|
Lewica zawsze proponowała projekty ciepłe, czasem wręcz gorące. To liberalizm zawsze był chłodny, proceduralny. Dlatego trudno się w nim zakochać i dlatego zawsze się z czymś łączy – w Polsce łączy się niemal chemicznie z konserwatyzmem światopoglądowym. „Ukąszenie heglowskie” to było nic innego jak zauroczenie ciepłym projektem. - ze Sławomirem Sierakowskim rozmawiają Michał Godzic i Jakub Lubelski („Znak”, rubryka „Rok 1984”, październik 2005).
MG: Donald Tusk odwołuje się do wartości socjalnych, mówi o swojej biednej matce, która dostała niską odprawę po kilkudziesięciu latach pracy… Lech Kaczyński obiecał pomóc stoczniowcom, jak wygra wybory. Z drugiej strony mamy wciąż rządy SLD-owskie, o czym pisałeś, z liberalną polityką ekonomiczną. Na kogo ma dzisiaj głosować lewicowiec? Jedne i drugie wybory przypadają na okres przesilenia na scenie politycznej. Wreszcie kończy się postkomunizm, choć ten rozkład zapewne jeszcze długo potrwa. Problem polega na tym, że na jego miejsce nie wchodzi żadna silna struktura. Nie ma lewicy, bo nie ma miejsca dla lewicy w Polsce. Nie ma przede wszystkim żadnych mediów lewicowych, dogorywają postkomunistyczne. Natomiast pozostałe tygodniki, dzienniki i telewizje proponują dyskurs centrowy lub prawicowy. Oczywiście zaprasza się tu i ówdzie nieliczne osoby o lewicowych poglądach, ale znajdują się one w bardzo trudnej sytuacji. W coraz szybszych i płytszych programach publicystycznych nie da się pokazać alternatywnego sposobu myślenia. Jak wiadomo, ludzie lubią piosenki, które dobrze znają. Zresztą i tak częściej do odgrywania lewicy zapraszani są ci, do których media się przyzwyczaiły, tak jak przyzwyczaiły się kiedyś, że SLD to lewica. A tacy publicyści jak Janusz Rolicki, prof. Jacek Wódz czy Robert Walenciak reprezentują partie postkomunistyczne, a nie lewicę. I koło się kręci. Jeśli w dyskursie publicznym nie ma silnego języka lewicy i jego reprezentatntów, to nie ma w polu politycznych możliwości lewicowej polityki i lewicowej partii. Dlatego lewicowiec dziś musi dobrze obejrzeć listy tych, którzy startują w ramach partii postkomunistycznych i kogoś tam znajdzie. Są Zieloni w SdPL, jest parę osób na listach SLD. Ale na lewicę w Polsce trzeba jeszcze poczekać i mocno się napracować, żeby powstała, a okoliczności są wyjątkowo niesprzyjające. Bo jak na przykład założyć dziś lewicowy tygodnik? Za jakie pieniądze? W dzisiejszym świecie reklamy, pieniądze dają poglądy liberalne lub konserwatywne. Jaki biznes odważy się wspierać reklamami albo wydawać medium, które wzywa do ograniczenia jego wpływów i wysokich podatków? Dlaczego tak jest? Moment założycielski III RP przypadł na apogeum wiary w liberalizm ekonomiczny na świecie. Rok czerwcowych wyborów to zresztą rok, w którym Francis Fukuyama pisze swój słynny artykuł „Koniec historii” zamieniony następnie w książkę. W świecie dominuje przekonanie o bezalternatywności neoliberalnego paradygmatu. Do tego, w Polsce komuniści oddają władzę, ale pozostają na scenie politycznej, na której mają odgrywać rolę socjaldemokracji. A z jakiego powodu oni mieli akurat mieć socjaldemokratyczne poglądy?! Bo kiedyś poszli do PZPR? Bez żartów, do PZPR nie szło się w latach 