> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Upadek hegemona, triumf cynizmu Drukuj
Sławomir Sierakowski   
10.11.2007
Gdyby istniała w Polsce nagroda imienia Stanisława Cata-Mackiewicza wręczana najlepszemu konserwatywnemu publicyście, powinien dostać ją Rafał Matyja. Może nie za równie barwny jak u wileńskiego żubra styl ani szerokość obejmowanych piórem zainteresowań, ale na pewno za nieszablonowość osądu. Gdy dziś większość sierot po POPiS-ie ciągle nie może się odnaleźć, bo albo wstydzą się swoich niedawnych idoli, albo - jak ci intelektualiści, którzy zaakceptowali rolę propagandzistów - ciągle lunatykują za właśnie upadłą władzą, która na swoich parlamentarnych przywódców wybiera dziś ludzi formatu Putry i Gosiewskiego, Matyja należy do tych, którzy potrafili zachować trzeźwość sądu. Nie tylko zresztą dziś, ale także i wczoraj, gdy jeszcze nie było pewne, jak to „dziś” będzie wyglądać. Tymczasem na dobre trwa już „dekaczyzacja”, więc niejeden publicysta czy dziennikarz kończy właśnie „przebijanie numerów” w swoim stosunku do liderów PO. Matyja takich rzeczy nie robi i za to należy mu się szacunek także z drugiej strony barykady.

Może dlatego właśnie naturalnym uczuciem, jakie ogarnęło mnie po lekturze ostatniego tekstu Matyi o Kwaśniewskim, była zazdrość. Gdy wszyscy inni zamknęli sprawę nieudanego powrotu byłego prezydenta w butelce, Matyja podszedł do całej kwestii ambitniej i sformułował tezę o strukturalnym anachronizmie Kwaśniewskiego i formacji, której przewodził on w tej kampanii. Dlaczego to ja nie napisałem takiego podsumowania, dlaczego czerwonym szlakiem dla prawdziwych zawodowców poszedł publicysta prawicy? Spotkało mnie coś, co najlepiej opisał Adam Michnik, gdy przeczytał słynny „Traktat o gnidach” Piotra Wierzbickiego. Opisywał to później - w artykule „Gnidy i anioły” - jako zachwyt i zarazem zawiść. Zawiść, że to nie on jest autorem tekstu, w którym dochodzi do tak precyzyjnego rozszczepienia zdrowej komórki i „gnidziego” wirusa. Ileż to razy zirytowany „gnidzią postawą” swoich braci odmawiających podpisu albo innego honorowego gestu znany opozycjonista chciał ich za to karać. Zawsze jednak się powstrzymywał i eseju takiego jak Wierzbicki nie napisał - i to „nie tylko z powodu niedostatku talentu…”. Niektórzy spoglądając w to samo miejsce, zamiast precyzyjnych granic odnajdą bowiem fałsz. Co ważniejsze, fałsz wcale nie etyczny, ale czysto intelektualny. W polityce skutkujący ponadto realnymi stratami. „«Anielskość« własnego wizerunku polegała na przyznawaniu sobie - często podświadomie - szczególnych praw” - pisał Michnik. Wierzbicki chciał wylać kubeł zimnej wody na inteligencję, a wyszła mu poczciwa czytanka skreślona ku pokrzepieniu serc dysydentów. Dziś czasy nie są tak romantyczne, by poszukiwać gnidzich postaw, więc i problem jest inny z esejem Matyi, którego mu najpierw pozazdrościłem, a później zrozumiałem, dlaczego sam tak śmiało i prosto tezy o anachronizmie Kwaśniewskiego na dzisiejszej scenie publicznej bym nie postawił.

