Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wykiwani przez system Drukuj
ASz   
02.09.2006

Na wiosnę przez Polskę przetoczyły się demonstracje przeciwko ministrowi edukacji. Czy po wakacjach Roman Giertych znów zmobilizuje uczniów do protestów, czy emocje już opadły?

- Od razu zaznaczę, że nie chcę tu występować jedynie w roli bezstronnego socjologa. Moje środowisko jest zaangażowane na rzecz tego, aby nastroje te nie opadły. Ale z protestami jest tak, że ciężko przewidywać, kiedy wybuchną i w jakim kierunku się rozwiną. Przed rewolta we Francji w 1968 roku ukazał się artykuł zatytułowany „Francja się nudzi”. Nikt też nie badał wówczas intensywnie szkolnictwa, bo uważano, że w szkołach nie dzieje się nic szczególnego. Zamiast wróżenia z fusów warto zastanawiać się jakie są dziś warunki do buntu.

Czy współczesnej młodzieży łatwo się buntować?

- Dziś sytuacja jest inna niż przed rokiem 1989. Zasadnicza różnica wcale nie polega na mniejszym zagrożeniu konsekwencjami pobicia czy prześladowań politycznych. W ostatnich latach została ośmieszona polityczność, zaangażowanie publiczne. Uznano, że skoro mamy demokrację i pluralizm, to na ulice wychodzą tylko warchoły, zgłaszający nie postulaty, a “roszczenia”. Tak  określano m.in. górników i rolników. Nie wychodzimy dziś więc „pod pałki” jak w latach 80., na przeszkodzie stoi raczej ryzyko ośmieszenia się, bycia uznanym za kogoś niepoważnego. To jest w gruncie rzeczy bardzo trudny do pokonania próg - kontroli, korumpowania aktywności społecznej, pacyfikowania protestów. Odwaga protestującej młodzieży polegała więc na przezwyciężeniu onieśmielenia. Uczniowie, studenci, młodsza kadra akademicka i inni protestujący przełamali wstyd.

Protesty odbywały się w wielu miastach i bardzo często, ale – z wyjątkiem jednej demonstracji – nie gromadziły aż tak dużej liczby uczniów. Czy młodzież nie czuje się wspólnotą na tyle, by razem protestować?

- Zauważmy, że ważną barierą w rozszerzaniu się protestów były strategie zamykania ich w bezpiecznym gettcie karnawału. W Ferdydurke profesor Pimko mówił swoim uczniom, że są niewinni i czyści, a oni w przewidywalny i bezpieczny dla systemu sposób przedrzeźniali go i udawali dorosłych. O protestujących przed wakacjami mówiono coś odwrotnego: to starzy wyjadacze z młodzieżówek partyjnych, chcą na protestach zbić polityczny kapitał. To owocowało karnawałowymi wystąpieniami, w których protestujący chcieli niejako potwierdzić swoją niewinność i zdobyć alibi od brudnej polityki. Młodzież samoogranicza się, zastrzega, że jej sprzeciw nie jest polityczny, a antypolityczny. Nieobecność pozytywnego programu ogranicza mobilizację i nie przyczynia się do rozprzestrzeniania protestu.
Podstawowym problemem, przed jakim stoją protestujący, jest więc konieczność zdefiniowania, wymyślenia, czym jest tworzony przez nich ruch. Moim zdaniem protestujący muszą wykroczyć poza dominujące definicje problemów, jakie oferuje im sfera publiczna, np., że problemem tkwi wyłącznie w samym Romanie Giertychu. Przecież populiści nie wzięli się znikąd, nie pojawili się Deus ex Machina by zawłaszczyć rzeczywistość, w której wszystko działo się dobrze. Problemy nie zaczynają się i nie kończą na Giertychu. Proces obecności Kościoła w sferze publicznej w roli jedynego arbitra moralności nie zaczął się wraz z gabinetem Jarosława Kaczyńskiego, ale wraz z rządem Tadeusza Mazowieckiego. To wtedy zrezygnowano z budowania modelu świeckiej szkoły i zezwolono na prowadzenie lekcji religii w publicznych placówkach.
Jeśli protestująca młodzież chce coś zmienić i być rzeczywiści nową jakością w polskiej rzeczywistości politycznej, to nie może ograniczać się do oburzenia na populistów i żądań powrotu do „normalności”. Młodzież musi pomyśleć o stworzeniu realnej alternatywy. W takich sytuacjach, kiedy ma miejsce konflikt z realnym wrogiem i porzuca się dawne tożsamości jako niewystarczające do określenia się w nowych realiach, tworzy się pokolenie.

Co mogą wymyślić?

- Stworzenie nowego projektu, to zawsze największy problem każdego ruchu. Być może na razie powinien to być projekt obejmujący różne protesty i tworzący nowe sojusze społeczne. Dzieje PRL-u rekonstruuje się czasem jako historię niezsynchronizowanych protestów – kiedy protestowała jedna grupa społeczna, to druga pozostawała bierna. Jak strajkowali studenci, to nie strajkowali robotnicy, i na odwrót. Teraz też stoimy przed podobną sytuacją  i szansą zawierania nowych sojuszy i porozumień. Próbę stworzenia czegoś takiego mieliśmy podczas ostatniej przed wakacjami, warszawskiej demonstracji, w której razem ze studentami i uczniami protestowali związkowcy. Domagano się wówczas świeckiej szkoły i socjalnego państwa. Okazało się, że te idee można połączyć.