70. czy 80. po to, by realizować lewicowe poglądy. Tymczasem obrana przez solidarnościowe elity polityka wywołuje poważne problemy społeczne, rośnie bezrobocie, bieda i nierówności. Nie ma żadnej siły politycznej, która skutecznie łagodziłaby te przemiany. Postkomuniści wchodzą w liberalne buty, bo nie potrafią myśleć samodzielnie oraz sądzą, że w ten sposób zalegitymizują swoją obecność na scenie politycznej. Że w ten sposób udowodnią, iż mogą być poważnymi politykami i nadają się do demokracji. Tymczasem z braku lewicy frustracje społeczne zaczyna obsługiwać prawica narodowa i populiści odwołujący się do wyimaginowanych zagrożeń: Europa, Niemcy, Żydzi, geje itd. Konserwatyści żyją z frustracji produkowanych przez liberałów. Taka zresztą będzie przyszła koalicja. A to, że oni odwołują się do socjalnych postulatów wynika z tego, że społeczeństwo jest ciągle w duchu egalitarne… MG: Czy to nie jest tylko populizm? Tak, ale populizm w węższym znaczeniu – koniunkturalizm. Donald Tusk – jeśli prześledzilibyśmy jego wypowiedzi począwszy od 1989 roku – mówił w zasadzie wszystko. To jest polityk, który wypowiadał antyklerykalne, liberalne światopoglądowo poglądy. Dziś w wywiadach mówi: jestem konserwatystą! MG: Czy mamy dzisiaj w Polsce jakąś partię lewicową? Mamy „Zielonych 2004”, ale to nie jest istotna siła polityczna. Przedstawia się ją w mediach jako mało poważną grupkę gejów, lesbijek, ekologów i rowerzystów… MG: A zatem w Polsce lewica to postkomuniści, prawica to liberałowie i nacjonaliści. Mnie się wydaje, że to podział dość umowny… Każdy taki podział jest umowny. W mediach mówią: „lewica głosowała tak, prawica głosowała tak” – przez lewicę rozumieją postkomunistów. „Krytyce Politycznej” udało się ostatnimi czasy nieco odmienić pojmowanie lewicy. Przykładem – ostatnia duża debata prasowa o lewicy w „Gazecie Wyborczej”, kiedy 4 głosy należały do polityków SLD i 4 do „Krytyki Politycznej”. Media wreszcie zaczęły regularnie stawiać znak zapytania nad lewicowością SLD. MG: Przedstawiasz media jako jedną całość? Co do podstawowych zasad główne media różnią się minimalnie. Jest coś takiego jak mainstream medialny. To, że Polsat jest bardziej PiSowski, TVN bardziej „tuskowy”, a Gazeta Wyborcza bardziej „cimoszewiczowa”, nie zmienia faktu, że jest pewien zestaw zasad, które media traktują jako oczywiste i stały skład osobowy polityków, prawie niezmieniany od początku III RP. Media ten układ reprodukują. Ostatnie rządy SLD pod względem ekonomicznym były bardzo podobne do poprzednich rządów, a światopoglądowo nic nie zmieniły. MG: Czy są w takim razie jakieś istotne podziały na polskiej scenie politycznej? Ciągle dominuje podział historyczny, który paradoksalnie legitymizuje istnienie postkomunistów. Kogo ścigać będą Kaczyńscy w swoich superkomisjach, jak znikną postkomuniści? Każdy ostry podział organizujący debatę publiczną jest korzystny dla obu spierających się stron, bo uzasadnia ich istnienie i nagłaśnia ich przekaz. Ale ten podział jest w gruncie rzeczy szkodliwy dla Polski, bo nie polega na sporze konkurencyjnych wizji rozwoju państwa. JL: Jaka jest Twoja diagnoza współczesnej demokracji? Jest ona przeżarta przez kapitalizm. To demokracja