Przypomnijmy najpierw, co zdaniem Matyi zadecydowało o porażce przedsięwzięcia, którym był powrót Kwaśniewskiego do polityki. Wedle konserwatywnego publicysty przesądziła o tym niezdolność byłego prezydenta do właściwej oceny zmian, jakie nastąpiły w Polsce w trakcie ostatnich kilku lat. Kwaśniewski uwięziony w myślowych schematach odziedziczonych po III RP okazał się politykiem z innej epoki. „LiD proponuje nam ciągłe zachwyty nad przeszłymi zasługami tworzących go partii”. W szczególności ten zarzut politycy LiD powinni sobie zapamiętać, bo jest do bólu prawdziwy i doskonale podsumowuje zupełną bezradność tej formacji. Faktycznie nie daje się już słuchać kolejnych polityków LiD próbujących zaciekawić publiczność opowieściami o Okrągłym Stole, planie Balcerowicza, duchu zgody, potrzebie stabilizacji czy dobrej opinii o Polsce za granicą. Opowieściami o zbyt wysokiej temperaturze politycznego sporu w Polsce, konieczności zasypania podziałów, i innymi ciepłymi kluskami niemającymi nic wspólnego z lewicowymi pomysłami na pomoc wykluczonym ani czymkolwiek, co zasługiwałoby na uwagę dzisiejszych wyborców.

Ale sprawa nie polega tylko na tym, że takiej retoryce LiD brakuje bigla. Kwaśniewski mówił przecież tym językiem, bo dzięki temu odnosił w przeszłości największe sukcesy i przynajmniej do czasu ostatniej kampanii należał do polityków najbardziej w społeczeństwie lubianych. Jak nie zmienia się w sporcie drużynowym zwycięskiego składu, tak Kwaśniewski nie chciał zmieniać skutecznego do niedawna słownika. Słusznie więc Matyja z porażki Kwaśniewskiego wysnuwa wnioski dotyczące zmiany logiki politycznej cechującej pierwszych kilkanaście lat transformacji i czasy obecne. „Kluczowy problem polega, jak się wydaje, na tym, że lata 90. tworzyły odmienny kontekst społeczny i obyczajowy, do którego Kwaśniewski pasował znacznie lepiej niż do współczesnej Polski - ze swoim miękkim relatywizmem ostatniego pokolenia aparatu PRL, z reakcjami ujmującymi naturalnością, z »polityką psychoterapeuty« ryzykującego ukrywanie przed pacjentem chorób ciała ze względu na wymogi dobrostanu psychicznego”. Szkoda, że krakowski politolog tak niewiele miejsca poświęca na wyjaśnienie, co i dlaczego właściwie się zmieniło w tych kontekstach ideologicznych między dekadami, a koncentruje się głównie na losach samego głównego bohatera. Wiele ze zmiany czasów zrozumiemy, gdy zastanowimy się, dlaczego gen „miękkiego relatywizmu ostatniego pokolenia aparatu PRL” musiał był genem dominującym, a nie recesywnym w polskiej polityce zaraz po obaleniu komunizmu.

Lata 90. to na całym świecie epoka optymizmu wynikającego ze zwycięstwa nad komunizmem i możliwości zintegrowania niemal całego świata za pomocą zasad, które okazały się zwycięskie w tej wielkiej konfrontacji XX wieku. Jeśli w komunizmie wszystko było polityczne, po jego upadku lepiej było zamknąć politykę w pewnych ramach i docenić sferę życia prywatnego. Kto by się jednak nadal palił do działalności publicznej, niech zasila szeregi społeczeństwa obywatelskiego. Konsensus - oto nowa zasada demokracji. W szczególności państwa, które musiały nadrabiać zaległości wynikające z trwającej niemal pół wieku sowieckiej dominacji, pragnęły drogę tę przebyć jak najszybciej i jak najmniej czasu tracić na zbędne konflikty i dyskusję. „Nie stać nas - mówiono - ani na spory, ani na własne pomysły”.

