Może dlatego właśnie naturalnym uczuciem, jakie ogarnęło mnie po
lekturze ostatniego tekstu Matyi o Kwaśniewskim, była zazdrość. Gdy
wszyscy inni zamknęli sprawę nieudanego powrotu byłego prezydenta w
butelce, Matyja podszedł do całej kwestii ambitniej i sformułował tezę
o strukturalnym anachronizmie Kwaśniewskiego i formacji, której
przewodził on w tej kampanii. Dlaczego to ja nie napisałem takiego
podsumowania, dlaczego czerwonym szlakiem dla prawdziwych zawodowców
poszedł publicysta prawicy? Spotkało mnie coś, co najlepiej opisał Adam
Michnik, gdy przeczytał słynny „Traktat o gnidach” Piotra
Wierzbickiego. Opisywał to później - w artykule „Gnidy i anioły” - jako
zachwyt i zarazem zawiść. Zawiść, że to nie on jest autorem tekstu, w
którym dochodzi do tak precyzyjnego rozszczepienia zdrowej komórki i
„gnidziego” wirusa. Ileż to razy zirytowany „gnidzią postawą” swoich
braci odmawiających podpisu albo innego honorowego gestu znany
opozycjonista chciał ich za to karać. Zawsze jednak się powstrzymywał i
eseju takiego jak Wierzbicki nie napisał - i to „nie tylko z powodu
niedostatku talentu…”. Niektórzy spoglądając w to samo miejsce,
zamiast precyzyjnych granic odnajdą bowiem fałsz. Co ważniejsze, fałsz
wcale nie etyczny, ale czysto intelektualny. W polityce skutkujący
ponadto realnymi stratami. „«Anielskość« własnego
wizerunku polegała na przyznawaniu sobie - często podświadomie -
szczególnych praw” - pisał Michnik. Wierzbicki chciał wylać kubeł
zimnej wody na inteligencję, a wyszła mu poczciwa czytanka skreślona ku
pokrzepieniu serc dysydentów. Dziś czasy nie są tak romantyczne, by
poszukiwać gnidzich postaw, więc i problem jest inny z esejem Matyi,
którego mu najpierw pozazdrościłem, a później zrozumiałem, dlaczego sam
tak śmiało i prosto tezy o anachronizmie Kwaśniewskiego na dzisiejszej
scenie publicznej bym nie postawił.
Przypomnijmy najpierw, co zdaniem Matyi zadecydowało o porażce
przedsięwzięcia, którym był powrót Kwaśniewskiego do polityki. Wedle
konserwatywnego publicysty przesądziła o tym niezdolność byłego
prezydenta do właściwej oceny zmian, jakie nastąpiły w Polsce w trakcie
ostatnich kilku lat. Kwaśniewski uwięziony w myślowych schematach
odziedziczonych po III RP okazał się politykiem z innej epoki. „LiD
proponuje nam ciągłe zachwyty nad przeszłymi zasługami tworzących go
partii”. W szczególności ten zarzut politycy LiD powinni sobie
zapamiętać, bo jest do bólu prawdziwy i doskonale podsumowuje zupełną
bezradność tej formacji. Faktycznie nie daje się już słuchać kolejnych
polityków LiD próbujących zaciekawić publiczność opowieściami o
Okrągłym Stole, planie Balcerowicza, duchu zgody, potrzebie
stabilizacji czy dobrej opinii o Polsce za granicą. Opowieściami o zbyt
wysokiej temperaturze politycznego sporu w Polsce, konieczności
zasypania podziałów, i innymi ciepłymi kluskami niemającymi nic
wspólnego z lewicowymi pomysłami na pomoc wykluczonym ani czymkolwiek,
co zasługiwałoby na uwagę dzisiejszych wyborców.
Ale sprawa nie polega tylko na tym, że takiej retoryce LiD brakuje
bigla. Kwaśniewski mówił przecież tym językiem, bo dzięki temu odnosił
w przeszłości największe sukcesy i przynajmniej do czasu ostatniej
kampanii należał do polityków najbardziej w społeczeństwie lubianych.