telewizyjna. Demokracja miała kiedyś służyć wymianie opinii, kształtowaniu woli publicznej. Dzisiaj to jest głównie socjotechnika, pieniądze, reklama i marketing. Kto nie ma kasy, ten nie ma racji. Dlaczego Tusk ma nagle 41%? Powiedział coś ciekawego? Nie, obejrzeliśmy 20 tysięcy billboardów i reklamówki telewizyjne. Tyle. I choć wielu kręci nosem, to wszyscy to akceptują zgodnie z zasadą: nie zawrócimy kijem Wisły. Wprowadzimy zakaz sondaży, które przecież drastycznie skracają perspektywę w polityce i faktycznie unieważniają sam moment głosowania? Nie. Będziemy podążać za coraz bardziej oderwanymi od swojego pierwotnego przeznaczenia demokracją, partiami, mediami. JL: Czym jest nowa lewica? Pojęcie „nowa lewica” miało początek w 68. roku i oznaczać miało odejście od koncentrowania się na kwestiach ekonomicznych w stronę zwalczania opresji kulturowych – wzrosło znaczenie w polityce ruchów feministycznych, gejowskich, ekologicznych. Kiedyś walczyliśmy o prawa polityczne dla obywateli, później o prawa socjalne, a dziś walczymy o prawa kulturowe. W Polsce, gdzie nie ma starej lewicy, podział ten nie ma wielkiego sensu. Tu potrzebna jest po prostu lewica. JL: Jeżeli jesteś człowiekiem lewicy to czy Marks ma dla ciebie jakieś znaczenie? Jasne. Dla was też ma znaczenie. Marksizm wszedł do głównego nurtu humanistyki: socjologii, filozofii, ekonomii. MG: Bardziej na Zachodzie niż w Polsce. Wszędzie. Wiele kluczowych pojęć, z pojęciem „towaru” na czele, pochodzi od Marksa. Pamiętajmy, że Marks pisał przede wszystkim o kapitalizmie, a nie o socjalizmie. Bez Marksa nie bylibyśmy świadomi wielu zupełnie oczywistych dziś rzeczy, jak choćby tego, że poznanie jest społecznie uwarunkowane. Weźmy do ręki najbardziej popularny na świecie podręcznik retrospektywnie ujętej teorii ekonomii Petera Blauga i co w nim możemy przeczytać? „Marks jako ekonomista jest nadal tak żywy i aktualny jak żaden z do tej pory omawianych autorów. Tysiące razy poddawano Marksa krytyce, rewidowano, odrzucano i grzebano, lecz on ciągle wzbrania się przed zesłaniem na wygnanie do historii myśli. Na dobre i na złe jego idee stały się elementem klimatu intelektualnego, który nas otacza. (…) Cokolwiek możnaby pomyśleć o ostatecznej słuszności marksizmu, tylko tępy umysł nie jest zdolny do czerpania inspiracji z heroicznego wysiłku Marksa, zmierzającego do konsekwentnego i spójnego ogólnego wyjaśnienia „praw ruchu” kapitalizmu”. MG: Rozumiem, że aktualność zachowuje także postulat społeczeństwa bezklasowego? Marksizm można podzielić na teorię normatywną i pozytywną. To diagnoza rzeczywistości i projekt zmiany. Twierdzenia pierwszej – jak choćby to, że w każdej epoce myśli klasy panującej, są myślami panującymi – pozostają zaskakująco aktualne. Inaczej jest z marksowską teorią rewolucji. Ale zapewniam was, że Marks nie odbiega tu zasadniczo od innych wielkich filozofów. U Platona znajdziecie pomysły równie ryzykowne. Poza tym samo pojęcie społeczeństwa bezklasowego wyraża wolę zniesienia niesprawiedliwych podziałów społecznych i w tym sensie zachowuje swój sens. MG: To spróbujmy może zdefiniować – czym by miała być ta “po prostu lewica”… Jak pisał Antonio Gramsci: “najpierw hegemonia