Nawet najbardziej przyzwyczajony do
beznadziejnego poziomu polskiego parlamentaryzmu i pozbawiony ostatnich
złudzeń obserwator musiał być przedwczoraj zszokowany. Okazało się, że
dno cynicznego wyrachowania nie jest ostatnim, do którego dotrzeć
potrafi polska polityka. Nie wiem, kto jest bardziej winny - czy ten,
kto zabija siekierą, czy ten, kto strzela z pistoletu.
Generalnie posłowie zasiadających w parlamencie partii czują
się tak pewni siebie, że pozwalają sobie już na wszystko. Rząd na
nierządzenie, parlament na zachowania nieparlamentarne. Jeśli partia
rządząca rywalizuje z dwoma zupełnie skompromitowanymi w opinii
większości społeczeństwa konkurentami, to woli unikać ryzyka
jakichkolwiek decyzji, bo jej po prostu wystarczy być. Zamiast
rządzenia wybiera więc rządzenie w sondażach i permanentny klincz z
przeciwnikiem, który wszystkim stronom zapewnia obecność na scenie politycznej.
Dostając setki i dziesiątki milionów złotych z budżetu,
politycy polskiego parlamentu nie muszą obawiać się żadnej konkurencji.
To demoralizuje i utrwala proces postępującej degrengolady politycznej.
System dotowania partii z budżetu państwa raz wprowadzony pozwala kilku
istniejącym podmiotom wymieniać się władzą aż do ostatecznego upadku.
Gdyby o finansach partii decydowali sami Polacy, oddając na przykład
jeden procent swojego podatku (do określonej sumy, aby zbalansować
wpływ na politykę biednych i bogatych obywateli), to partyjni wodzowie
nie mogliby zachowywać się jak możnowładcy.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 25 lipca 2008.
Na technice za bardzo się nie znam, a...
Echch, ale wam się marzy Wielki Polsk...