Jak nie zmienia się w sporcie drużynowym zwycięskiego składu, tak
Kwaśniewski nie chciał zmieniać skutecznego do niedawna słownika.
Słusznie więc Matyja z porażki Kwaśniewskiego wysnuwa wnioski dotyczące
zmiany logiki politycznej cechującej pierwszych kilkanaście lat
transformacji i czasy obecne. „Kluczowy problem polega, jak się wydaje,
na tym, że lata 90. tworzyły odmienny kontekst społeczny i obyczajowy,
do którego Kwaśniewski pasował znacznie lepiej niż do współczesnej
Polski - ze swoim miękkim relatywizmem ostatniego pokolenia aparatu
PRL, z reakcjami ujmującymi naturalnością, z »polityką
psychoterapeuty« ryzykującego ukrywanie przed pacjentem chorób
ciała ze względu na wymogi dobrostanu psychicznego”. Szkoda, że
krakowski politolog tak niewiele miejsca poświęca na wyjaśnienie, co i
dlaczego właściwie się zmieniło w tych kontekstach ideologicznych
między dekadami, a koncentruje się głównie na losach samego głównego
bohatera. Wiele ze zmiany czasów zrozumiemy, gdy zastanowimy się,
dlaczego gen „miękkiego relatywizmu ostatniego pokolenia aparatu PRL”
musiał był genem dominującym, a nie recesywnym w polskiej polityce
zaraz po obaleniu komunizmu.
Lata 90. to na całym świecie epoka optymizmu wynikającego ze
zwycięstwa nad komunizmem i możliwości zintegrowania niemal całego
świata za pomocą zasad, które okazały się zwycięskie w tej wielkiej
konfrontacji XX wieku. Jeśli w komunizmie wszystko było polityczne, po
jego upadku lepiej było zamknąć politykę w pewnych ramach i docenić
sferę życia prywatnego. Kto by się jednak nadal palił do działalności
publicznej, niech zasila szeregi społeczeństwa obywatelskiego.
Konsensus - oto nowa zasada demokracji. W szczególności państwa, które
musiały nadrabiać zaległości wynikające z trwającej niemal pół wieku
sowieckiej dominacji, pragnęły drogę tę przebyć jak najszybciej i jak
najmniej czasu tracić na zbędne konflikty i dyskusję. „Nie stać nas -
mówiono - ani na spory, ani na własne pomysły”.
Panujący wówczas na Zachodzie neoliberalizm został w spieszącej się
Polsce przyjęty niemal jako część samej istoty demokracji. Dobry był
ten, kto gwarantował szybkość przechodzenia kolejnych etapów
neoliberalnej modernizacji, zły ten, kto z jakichś powodów mnożył
wątpliwości, szukał innych dróg, niepotrzebnie kombinował. Nie był to
dobry okres dla przeciwników neoliberalizmu - ani z lewej, ani z prawej
strony. Tak samo śmiano się wówczas zarówno z tych, którzy chcieli
odbudowywać w Polsce tradycje PPS, jak i z tych, dla których ważniejsze
niż wprowadzanie kapitalizmu były wartości chrześcijańskie (czy ktoś to
jeszcze pamięta?). Trzymając sztandar z napisem: „Niech żyje
pluralizm!”, walono ich po głowie, bo rzekomo zagrażali zadekretowanemu
od góry społecznemu konsensowi wokół transformacji państwa. Natomiast
postkomuniści byli dobrzy, bo jako pokonani wrogowie, którym można było
nie wybaczyć, a jednak wybaczono, bardzo się chcieli wykazać i choć
nazwali się socjaldemokracją, gotowi byli iść na każdy kompromis. A
była to epoka terapii szokowej i szybkich przemian. Akceptując te
reguły, doskonale nadawali się do potwierdzenia ich ponadpartyjnego i
bezalternatywnego charakteru. Im samym postkomunistyczny gen „miękkiego
realatywizmu” umożliwiał prowadzenie takiej polityki i przynosił
wielkie sukcesy. Dzięki temu, choć władza w Sejmie przechodziła z rąk
do rąk, zasadniczy kurs przemian pozostawał ten sam. Scena polityczna
wyglądała przy tym na pluralistyczną i demokratyczną. I wszystkim się
to podobało - poza rosnącą liczbą wykluczonych.