kulturowa, potem hegemonia polityczna”. Najpierw więc trzeba przekształcić dyskurs publiczny. Zrobić w nim miejsce dla lewicowej wizji Polski. Pokazać taką możliwość, zapracować na inne skojarzenia z lewicą niż obrona PRL. W „Krytyce” staramy się budować adekwatny do polskich problemów dyskurs lewicowy i zakorzeniać go w polskich debatach oraz zbierać ludzi, którzy chcą w tym uczestniczyć. Wypuściliśmy już na szerokie wody głównych mediów wielu, którzy podpisują się „Krytyką Polityczną”, co ma sygnalizować obecność odrębnego głosu w debatach publicznych. Kolejny krok to budowa instytucji, która pozwoliłaby produkować wiedzę konieczną do formułowania odpowiedzialnych propozycji zmian w polityce gospodarczej, społecznej, w prawie. Nie ma polityki, bez fachowego zaplecza. Zatem drugi krok, to lewicowy think-tank. JL: Krytykujesz dzisiejszą rzeczywistość. Podobnie robią prawicowi intelektualiści. Na przykład Zdzisław Krasnodębski stawia surową diagnozę stanu polskiej demokracji. Krasnodębski jest doskonałym historykiem socjologii. W PRL tłumaczył i wydawał Habermasa oraz socjologów fenomenologicznych. Napisał dwie bardzo ciekawe książki Rozumienie zachowania ludzkiego i Upadek idei postępu. Wychowałem się na tym, ale do jego dzisiejszej publicystyki stosunek mam bardzo krytyczny. Demokracja peryferii głosi kuriozalną tezę, że w Polsce rządzi skrajnie lewicowy postnietzscheański liberalizm, którego ekspozyturą jest „Gazeta Wyborcza”. Czy w Polsce rządzi lewicowy liberalizm? Czy w Polsce idolem jest Richard Rorty, czy Jan Paweł II? Czy ekspozyturą takiego liberalizmu jest „Gazeta Wyborcza”, która jest bardzo prawicowa ekonomicznie i ostrożna w kwestiach światopoglądowych? JL: Jaka jest Twoja ocena okrągłego stołu? Tu stoję po stronie Adama Michnika i bronię tradycji okrągłostołowej. To było oczywiście porozumienie elit, ale pamiętajmy, że w 1989 roku Solidarność była dziesięciokrotnie słabsza niż w Sierpniu, a połowa społeczeństwa akceptowała stan wojenny. Innej drogi niż hiszpańska nie było. Dziś tacy politycy jak bracia Kaczyńscy zapominają, że w okrągłym stole uczestniczyli. Milczą, gdy ktoś mówi o spisku w Magdalence. Prawicowa krytyka okrągłego stołu dotyczyła zawsze raczej tego, że niepotrzebnie trzymano się tego paktu, który należałoby potraktować jedynie jako wybieg. Należało „przyspieszyć”, jak mówili za czasów Porozumienia Centrum Kaczyńscy. Mnie bardziej interesuje to, że wszystkie ustalenia okrągłego stołu i wizja państwa socjaldemokratycznego, jaka za nimi stała, trafiły natychmiast do kosza, gdy za sterem przemian stanął Leszek Balcerowicz. Przy okrągłym stole siedzieli nominalni reprezentanci mas robotniczych. Jedni z partii robotniczej – PZPR i drudzy ze związku zawodowego – NSZZ „Solidarność”. I następnie jedni i drudzy poświęcili los robotników, którzy ryzykując najwięcej podczas strajków w 1980 i 1988, doprowadzili do okrągłego stołu. Tylko robotnicy mogli zdelegalizować władzę, która się przedstawiała jako wyrazicielka woli klasy robotniczej. I oni zrobili tę rewolucję, a następnie oni pierwsi zostali spaleni na ołtarzu przemian. To tragiczne, że rewolucja robotnicza stworzyła państwo klasowe, jedno z najbardziej niesprawiedliwych