Panujący wówczas na Zachodzie neoliberalizm został w spieszącej się Polsce przyjęty niemal jako część samej istoty demokracji. Dobry był ten, kto gwarantował szybkość przechodzenia kolejnych etapów neoliberalnej modernizacji, zły ten, kto z jakichś powodów mnożył wątpliwości, szukał innych dróg, niepotrzebnie kombinował. Nie był to dobry okres dla przeciwników neoliberalizmu - ani z lewej, ani z prawej strony. Tak samo śmiano się wówczas zarówno z tych, którzy chcieli odbudowywać w Polsce tradycje PPS, jak i z tych, dla których ważniejsze niż wprowadzanie kapitalizmu były wartości chrześcijańskie (czy ktoś to jeszcze pamięta?). Trzymając sztandar z napisem: „Niech żyje pluralizm!”, walono ich po głowie, bo rzekomo zagrażali zadekretowanemu od góry społecznemu konsensowi wokół transformacji państwa. Natomiast postkomuniści byli dobrzy, bo jako pokonani wrogowie, którym można było nie wybaczyć, a jednak wybaczono, bardzo się chcieli wykazać i choć nazwali się socjaldemokracją, gotowi byli iść na każdy kompromis. A była to epoka terapii szokowej i szybkich przemian. Akceptując te reguły, doskonale nadawali się do potwierdzenia ich ponadpartyjnego i bezalternatywnego charakteru. Im samym postkomunistyczny gen „miękkiego realatywizmu” umożliwiał prowadzenie takiej polityki i przynosił wielkie sukcesy. Dzięki temu, choć władza w Sejmie przechodziła z rąk do rąk, zasadniczy kurs przemian pozostawał ten sam. Scena polityczna wyglądała przy tym na pluralistyczną i demokratyczną. I wszystkim się to podobało - poza rosnącą liczbą wykluczonych.

Przełom nastąpił, gdy miarka się przebrała. Kto zajrzy do statystyk, nie uwierzy, jak w kraju o tak szybkim wzroście gospodarczym żyć i nie buntować się tak długo, mogła tak liczna grupa wykluczonych. I znów: tak jak Polska lat 90. niczym w soczewce skupiała dominujące trendy ideologiczne panujące na świecie, tak i pierwszy kryzys neoliberalizmu wyglądał podobnie, tyle że ze względu na słabość instytucji przebiegł ostrzej niż gdziekolwiek indziej. Reakcją na społeczne rozwarstwienie było zwycięstwo populizmu w 2005 roku. To hasła moralnej rewolucji i IV RP najbardziej spodobały się wykluczonym. I choć głoszone razem przez PO i PiS przylgnąć mogły jedynie do tej drugiej formacji, bo za nią stało poparcie wykluczonych wynikające z jej dystansu do liberalizmu ekonomicznego. Potwierdziły to wybory samorządowe, w których PiS i PO niemal idealnie podzieliły się według osi wygrani - przegrani wolnorynkowych przemian. Już wówczas SLD, który próbował tej samej retoryki co w latach 90., nie potrafił odbić się na niej od dna.

Dlaczego jednak reakcją na neoliberalizm okazał się populizm prawicowy, a nie coś innego? Działo się tak niemal w każdej demokracji liberalnej. Wszędzie nowa religijność, ksenofobia i nacjonalizm stały się kolejnym „opium dla ludu”. Przynoszącym mu niewielki zysk i dużą rozkosz. Zrozumiemy, dlaczego zamach na neoliberalne przemiany przyszedł z prawej strony, gdy dostrzeżemy symptomatyczne odwrócenie ról, jakie dokonało się między tym, co wyewoluowało w okresie hegemonii neoliberalnej z lewicy, i tym, co stało się z prawicą. W Stanach Zjednoczonych, które można traktować jako paradygmat zachodniej polityki kilku ostatnich dekad, to Republikanie w tym czasie wydają państwowe pieniądze, tworzą deficyt budżetowy, wzmacniają państwo i prowadzą politykę interwencjonistyczną na świecie. Zaś Demokratom za rządów Billa Clintona udaje się ten deficyt zlikwidować. Podobnie jak Partia Pracy Tony'ego Blaira demontują oni pozostałości państwa opiekuńczego, obniżają podatki, prywatyzują… W międzyczasie tracą poparcie swojego naturalnego elektoratu, który zaczyna stawać się podatny na podniety fundamentalizmu religijnego. Istniejący w każdej hegemonii zarodek jej własnego upadku w neoliberalnej hegemonii zasiany został po prawej stronie, ponieważ pokarmem dla jej rozrostu była - co najmniej od kryzysu naftowego 1973 roku - coraz bardziej skuteczna krytyka socjaldemokratycznej filozofii rządzenia. Neoliberalizm nie definiował się w opozycji do wartości konserwatywnych, definiował się zawsze w opozycji do zasad lewicowych. Przypomnijmy, że hegemonia to taka sytuacja, w której jedna strona przez pewien czas panuje także nad tożsamością swoich przeciwników albo wprost ją konstruuje. Dokładnie w ten sposób liberalizm ekonomiczny zawładnął duszami współczesnych partii lewicowych: Demokratów, Partii Pracy, SPD i wielu innych. Kłopoty dla hegemona najszybciej więc mogły pojawić się po prawej stronie. Gdy nadeszły, polska lewica wciąż leżała przywalona ciężarem neoliberalnej wiary. Kontekst ideologiczny zaś, o którym pisze Matyja, zmienić się mógł z ukrytej konfrontacji neoliberalizmu o wielu zmieniających się na zmianę twarzach (w tym postkomunistycznej) i narastającego gniewu społecznego - w otwartą konfrontację neoliberałów z tymi, którym udało się ten gniew osiodłać i skutecznie nim sterować. Nie byli tego w stanie zrobić postkomuniści, bo stanowili jedynie narzędzie w rękach elit neoliberalnych, czego nigdy nie potrafili zrozumieć. Źle im zresztą nie było. W każdym razie do dziś zachowują się tak, jakby uważali, że koniunktura z lat 90., która przyniosła im władzę, miała źródło w ich wyjątkowych talentach politycznych i umiejętności przyswojenia zasad „prawdziwej demokracji”, przez które rozumieją oczywiście reguły z czasów apogeum neoliberalnej hegemonii. Wierzą, że koniunktura musi wrócić, wystarczy jedynie dalej powtarzać te same zaklęcia.