Daniel Cohn-Bendit mówił, że współczesna młodzież ma negatywną wizję przyszłości i to różni ich od pokolenia buntu z 1968 roku. Co jeszcze ich różni?

- W 1968 roku bunt z jednej strony był skierowany przeciw konsumpcji, z drugiej przeciw państwu, które było omnipotentne, kontrolowało, oddziaływało na różne sfery życia, definiowało jak mają przebiegać różne procesy społeczne. Dziś większym problemem jest to, że nie mamy silnego państwa, paradoksalnie także dzięki częściowym sukcesom buntu lat 60. Państwo raczej się wycofuje. Ludzie nie są stłamszeni, tylko przytłoczeni ryzykiem, którego państwo nie bierze na siebie. Ryzykiem, za które trzeba brać indywidualną odpowiedzialność. Cohn-Bendit mówi, że protestujący z lat 60. byli optymistyczni, chcieli zmieniać świat, a teraz ludzie są defensywni, boją się świata, boją się wolności. Czy jednak wolność do bycia bezrobotnym czy biedakiem jest tym typem wolności, o jaką warto się bić? Jednocześnie w Polsce, co trzeba zaznaczyć jest wciąż dużo przymusów związanych z dominującą wizją moralności, określoną wizją narodu i tożsamości polskiej, która ma być jednorodna, i która jest dziś lansowana także za pomocą instrumentów państwowych.

Mam wrażenie, że państwo jest bezsilne, jeśli chodzi o wsparcie najsłabszych grup społecznych, ale stara się być silne w sferze obyczajowej.

- Państwo chce ingerować w sprawy obyczajowe i w tym sensie sytuacja przypomina tę z ‘68. Choć jednocześnie gdy ktoś ma pieniądze, to możne sobie zapewnić wolność. Kupuje ją np. wykonując nielegalną aborcję. W ten sposób kumulują się nierówności, wolność ekonomiczna umożliwia oderwanie się od przymusów także w sferze moralno-obyczajowej, brak pieniędzy oznacza podleganie naciskom zarazem materialnym i obyczajowym. Na wolność stać tylko bogatych i ci przestają wywierać presję w sferze publicznej, bo ich interesy są zaspokojone, zaś reszta musi się dostosować. Stąd właśnie wynika potrzeba ruchu, który uspołeczni potrzeby spychane dotąd do sfery prywatnej i tam nierówno zaspokajane.

Czy etyczne jest by młodzież odwoływała ministra?

- A dlaczego nie? Jeśli minister jest nieetyczny… Wraz z rozwojem protestu uruchamia się poczucie sprawczości, uczucie, które – jeśli chodzi o sferę publiczną – ludzie w Polsce częściowo stracili. Nie wierzą, że to co robią będzie miało znaczenie, że aktywność społeczna przyniesie rezultaty. W tym sensie hipotetyczne odwołanie ministra Giertycha byłoby odzyskaniem poczucia sprawczości.

W programie „Warto rozmawiać” jeden z prawicowych komentatorów potępiał demonstrującą młodzież mówiąc, że skoro mamy już demokrację, to nie powinniśmy protestować.

- Opinia, że nie musimy protestować, bo mamy demokrację, to kastrowanie demokracji. To opinia bardzo wygodna dla elit sprawujących władzę. Takie stanowisko zakłada, że wszystkie postulaty społeczne mogą być obsłużone przez partie polityczne. Tymczasem te protesty wynikają właśnie z tego, że duża część preferencji politycznych, postulatów i żądań nie jest artykułowana i realizowana przez partie. Jeśli poprzestaniemy na rynku politycznym, to odetniemy dużą część polityczności. Przy czym polityczność to nie są tylko poszczególne partie, to są także ruchy protestu, organizacje społeczne, czy polityka pozaparlamentarna.

Socjologowie młodzieży ostrzegają, że wisi nad nami bomba społeczna. Z jednej strony mamy młodych z rozbudzonymi aspiracjami, a drugiej strony nie ma możliwości ich realizacji. Czy protesty uczniów i studentów miały też takie podłoże czy chodziło głównie o sprzeciw wobec Giertycha?