państw w Europie. Co nas cieszyło w Solidarności? Że ludzie zaczęli decydować o sobie. Dziś dominuje liberalne przekonanie, że polityka jest złem koniecznym, a ludzie powinni realizować się w sferze prywatnej i tam radzić sobie sami. A ludzie sobie nie radzą. Ktoś, kto przez 30 lat żył w komununizmie, teraz ma się odnaleźć na wolnym rynku… Jak się stawia geparda i jeża na jednej linii i mówi „teraz się ścigajcie, reguły są równe – podatek liniowy”, to jest przecież ustawiony bieg. JL: Dlaczego Krasnodębski jest ci tak obcy? Pisze, że trzeba powrócić do ideałów Sierpnia, które wpisuje w tradycję republikańską. Mówi o upodmiotowieniu, o zaangażowaniu, o rozruszaniu społeczeństwa… Macie bardzo podobną diagnozę problemów współczesności. Zanim powiem, że tak jednak nie jest, wspomnę o teorii podkowy. Jeśli dominuje paradygmat neoliberalny, to klasyczni konserwatyści też krytykują kapitalizm, tak jak krytykuje go lewica. Kapitalizm rozwala naturalne hierarchie i tradycje, i dlatego nie podoba się również konserwatystom. Ale to nie są identyczne krytyki. Zresztą zarówno prawica jak i lewica odwołuje się do pojęcia wspólnoty. Komunitarianie to Michael Sandel, Charles Taylor, ale to też Michael Walzer, który jest bardzo lewicujący. Odwołanie do wspólnoty nas łączy, ale inaczej ją rozumiemy. JL: Jak ją zatem rozumiesz? Krasnodębski i ja mamy krytyczny stosunek do neoliberalizmu. Tylko, że Krasnodębski chciałby go zastąpić wspólnotą opartą na substancjalnych wartościach wyznawanych przez moralna większość. W tak skrojonym państwie nie ma miejsca dla takich ludzi jak ja, albo jest miejsce podrzędne. W państwie skrojonym liberalnie jest miejsce dla konserwatystów, w konserwatywnym państwie nie ma miejsca dla innych. MG: Mówisz, że trzeba bronić pokrzywdzonych, wykluczonych, dyskryminowanych… to brzmi szlachetnie. Jednak nie widzę, żeby lewica miała pomysł na całe państwo. Może powinna rządzić prawica, a lewica powinna zapewniać jedynie „miękkie lądowanie”? Państwo urządzone lewicowo to byłoby przede wszystkim państwo silne i dynamiczne. To byłoby państwo, które umiałoby nie tylko obniżać, ale także podnieść podatki, egzekwować ich płacenie. Aktywnie zwalczałoby nierówności. Nie wahałoby się przed interwencją w gospodarce – byłoby w stanie prowadzić politykę keynesowską, która napędzałaby popyt wewnętrzny. A w drażliwych sprawach, jak związki partnerskie, aborcja, preferowałoby liberalne rozwiązania światopoglądowe. To byłoby także państwo współtworzące europejski projekt ponadnarodowy. Lewica w Polsce musi mieć wizję Europy – socjalnej, opiekuńczej, która będzie miała nie tylko wspólną politykę monetarną, ale także fiskalną, zagraniczną, obronną itd. JL: Czy lewica nie znajdywałaby wspólnego języka z konserwatywną prawicą i z Kościołem w przypadku takich problemów jak prostytucja albo przedmiotowy stosunek do kobiet w reklamach? Bardzo byśmy chcieli. Problem w tym, że Kościół się w tej sprawie nie odezwie, bo nie będzie chciał stanąć obok feministek. Dlaczego Kościół nie wsparł ostatnio Magdaleny Środy, gdy ta wydała wojnę uprzedmiotawiającym kobiety reklamom wielkich koncernów? JL: Wróćmy do pojęcia wspólnoty. Co jest według Ciebie spoiwem? W Polsce