Przełom nastąpił, gdy miarka się przebrała. Kto zajrzy do statystyk,
nie uwierzy, jak w kraju o tak szybkim wzroście gospodarczym żyć i nie
buntować się tak długo, mogła tak liczna grupa wykluczonych. I znów:
tak jak Polska lat 90. niczym w soczewce skupiała dominujące trendy
ideologiczne panujące na świecie, tak i pierwszy kryzys neoliberalizmu
wyglądał podobnie, tyle że ze względu na słabość instytucji przebiegł
ostrzej niż gdziekolwiek indziej. Reakcją na społeczne rozwarstwienie
było zwycięstwo populizmu w 2005 roku. To hasła moralnej rewolucji i IV
RP najbardziej spodobały się wykluczonym. I choć głoszone razem przez
PO i PiS przylgnąć mogły jedynie do tej drugiej formacji, bo za nią
stało poparcie wykluczonych wynikające z jej dystansu do liberalizmu
ekonomicznego. Potwierdziły to wybory samorządowe, w których PiS i PO
niemal idealnie podzieliły się według osi wygrani - przegrani
wolnorynkowych przemian. Już wówczas SLD, który próbował tej samej
retoryki co w latach 90., nie potrafił odbić się na niej od dna.
Dlaczego jednak reakcją na neoliberalizm okazał się populizm
prawicowy, a nie coś innego? Działo się tak niemal w każdej demokracji
liberalnej. Wszędzie nowa religijność, ksenofobia i nacjonalizm stały
się kolejnym „opium dla ludu”. Przynoszącym mu niewielki zysk i dużą
rozkosz. Zrozumiemy, dlaczego zamach na neoliberalne przemiany
przyszedł z prawej strony, gdy dostrzeżemy symptomatyczne odwrócenie
ról, jakie dokonało się między tym, co wyewoluowało w okresie hegemonii
neoliberalnej z lewicy, i tym, co stało się z prawicą. W Stanach
Zjednoczonych, które można traktować jako paradygmat zachodniej
polityki kilku ostatnich dekad, to Republikanie w tym czasie wydają
państwowe pieniądze, tworzą deficyt budżetowy, wzmacniają państwo i
prowadzą politykę interwencjonistyczną na świecie. Zaś Demokratom za
rządów Billa Clintona udaje się ten deficyt zlikwidować. Podobnie jak
Partia Pracy Tony'ego Blaira demontują oni pozostałości państwa
opiekuńczego, obniżają podatki, prywatyzują… W międzyczasie tracą
poparcie swojego naturalnego elektoratu, który zaczyna stawać się
podatny na podniety fundamentalizmu religijnego. Istniejący w każdej
hegemonii zarodek jej własnego upadku w neoliberalnej hegemonii zasiany
został po prawej stronie, ponieważ pokarmem dla jej rozrostu była - co
najmniej od kryzysu naftowego 1973 roku - coraz bardziej skuteczna
krytyka socjaldemokratycznej filozofii rządzenia. Neoliberalizm nie
definiował się w opozycji do wartości konserwatywnych, definiował się
zawsze w opozycji do zasad lewicowych. Przypomnijmy, że hegemonia to
taka sytuacja, w której jedna strona przez pewien czas panuje także nad
tożsamością swoich przeciwników albo wprost ją konstruuje. Dokładnie w
ten sposób liberalizm ekonomiczny zawładnął duszami współczesnych
partii lewicowych: Demokratów, Partii Pracy, SPD i wielu innych.
