Słyszę, jak idzie korytarzem. Wcale nie szura nogami, stawia lekkie, drobne kroczki, rusza się najlżej ze wszystkich w całym domu. Zgasiła mi światło. „Jestem w łazience!” - krzyczę, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że to bez sensu, że i tak nie usłyszy. Muszę wyleźć z kąpieli, otworzyć drzwi i znieść podmuch zimnego powietrza, nacisnąć pstryczek. Jasno. Wracam do gorącej wody. Oddycham z ulgą. Leżę w pianie, a ona tam, po drugiej stronie drzwi znowu kręci się niespokojnie, wstaje z krzesła. Szeleści papier, pewno robi porządek na biurku. Potem wychodzi z pokoju i łazienka znowu niknie w ciemnościach. Wzdycham i z rezygnacją wyciągam korek z wanny. Wkładam szlafrok wprost na mokre ciało, bo po omacku nie mogę znaleźć ręcznika. Otwieram drzwi. Stoi po drugiej stronie niezmiernie zmieszana i skruszona. „Oj, kochanie, nie wiedziałam, że tam jesteś…” „Wiem” - cedzę przez zęby i jestem wściekła, ale zaraz potem czuję ten specyficzny zapach starczego ciała, pomarszczonej skóry i siwych, rzadko mytych włosów i już się nie gniewam, już wstyd mi za siebie i uśmiecham się do niej jak mogę najczulej. „Nic się nie stało, ubiorę się i zaraz do ciebie przyjdę”.
Wkładam dżinsy, potem koszulkę. Jeszcze zaparzę herbaty, może coś zjem… Może ona zaśnie w tym czasie, to jest pora jej drzemki. Dlaczego tak trudno tam pójść, zastanawiam się. Dlaczego właściwie? Kiedy w końcu decyduję się zajrzeć do pokoju na końcu korytarza, ona leży już pod kocem, skurczona w embrionalnej pozie małego dziecka, z jedna suchą rączką podłożoną pod głowę, czyta. Ciocia Dziuba, starsza siostra mojej babci, straciła męża w czasie wojny, nigdy nie wyszła drugi raz za mąż, nie miała dzieci. Po wojnie przez jakiś czas próbowała samodzielnie żyć, ale zupełnie się do tego nie nadawała. Inaczej ją wychowano. Miała przecież zostać miłą, dobrze wykształconą kobietką, umiejącą w zręczny sposób podtrzymywać konwersację przy obiedzie, ewentualnie urodzić dzieci, dopilnować, żeby wyrosły na solidnych mężczyzn i słodkie kobietki. O całą resztę dbali odpowiedzialni, dojrzali mężczyźni. Tylko że mężczyźni w momencie, kiedy skończyła dwadzieścia lat i kiedy właśnie była gotowa, żeby zasiąść na tarasie w wiklinowym fotelu z francuskim magazynem na kolanach i wydać kucharce dyspozycje dotyczące obiadu, ci właśnie mężczyźni, którzy mieli otoczyć ją opieką i zapewnić bezpieczeństwo, wymyślili sobie ciekawszą grę niż zabawa w dom i w rezultacie całkowicie zniknęli z jej życia. Więc jak właściwie miała się odnaleźć sama w zupełnie obcym świecie?
Kiedy skończyła czterdzieści lat przeprowadziła się do babci, a potem z babcią do moich rodziców i obie mieszkały w pokoju przy łazience, obie ogłuchły jednocześnie, zmalały, a potem babcia umarła i ciocia Dziuba została sama na straży łazienkowego światła. Co ona znowu czyta, myślę i staję na palcach, żeby zobaczyć, wyciągam szyję. Cholera, Prousta. Czyta Prousta w wieku dziewięćdziesięciu lat! Tak naprawdę Proust to nic w porównaniu z tym, że niedawno tylko dla mnie przebrnęła przez Rykoszetem Agnieszki Graff, calusieńkie, od deski do deski. A kiedy skończyła, odbyła ze mną spokojną, poważną dyskusję. Słuchała uważnie, zaciskając dłonie na zgiętych kolanach, i te jej intensywnie niebieskie oczy, oczy młodej dziewczyny, zupełnie niepasujące do zmarszczek, zniekształconego nosa i zapadniętej, bezzębnej szczęki, robiły się coraz ciemniejsze, prawie czarne, kiedy tak na mnie patrzyła, kiedy próbowała zrozumieć. „Kochanie, wiesz, to jest dla mnie zupełnie inny świat, mnie takie problemy nigdy nie dotykały” - powiedziała w końcu i wiedziałam bardzo dobrze, że w ten sposób stara się dać mi do zrozumienia, że opowiadam bzdury.
Jeszcze mnie nie widzi, jeszcze w charakterystycznym geście, świadczącym o tym, że zastanawia się nad czymś intensywnie, zakrywa drobną, spękaną dłonią usta, pociera cofniętą brodę. Kiedy tak leży, przypomina wyschnięty orzech włoski, taki niewielki, z pociemniałą skórką, zeszłoroczny orzeszek, który wydaje głuchy, delikatny odgłos, kiedy nim potrząsnąć, bo jądro się skurczyło i odstaje od ścianek. Porusza się niespokojnie, a potem siada wyprostowana, zrzucając okrywający jej nogi koc. Ma trochę spuchnięte kostki, ale stopy wysmukłe i piękne. Patrzę zafascynowana, nie mogę oderwać wzroku od tych drobnych, różowych palców, od okrągłych, gładkich pięt, jasnych, równo obciętych paznokci. „Wejdź, kochanie” - mówi, mocując jednocześnie aparat słuchowy w swoim wielkim, miękkim uchu. Strasznie piszczy, okropny, świdrujący dźwięk. Czy powinnam jej o tym powiedzieć? Pewnie nie, ale mnie to strasznie denerwuje. Ale może wytrzymam.