istniał w latach 90. ostry spór pomiędzy tymi, którzy uznawali spoiwo „chłodne” i „ciepłe”. Pierwsi mówili, że wystarczą procedury – jak w projekcie Habermasowskiego patriotyzmu konstytucyjnego – zasada demokracji, zasada pluralizmu. Drudzy, jak Krasnodębski, Gowin, Zięba, mówili, że to jest niewykonalne i szkodliwe. Że na tym się nie zbuduje dobrych relacji między państwem i społeczeństwem. Musi być projekt „ciepły”, czyli musi być odwołanie do wartości. Ponieważ żyjemy w Polsce, to naturalne – mówili konserwatyści – że to mają być wartości chrześcijańskie. My także nie ufamy w projekt czysto proceduralny. Poza dwoma dominującymi językami: „ciepłym konserwatywnym” i „chłodnym liberalnym”, proponujemy „ciepły” projekt lewicowy. JL: Na czym polega „ciepły projekt lewicowy”? Zacznijmy od tego, że lewica zawsze proponowała projekty ciepłe, czasem wręcz gorące. Marksizm był wizją wręcz millenarystyczną, chiliastyczną. To liberalizm zawsze był chłodny, proceduralny. Dlatego trudno się w nim zakochać i dlatego zawsze się z czymś łączy – w Polsce łączy się niemal chemicznie z konserwatyzmem światopoglądowym. W lewicowych projektach zawsze zakochać się było łatwiej. „Ukąszenie heglowskie” to było nic innego jak zauroczenie ciepłym projektem. Lewica na świecie ma dziś kłopot z ciepłymi projektami. Ale problem pozostaje niezmienny i tu znowu wracamy do Marksa, a raczej do jego bezpośrednich poprzedników Hegla i lewicy heglowskiej. Problem ten nazywa się “alienacja”. Wszystko, co nas otacza jest ludzkim konstruktem, a jednocześnie jesteśmy temu poddani i traktujemy jako rzeczywistość niezależną od naszego działania. Gospodarka jest dla nas jak pogoda. Co taki punkcik, jak każdy z nas poradzi, na ten ogromny mechanizm rządzący naszym życiem? – pytamy. Przy dzisiejszej dominacji systemu tych nastawionych na zysk właścicieli mechanizmów jesteśmy przedmiotami. Ciepły projekt lewicy polega na upodmiotowieniu ludzi. Na włączeniu ich w proces decyzyjny, uświadomieniu im ich sytuacji i praw. Karnawał Solidarności polegał na tym, że ludzie podnieśli się z kolan. Zaczęli samorządnie decydować o sobie. Dziś w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Trzeba pomóc ludziom walczyć o ich prawa pracy i prawo do pracy, o godność mniejszości. JL: Dla mnie to jest cały czas bardziej ciepło konserwatywne. Odwołujesz się do pluralizmu, solidarności i upodmiotowienia społeczeństwa – to jest konserwatywny język Krasnodębskiego, Gowina… Tu dochodzimy do różnego rozumienia tych samych terminów w obu wizjach: podmiotowości obywatelskiej, samoorganizacji. Dla konserwatysty podmiotowość ludzi to udział w konkretnych praktykach społecznych – na przykład religijnych, choćby i udział bezmyślny. Ci, którzy w ramach katolicyzmu odwołują się do prawdziwego upodmiotowienia, czyli ludzie ze środowiska „Znaku” czy „Więzi”, odgrywają w Kościele rolę marginalną. Jak mawiał Jarosław Gowin, Kościół polski jest jak dinozaur: ma małą główkę i duży tułów. Obawiam się, że prawdziwy konserwatyzm boi się jednostek jako podmiotów. Prawdziwy konserwatyzm szuka prawdy nie w inicjatywie ludzi, tylko w pewnej pozaludzkiej rzeczywistości. My patrzymy przez ludzi. JL: Wskazałeś różnice w