Kłopoty dla hegemona najszybciej więc mogły pojawić się po prawej
stronie. Gdy nadeszły, polska lewica wciąż leżała przywalona ciężarem
neoliberalnej wiary. Kontekst ideologiczny zaś, o którym pisze Matyja,
zmienić się mógł z ukrytej konfrontacji neoliberalizmu o wielu
zmieniających się na zmianę twarzach (w tym postkomunistycznej) i
narastającego gniewu społecznego - w otwartą konfrontację neoliberałów
z tymi, którym udało się ten gniew osiodłać i skutecznie nim sterować.
Nie byli tego w stanie zrobić postkomuniści, bo stanowili jedynie
narzędzie w rękach elit neoliberalnych, czego nigdy nie potrafili
zrozumieć. Źle im zresztą nie było. W każdym razie do dziś zachowują
się tak, jakby uważali, że koniunktura z lat 90., która przyniosła im
władzę, miała źródło w ich wyjątkowych talentach politycznych i
umiejętności przyswojenia zasad „prawdziwej demokracji”, przez które
rozumieją oczywiście reguły z czasów apogeum neoliberalnej hegemonii.
Wierzą, że koniunktura musi wrócić, wystarczy jedynie dalej powtarzać
te same zaklęcia.
To dlatego Kwaśniewski nie miał szans odnaleźć się w dzisiejszej
polityce. To dlatego LiD niedługo sam się wykończy, jeśli nie przestawi
się na zupełnie inne tory. To dlatego polska inteligencja, która
pewnego razu zasiadła tak licznie w Auditorium Maximum Uniwersytetu
Warszawskiego na konferencji zatytułowanej „Europejskie standardy
demokracji” i mobilizowała się zapatrzona w Kwaśniewskiego do walki w
obronie rzekomo zagrożonej demokracji, powinna się wstydzić, że choć
najbardziej do tego zobowiązana, nic nie rozumie z dzisiejszych czasów.
Słusznie Matyja wytyka Kwaśniewskiemu to, co wytknąć można także wielu
innym, którym populizm mylił się z faszyzmem. „Kwaśniewski nie
zrozumiał nowych czasów. Ich ducha uznał za formę przemocy i
niesprawiedliwego osądu wyrażonego wobec osób, które dobrze przysłużyły
się krajowi w latach 90. Nowe obyczaje - brutalne i bezceremonialne -
uznał za atak na demokratyczne reguły gry”. Podkreślmy, że populizm nie
jest żadnym samodzielnym projektem politycznym (jakim np. był faszyzm).
Istnieje w ogromnym stopniu jedynie w sferze werbalnej. Jest rodzajem
fantazmatu, za pomocą którego zranione społeczeństwo gasi swój ból.
Jego istnienie ma charakter reaktywny - to brudny plaster założony na
ropiejącą demokrację liberalną, w której brutalna gra rynkowa zagroziła
istnieniu wspólnoty i egzystencji ogromnej części społeczeństwa, nie
oferując jej zarazem żadnej innej (poza najmniej groźnym dla hegemonii
populizmem właśnie) drogi ratunku.
Wróćmy do wywodu Matyi. Po tym, jak zauważył on nieprzystawalność
Kwaśniewskiego do nowych czasów, słusznie postanowił wyjaśnić, w jaki
sposób innym politykom aktywnym w latach 90. udało się odnaleźć w nowej
logice politycznej. „Jeszcze tydzień przed wyborami Kwaśniewski mówił o
Tusku, że „«jest tak samo umoczony w historię jak my«.