To dlatego Kwaśniewski nie miał szans odnaleźć się w dzisiejszej polityce. To dlatego LiD niedługo sam się wykończy, jeśli nie przestawi się na zupełnie inne tory. To dlatego polska inteligencja, która pewnego razu zasiadła tak licznie w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego na konferencji zatytułowanej „Europejskie standardy demokracji” i mobilizowała się zapatrzona w Kwaśniewskiego do walki w obronie rzekomo zagrożonej demokracji, powinna się wstydzić, że choć najbardziej do tego zobowiązana, nic nie rozumie z dzisiejszych czasów. Słusznie Matyja wytyka Kwaśniewskiemu to, co wytknąć można także wielu innym, którym populizm mylił się z faszyzmem. „Kwaśniewski nie zrozumiał nowych czasów. Ich ducha uznał za formę przemocy i niesprawiedliwego osądu wyrażonego wobec osób, które dobrze przysłużyły się krajowi w latach 90. Nowe obyczaje - brutalne i bezceremonialne - uznał za atak na demokratyczne reguły gry”. Podkreślmy, że populizm nie jest żadnym samodzielnym projektem politycznym (jakim np. był faszyzm). Istnieje w ogromnym stopniu jedynie w sferze werbalnej. Jest rodzajem fantazmatu, za pomocą którego zranione społeczeństwo gasi swój ból. Jego istnienie ma charakter reaktywny - to brudny plaster założony na ropiejącą demokrację liberalną, w której brutalna gra rynkowa zagroziła istnieniu wspólnoty i egzystencji ogromnej części społeczeństwa, nie oferując jej zarazem żadnej innej (poza najmniej groźnym dla hegemonii populizmem właśnie) drogi ratunku.

Wróćmy do wywodu Matyi. Po tym, jak zauważył on nieprzystawalność Kwaśniewskiego do nowych czasów, słusznie postanowił wyjaśnić, w jaki sposób innym politykom aktywnym w latach 90. udało się odnaleźć w nowej logice politycznej. „Jeszcze tydzień przed wyborami Kwaśniewski mówił o Tusku, że „«jest tak samo umoczony w historię jak my«. Nie zrozumiał, że rewolucja semantyczna roku 2003, jak każda rewolucja, w znacznym stopniu oczyściła Jarosława Kaczyńskiego, Jana Rokitę i Donalda Tuska. Że, mówiąc obrazowo i z pewną przesadą, przestali oni być rówieśnikami Kwaśniewskiego i stali się rówieśnikami Zbigniewa Ziobry”. I znowu Matyja zauważa ruch na powierzchni, ale trudno powiedzieć, czy wie, co go wywołało. A chodzi o opisany wyżej upadek logiki, która zapewniała dominację semantyce konsensusu, i o nadejście logiki populistycznej konfrontacji z elitami neoliberalnej modernizacji.