rozumieniu solidarności, upodmiotowienia. Wydaje się jednak, że „ciepły projekt konserwatywny”, szukający prawdy w pozaludzkiej rzeczywistości, jest szerszy i bardziej plastyczny niż „ciepły projekt lewicowy”. W tym pierwszym można patrzeć przez człowieka jak i przez wartości pozaludzkie. W projekcie lewicowym patrzenie pozaludzkie jest wykluczone jako fundamentalne. A to lewica ma walczyć z wykluczeniem… Odpowiedź nieuczciwa, ale bezpieczna wyglądałaby tak: „o to chodzi, żebyśmy mogli istnieć i żeby mógł istnieć Ryszrad Legutko”. Dziś istnieje Ryszard Legutko, bo ma na kogo głosować, sam startuje do Senatu, może być zapleczem intelektualnym dla jakiejś partii, może swobodnie pisać w bardzo wielu oddanych mu mediach masowych. Ale uczciwa odpowiedź jest taka, że bez wątpienia istnieje tu konfrontacja mocnych tożsamości, które są nie do pogodzenia ze sobą. JL: W tym co mówisz, jak i w tym co pisałeś, bardzo często pojawia się przekonanie, że wszystko jest konstruktem. Tymczasem są tacy, którzy pewne obszary rzeczywistości odczytują, a nie stwarzają… Poznawanie jako proces równoznaczny ze współtworzeniem rzeczywistości to najprostsza filozofia kantowska, zakwestionowanie platońskiego realizmu. Ale rozumiem, że gdzieś tam w jaskini Platona żyją ci, którzy się jeszcze z tym nie zgadzają. Idźmy dalej: nie jesteśmy w stanie wyznaczyć granicy między naszym „wkładem” w to, co widzimy a samą materią. Nie jesteśmy, bo poszukiwanie takiej granicy jest poznaniem, a to jest przecież tworzeniem i koło się zamyka. I tak życie nam płynie w błędnym kole tworzenia rzeczywistości wokół nas, a następnie odbierania jej jako już niezależnej od nas, zewnętrznej. W trakcie wychowania, włączając się do społeczeństwa, dołączamy niejako do rzeczywistości, o której nie myślimy, że została przez nas stworzona. Stworzona w tym sensie, że skategoryzowana, zdefiniowana, podana nam już w pewien konkretny i nie jedyny możliwy sposób. Łatwiej już myśleć o naprawieniu świata, gdy dzięki Kantowi zorientowaliśmy się, że samiśmy go takim stworzyli. Aż się prosi, żeby dalej tworzyć go już świadomie. Oświeceniu się jednak nie powiodło. Okazało się, że po pierwsze, ta świadomość nie rozprzestrzenia się wcale między ludźmi tak łatwo, a po drugie, że wcale nie tak prosto prowadzi do zmiany. Dalej już myśl społeczna poszła dwoma torami. Gdy jedni chcieli kontynuować wysiłki upodmiotowienia człowieka w świecie, drudzy uznali, że próby te skazane są na porażkę i należy się skoncentrować nie na człowieku jako istocie gatunkowej, ale na konkretnych jednostkach. Im zapewnić możliwie największą autonomię działania. Tak powstały dwa sposoby rozumienia wolności. Liberalny projekt, w którym horyzontem jest wolność negatywna i lewicowy, w którym mówi się o wolności pozytywnej. Ten drugi przeżywa kryzys. Problemem jest jeszcze to, jak być lewicą po przełomie postmodernistycznym? Postmodernizm przede wszystkim rozbił fundamenty lewicowe, wiarę w postęp, w naukę, w ideały Oświecenia. Staramy się być lewicą po-postmodernistyczną. Taką, która przeszła lekcję postmodernizmu, i go nie kwestionuje. Znosi go po heglowsku, zachowując myśl, która za nim stoi. W tym sensie jesteśmy lewicą, która nie kwestionuje