„Piszczy ten twój aparat!” „Słucham?” „Aparat piszczy!” - drę się jak opętana. „Przepraszam” - martwi się i walczy z baterią, a potem z przyciskiem, którym można regulować głośność. Udało się. Mam wyrzuty sumienia. Siadam więc obok i obejmuję jej drobne ciałko, ramionka jak wystrugane z drewna, twarde i maleńkie. Plecy trochę już zgarbione z biegnącym przez środek szeregiem kosteczek znaczących pod koszulą kręgosłup. Głaszczę ją po głowie. „Co słychać?” - zadaję w końcu to pytanie, chociaż wiem, co to oznacza, doskonale znam odpowiedź. Teraz powie, że dobrze, że nie przeszkadza jej wcale samotność, bo ma swoje książki, swoje obrazki. Znowu wyrzuty sumienia i po raz kolejny paniczna chęć ucieczki. Jak jej nie przeszkadza, to ją tu zostawię, zajmę się sobą, a nie tą przewidywalną, rytualną konwersacją. „Pokażę ci, co ostatnio namalowałam. Chyba mi się udało”. Wyciąga akwarelkę. Delikatne kolory, białe i niebieskie, ciemniejsze, ledwo zaznaczone kreski pozbawionych liści drzew, w tle szara bryła bloku z przeciwka, ale też lekka, pozbawiona rzeczywistej toporności. Namalowała śmietnik i obrzydliwe ursynowskie podwórko, namalowała tak, że jest teraz zachwycające na lekko pożółkłej kartce papieru. Wydobyła z ponurego widoku coś pięknego, coś, czego nigdy nie umiałabym sama dostrzec.
„Ładne” - przyznaję sucho. „Bardzo ładne” - dodaję po chwili z rezygnacją. I to jest rzeczywiście śliczne, ale słowa z trudem przechodzą mi przez gardło, no bo ile razy można w końcu powtarzać to samo. Ona jest jak fabryka, produkuje te swoje malutkie dzieła sztuki, kolejne cudeńka w stonowanych, harmonijnych kolorach, bez przerwy od kilkudziesięciu lat. I za każdym razem trzeba je obejrzeć, każdy obrazek kilkakrotnie, w czasie malowania, po, nieoprawiony jeszcze i już oprawiony, za każdym razem pochwalić, podziwiać. Czy to jest taki straszny wysiłek? O co mi chodzi?
Teraz będziemy rozmawiać o rodzinie, o cioci Niuni, co już zdemenciała doszczętnie, wuju Władeczku, że słucha Radia Maryja, i to wstyd przecież. Tutaj otworzy się przed nami szansa na pogawędkę o mediach, o tym, że dziennik okropny, chyba nie będzie go już oglądać, przecież same straszne wiadomości podają, mogliby o czymś bardziej optymistycznym niż wojna albo głód w Afryce opowiadać. Syknę. I tak nie usłyszy. Potem „Tygodnik Powszechny”, jak zawsze świetny, w ostatnim numerze warto przeczytać…
Tymczasem wcale nie. Zaczyna się zupełnie inaczej niż zwykle, ani cioci Niuni, ani wuja Władeczka. To jest jedna z tych rozmów ważnych i rzadkich, z tych, w których możemy się jakoś spotkać nieoczekiwanie i odnaleźć bliskość. Odsuwa się trochę, a potem pyta szybko, nie podnosząc głowy, nie patrząc mi w oczy: „Powiesz mi, jak to jest z tym seksem?”. Milczę zaskoczona. „Bo widzisz, ja właściwie nic o tym nie wiem” - dodaje. „A co chciałabyś wiedzieć” - staram się nadać głosowi jak najbardziej naturalne brzmienie. „No jak to jest? Bo widzisz, twój wuj, kiedy byliśmy razem, robił to nawet z wielkim zapałem…” Tu następuje kłopotliwa chwila milczenia. „Ale ja nie wiem, co mu się w tym podobało… Kiedy wychodziłam za mąż, to nie wiedziałam nawet, jak to się robi”. „Zdziwiłaś się?” - przełykam głośno ślinę. „No trochę, nie tak bardzo, coś wcześniej podejrzewałam” - przyznaje. „Czy… czy to jest… Czy może być bardzo przyjemne?” „Nigdy później tego nie robiłaś?” „Nigdy”. „Ale dlaczego?!” - pytanie wyrywa mi się zupełnie niechcący, za głośno, zbyt dramatycznie. Dobrze, że jest głucha, nie zauważyła. „No, nie czułam takiej potrzeby”. Zagląda mi teraz w oczy, mała, przestraszona dziewczynka. „Czy to jest bardzo przyjemne?”
Patrzę na jej maleńkie nóżki, na związane w ciasny węzełek siwe włosy, na piąstki zaciśnięte kurczowo na wystających spod spódnicy kolankach, nabieram głęboko tchu: „Nie, ciociu. To potrafi być czasem miłe, nic więcej”. A potem dodaję po chwili wahania: „Nie ma czego żałować”. Słyszę, jak oddycha z ulgą. Wygładza bluzkę zdecydowaną serią krótkich trzepnięć dłonią, obciąga spódnicę. „Zobacz, wróciłam do Prousta, to jest jednak niezwykły pisarz…” „Uhm” - odpowiadam, a wychodząc z pokoju, zabieram z sobą Rykoszetem, które do tej pory leżało przy jej łóżku.
Na podobny temat
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...