- Giertych może być tylko katalizatorem protestów. Rzeczywiście istnieje rozziew pomiędzy aspiracjami a możliwościami, pomiędzy oczekiwanym zwrotem, jaki studenci mieli otrzymać ze swego dyplomu, a realnymi szansami na otrzymanie tego zwrotu. Oszustwo polega na tym, że młodzi uczyli się, spełnili wszystkie kryteria, jakie stawiał przed nimi system, i w zamian mieli mieć dobrą pracę. A tu system ich wykiwał. I jeszcze nie mogą nikogo o to oskarżyć. Teraz mówi się im: „To wasz problem, żeby sobie znaleźć pracę. To wy jako jednostki jesteście za to odpowiedzialni.” Ale tych jednostek jest bardzo dużo. Nasuwa się więc refleksja: „Może nie jesteśmy wykiwani jako jednostki, ale jesteśmy wykiwaną grupą. Być może to ten system wyrzucił nas na margines”.  Roman Giertych może być katalizatorem protestów, które przybiorą zupełnie inną formę. To już nie będzie protest przeciwko populistom w rządzie, ale próba przeforsowania innej wizji edukacji, czy polityki gospodarczej. Stanie się dla wszystkich jasny związek między kwestiami socjalno-bytowymi i światopoglądowymi. Między niesprawiedliwą polityka gospodarczą państwa i konserwatywno-populistyczną reakcją społeczeństwa. Giertych może okazać się tylko zapalnikiem.

Badania pokazują, że Polska młodzież staje się coraz bardziej konserwatywna – przywiązana do tradycyjnych wartości, takich jak rodzina. Czytałam interesujący komentarz, że stają się konserwatywni nie ze względu na ideologię, ale na pragmatyzm – we wspólnocie, rodzinie, łatwiej jest przeżyć.

- Proszę zauważyć, że kiedy narodowo-katolicka prawica mówi – rodzina, ma na myśli coś innego niż młodzi ludzie wybierający taka wartość z katalogu proponowanego w socjologicznej ankiecie. Dziś dla młodych rodzina to partnerski układ, który ma satysfakcjonować obie strony i w razie czego może zostać rozwiązany. Poza wszystkim jest on pożądany także ze względów pragmatycznych dlatego, że modernizacja przyniosła powszechną alienację i poczucie osamotnienia. Druga sprawa to brak innej wizji wspólnotowej, innej propozycji niż katolicko-narodowa. Tym różni się nasza sfera publiczna od sfer publicznych innych państw. Czego chce naprawdę Polska młodzież dowiemy się, gdy pojawi się więcej niż jedna wizja wspólnoty. Zresztą właśnie taka idea, upublicznienia alternatywnej propozycji ideowej przyświeca nam w “Krytyce Politycznej”. Nie odpowiada nam ani postępująca indywidualizacja i rosnące nierówności, ani ciasna wspólnotowość i bezreflesyjny tradycjonalizm.

W samorządzie szkolnym działa u nas tylko 1 proc. uczniów, w Czechach 19 proc., w Norwegii 53 proc. Młode pokolenie często określa się mianem egoistycznego, bo nie chce się udzielać społecznie. Jeśli działają w  wolontariacie to tylko po to by wpisać to sobie do CV. Czy to rzeczywiście można skwitować wyłącznie egoizmem?

- Nie nazywałbym tego egoizmem, bo to moralna kwalifikacja, że powinni się poświęcać, a tego nie robią. Tak jest skonstruowany system, że pożądane są strategie indywidualne - każdy powinien dbać o siebie, troszczyć się o swój rozwój. Dlaczego ten projekt indywidualistyczny uwodzi? Po pierwsze daje poczucie wolności, możemy się samorealizować, zajmować swoimi zainteresowaniami. W tym sensie ten projekt ma w sobie coś pasjonującego. Ale w dzisiejszych czasach globalnego ryzyka ważniejsza jest jego druga, ciemna strona – zrzucanie na jednostkę odpowiedzialności i ryzyka związanego z niepowodzeniem życiowym, gdy niepowodzenia te często nie mają  źródeł jednostkowych, ale powodowane są przez czynniki globalne, nad którymi jednostka nie ma kontroli. 

W 2005 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała raport o polskiej młodzieży. Jeden z komentatorów przekonywał, że młodzi Polacy nie wyjeżdżają z kraju, bo są dumni z Polski i tu widzą szansę realizacji. Co się takiego stało, że w ciągu roku tyle osób jednak wyjechało? Przestali być dumni?

- Nie wszyscy, którzy wyjeżdżają robią to ze złości, bo im się Polska nie podoba. Pewno część tak myśli, ale wyjazdy są spowodowane tym, że w Polsce nie ma pracy, że za granicą można żyć na wyższym poziomie. Co ciekawe, jest takie przekonanie, że ci ludzie zaczną wracać i poprawią sytuację w kraju, czyli myślimy: „nic nie musimy robić, tylko czekać, a oni wrócą i zmienią Polskę, bo będą nowocześni, otwarci, liberalni, i jeszcze przywiozą do kraju walizkę pieniędzy”. Kiedy się jest na emigracji, to dominuje nostalgiczna wizja ojczyzny, kraj wspomina się jako miejsce dzieciństwa, gdzie wszystko może zostać po staremu. Jeśli się ma coś zmienić, to muszą to zrobić ludzie, którzy zostali w Polsce. Nie zaimportujemy zmian.

Wywiad ukazał się w „Przeglądzie” z 28 sierpnia 2006.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.09.2006 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.62875 Seconds