pragmatycznej definicji prawdy, czyli tej, która mówi, że atrybut prawdy dostaje zawsze pogląd dominujący w społeczności. Lewica bada mechanizmy, które nadają ten atrybut: rynek, media, edukację. Pokazuje, jak takie instytucje bronią systemu kapitalistycznego i stawiają mu pomniki, by zwiększać pewność siebie i optymizm tych, którzy czerpią z niego zyski, oraz by umilić jego ofiarom ich los – mówiąc słowami Rousseau: „ukryć ich łańcuchy w girlandach kwiatów”. Lewica bada wpajane nam dominujące oczywistości i podważa je, pokazując alternatywy. Występuje przeciwko traktowaniu pewnych przekonań jako naturalnych, oczywistych, bezalternatywnych. Takich jak wiara w to, że rynek rozwiąże wszystkie problemy. Na razie te oczywistości są dla ludzi przezroczyste. To, co niewidzialne, trzeba uwidocznić. Lewica musi pokazać, że to jedynie wariant, że mogłoby być inaczej. JL: Czy konserwatysta będzie w sytuacji mniej opresyjnej w ramach racjonalnego systemu lewicowego, niż lewicowiec, który musi zostać poddany konserwatywnej opresji większości moralnej… Polski konserwatysta musi się poczuć źle, jeśli zrobimy tak, że państwo będzie stało w równej odległości od katolików i nie-katolików, od gejów i heteryków, od kobiet i od mężczyzn. W tym sensie oczywiście nasza oferta nie jest ofertą dla wszystkich. Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji. Legutko w kraju, w którym lewica jest istotną siłą polityczną, oczywiście będzie się czuł gorzej niż w dzisiejszej Polsce. Ale będzie miał swoje miejsce! Nie będzie wykluczany tak jak dzisiaj gej. Nie będzie wyśmiewany, jak feministka! MG: Właśnie chyba będzie, bo… nie będzie się mieścił w dyskursie. Na razie trudno Legutkę traktować, jako przedstawiciela dyskursu marginalnego, a to on swobodnie może pisać o Marii Janion – „gerontofeministka”. Jakoś Marii Janion nie zbiera się na takie żarty. Protekcjonalizm, idący za konserwatyzmem, nie jest atrybutem drugiej strony. MG: No ale u Kingi Dunin już jesteśmy w stanie podać takie przykłady. Też jest zaczepna w felietonach. Kinga ma ostre pióro, ale nie pamiętam, by stać ją było na tak prymitywne obrażanie innych. MG: Mam wrażenie, że wśród młodych ludzi nasila się konserwatywne usposobienie. Pokolenie JP2, tłumy na dniach młodzieży w Kolonii… Czy młodych ludzi można „nawrócić” na lewicowość w czasach „konserwatywnej rewolucji”? Kiedy dominowało hasło „Nicea albo śmierć” nawet Miller jechał walczyć o Niceę. Cimoszewicz po przemówieniu Rokity, powiedział, że to lepszy projekt niż rządowy. Michnik z Beylinem pisali odpowiedź Cohn-Benditowi i też bronili hasła „Nicea albo śmierć”. Jak podawano w sondażach, 90% Polaków chciało wtedy „walczyć o Niceę”. Ale gdy wydrukowaliśmy „List otwarty do europejskiej opinii publicznej” w polskich i zagranicznych dziennikach, który rozbił ten front i pojawiły się różne głosy w debacie publicznej, nagle okazało się, że proporcje w opiniach Polaków wyglądają zupełnie inaczej. Ludzie mają takie poglądy, jakie mogą znaleźć w sferze publicznej. Jeśli pojawi się w niej silny dyskurs lewicowy, poglądy młodych Polaków mogą się zmienić.
Na podobny temat
|
Na technice za bardzo się nie znam, a...
Echch, ale wam się marzy Wielki Polsk...