? - Pytam. - Jak w ogóle można znieść tego potwora.
Mama uśmiecha się znad swojej gazety.
- Widzisz, to skomplikowane. Kiedy mój ojciec ożenił się z Żydówką, wszyscy odwrócili się od niego. Szeptali po kątach o straszliwym mezaliansie, jedyną osobą, która walnęła wtedy pięścią w stół i powiedziała, że nie zniesie dulszczyzny w swoim domu, była ciotka Alicja. Miała tylko osiemnaście lat, ale już wtedy wszyscy się jej bali i twoja babcia została zaakceptowana i przyjęta na łono rodziny. Sama rozumiesz, że mam wobec niej dług do spłacenia…
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.85899 Seconds