Nie zrozumiał, że rewolucja semantyczna roku 2003, jak każda rewolucja,
w znacznym stopniu oczyściła Jarosława Kaczyńskiego, Jana Rokitę i
Donalda Tuska. Że, mówiąc obrazowo i z pewną przesadą, przestali oni
być rówieśnikami Kwaśniewskiego i stali się rówieśnikami Zbigniewa
Ziobry”. I znowu Matyja zauważa ruch na powierzchni, ale trudno
powiedzieć, czy wie, co go wywołało. A chodzi o opisany wyżej upadek
logiki, która zapewniała dominację semantyce konsensusu, i o nadejście
logiki populistycznej konfrontacji z elitami neoliberalnej modernizacji.
Wiemy, czym było owo przeobrażenie się Kaczyńskiego. To on stanął na
czele populistycznego buntu. Ale jak wyjaśnić sukces „tak samo
umoczonego w historię” Tuska? Nieco zbyt proste byłoby stwierdzenie, że
został on po prostu pasowany na obrońcę zagrożonego imperium przez
zarządzające procesem jego modernizacji elity, którym udało się
nadzwyczajnie zmobilizować tę część społeczeństwa, która korzysta na
przemianach, powiększoną o tę, której udało się wmówić, że demokracja
rzeczywiście może w Polsce przestać istnieć.
Podczas ostatniej debaty prezydenckiej scyzoryk się w kieszeni
otwierał, gdy patrzyło się, jak rzekomo lewicowy były prezydent słuchał
Donalda Tuska, który nagle informował telewizyjną publiczność, że poza
przedsiębiorcami Polskę zamieszkują także zwykli Polacy. To nie
przedstawiciel Lewicy i Demokratów, ale przywódca partii głoszącej
potrzebę wprowadzenia podatku liniowego pragmatycznie modyfikował swój
przekaz, aby uczynić go znacznie bardziej prosocjalnym niż dotąd.
Kwaśniewski tego nie potrafił. Jak z tej perspektywy wygląda różnica
między oboma politykami? Zdaniem Matyi Tusk jest politykiem, który umie
podążać z duchem czasu, Kwaśniewski zaś razi anachronizmem. Kwaśniewski
oczywiście jest anachroniczny, ale przecież nie dlatego, że nie stać go
na równie cyniczny gest, na jaki zdobył się Tusk, żeby wygrać wybory.
Właśnie w tym miejscu przekaz Matyi rozczarowuje. Przemiana Tuska z
liberała w konserwatystę na potrzeby zdobycia władzy, budowa
wodzowskiej partii z „ludzi bez właściwości”, a na koniec gest
przekształcający Platformę w rodzaj PiS dla beneficjentów transformacji
i dla wszystkich innych chętnych, sprawiły, że dotychczasowe istnienie
Platformy „w przejściu” między III i IV RP skończyło się zintegrowaniem
w jedno ciało antypolitycznego modelu „prezydenta wszystkich Polaków” i
populistycznego polityka prawicy. Estetyczny pierwiastek Kwaśniewskiego
i populistyczny pierwiastek Kaczyńskiego - oto dziś cały Donald Tusk. I
jeśli Kaczyński cynicznie zarządza dziś gniewem przegranych, to Tusk
równie cynicznie zarządza gniewem wygranych. Tak to właśnie Tusk
domknął budowę w Polsce postpolitycznej demokracji, w której politykę
uprawia się już wyłącznie za pomocą strachu. Kwaśniewski jawi się w tym
wszystkim jako zagubiony poczciwina, który uległ sile bardziej cwanego
od siebie cynika.
Gdyby Matyja rozumiał, co znaczą zmiany, które tak celnie dostrzegł,
wstrzymałby się z docenianiem ewolucji jednych tylko dlatego, że
podobnej ewolucji nie przeszli inni. Polsce nie zagraża dziś
anachronizm Kwaśniewskiego, ale to, że polska inteligencja nieumiejąca
dostrzec tego anachronizmu, tak samo nie zrozumie dziś współczesnego
cynizmu, którego symbolem jest przyszły premier.
Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 10 listopada 2007.
Na technice za bardzo się nie znam, a...
Echch, ale wam się marzy Wielki Polsk...