Wiemy, czym było owo przeobrażenie się Kaczyńskiego. To on stanął na czele populistycznego buntu. Ale jak wyjaśnić sukces „tak samo umoczonego w historię” Tuska? Nieco zbyt proste byłoby stwierdzenie, że został on po prostu pasowany na obrońcę zagrożonego imperium przez zarządzające procesem jego modernizacji elity, którym udało się nadzwyczajnie zmobilizować tę część społeczeństwa, która korzysta na przemianach, powiększoną o tę, której udało się wmówić, że demokracja rzeczywiście może w Polsce przestać istnieć.

Podczas ostatniej debaty prezydenckiej scyzoryk się w kieszeni otwierał, gdy patrzyło się, jak rzekomo lewicowy były prezydent słuchał Donalda Tuska, który nagle informował telewizyjną publiczność, że poza przedsiębiorcami Polskę zamieszkują także zwykli Polacy. To nie przedstawiciel Lewicy i Demokratów, ale przywódca partii głoszącej potrzebę wprowadzenia podatku liniowego pragmatycznie modyfikował swój przekaz, aby uczynić go znacznie bardziej prosocjalnym niż dotąd. Kwaśniewski tego nie potrafił. Jak z tej perspektywy wygląda różnica między oboma politykami? Zdaniem Matyi Tusk jest politykiem, który umie podążać z duchem czasu, Kwaśniewski zaś razi anachronizmem. Kwaśniewski oczywiście jest anachroniczny, ale przecież nie dlatego, że nie stać go na równie cyniczny gest, na jaki zdobył się Tusk, żeby wygrać wybory. Właśnie w tym miejscu przekaz Matyi rozczarowuje. Przemiana Tuska z liberała w konserwatystę na potrzeby zdobycia władzy, budowa wodzowskiej partii z „ludzi bez właściwości”, a na koniec gest przekształcający Platformę w rodzaj PiS dla beneficjentów transformacji i dla wszystkich innych chętnych, sprawiły, że dotychczasowe istnienie Platformy „w przejściu” między III i IV RP skończyło się zintegrowaniem w jedno ciało antypolitycznego modelu „prezydenta wszystkich Polaków” i populistycznego polityka prawicy. Estetyczny pierwiastek Kwaśniewskiego i populistyczny pierwiastek Kaczyńskiego - oto dziś cały Donald Tusk. I jeśli Kaczyński cynicznie zarządza dziś gniewem przegranych, to Tusk równie cynicznie zarządza gniewem wygranych. Tak to właśnie Tusk domknął budowę w Polsce postpolitycznej demokracji, w której politykę uprawia się już wyłącznie za pomocą strachu. Kwaśniewski jawi się w tym wszystkim jako zagubiony poczciwina, który uległ sile bardziej cwanego od siebie cynika.

Gdyby Matyja rozumiał, co znaczą zmiany, które tak celnie dostrzegł, wstrzymałby się z docenianiem ewolucji jednych tylko dlatego, że podobnej ewolucji nie przeszli inni. Polsce nie zagraża dziś anachronizm Kwaśniewskiego, ale to, że polska inteligencja nieumiejąca dostrzec tego anachronizmu, tak samo nie zrozumie dziś współczesnego cynizmu, którego symbolem jest przyszły premier.

Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 10 listopada 2007.
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |11.11.2007 00:57:25
Zwraca uwagę definicja hegemonii
kot   |13.11.2007 14:32:43
Sł. Sierakowski pośród uznanych w naszym zaścianku tuzów intelektu.
Zaprezentował najlepszy język. Ciekawy Z. Krasnodębski, lecz z nim kłopoty
podobne jak z J. Staniszkis. Obiera właściwy kierunek, aby go zaraz zgubić.
Jadwiga Staniszkis docenia znaczenie instytucji dla naszej cywilizacji&.i nie
zauważa, że PIS-owi instytucje jako ogniwa niezależnie  przeszkadzają. Z kolei
Z. Krasnodębski, dla którego: bez własnego, silnego i suwerennego państwa nie
sposób pokonać zacofania nie dopatrzył się osłabiania państwa w tym co robił
PIS gdy dezawuował jego instytucje.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 10.11.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 27.49101 Seconds