|
O relacji między literaturą a światem idei politycznych - Michel Faber w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim („Europa”, nr 25/2006).
Sławomir Sierakowski: W obu pana wydanych po polsku
powieściach, tak różnych - „Pod skórą” ociera się o science fiction, a
„Szkarłatny płatek i biały” to umieszczona w XIX wieku powieść
wiktoriańska - podkreśla pan na różne sposoby istnienie wielkich
nierówności między ludźmi, a także kulturowych i ekonomicznych form
opresji. Co więcej, „Szkarłatny płatek…” zawiera marksistowską
niemalże, klasową analizę stosunków społecznych… Czy zatem nazwałby
się pan pisarzem lewicowym? Czy też sztuka jest po prostu apolityczna?
Michel Faber: Moje przekonania w przeważającej mierze są lewicowe. Długo
wyznawałem pogląd, że nie powinno mieszać się politycznych i
literackich treści, że sztuka jest zupełnie odmiennym od polityki
rodzajem dyskursu. Zmieniłem zdanie przez ostatnie pięć lat, żyjąc w
kraju, który rządzony jest przez rzekomo lewicową partię - laburzyści
nie są oczywiście żadną lewicą - tym bardziej po inwazji na Afganistan
i Irak, po przyłączeniu się do imperialnych ambicji Stanów
Zjednoczonych. To szaleństwo narzucania demokracji innym państwom za
pomocą bomb uczyniło mnie człowiekiem zdecydowanie bardziej
politycznym. Zacząłem także pisać i wypowiadać się, używając innych niż
literackie środki, uczestniczyć w manifestacjach antywojennych. Wydaje
mi się niemożliwe pisanie książek, które zadają pytanie o
człowieczeństwo, a które nie byłyby w jakimś przynajmniej sensie
polityczne. Każde dzieło sztuki, które próbuje zrozumieć, dlaczego
działamy tak, jak działamy i jaki tkwi w nas potencjał zmiany, siłą
rzeczy staje w sprzeczności z dominującymi przekonaniami na temat
społeczeństwa.
Ktoś powiedział, że „Szkarłatny płatek i biały” to powieść,
którą mógłby napisać Dickens po lekturze Marksa, Freuda i feministek.
Zgodziłby się pan z taką charakterystyką?
Przez 25 lat pisałem tylko dla siebie. Miałem zaufanie do
komunikacji tylko z samym sobą. Kiedy zacząłem pisać dla innych, nie
uważałem, że powinienem coś zmieniać, czynić bardziej przejrzystym dla
czytelnika, upraszczać czy wyjaśniać filozoficzny kontekst moich
książek. Sądzę, że dopóki spełniony jest najważniejszy warunek: w
powieści obecna jest naprawdę mocna emocjonalnie historia, że są w niej
postacie, których losy naprawdę czytelnika obchodzą - zmierzy się on
także z intelektualnymi pytaniami, jakie rodzi książka. Ludzie nie są
głupi i źle reagują zarówno na niedostatek, jak i na przeładowanie
powieści treściami czysto intelektualnymi. Dam panu przykład. Wyobraźmy
sobie, że idzie pan przez miasto i bardzo chce się panu siku. Nagle
ktoś mówi panu, że zaraz za rogiem pojawi się Jezus Chrystus. Dalej
będzie pan myślał przede wszystkim o tym, gdzie można się załatwić.
Oczywiście że interesuje pana Chrystus za rogiem, ale pierwszeństwo
zawsze będzie miała potrzeba fizjologiczna. Analogicznie u czytelnika
taką potrzebą w literaturze jest nawiązanie emocjonalnego związku z
opowiadaną historią. I jeśli zadba się o to, można dać mu coś więcej. W
przeciwnym razie - straci się go, niezależnie od przekazywanych mu
mądrości.
Akcja „Szkarłatnego płatka…”
umieszczona jest w latach 70. XIX wieku, ale towarzyszy jej całkiem
współczesny system wartości. Czy świadomie przyjął pan to podejście,
projektujące w przeszłość dzisiejsze wartości?
Ludzie przeszłości byli prawdopodobnie znacznie bardziej podobni do
współczesnych, niż opisuje to oficjalna historiografia i nasza potoczna
świadomość. To, co wiemy o życiu ludzi z przeszłości, jest filtrowane
przez oficjalne formy. Główne źródła przekazu są materiałami
przeznaczonymi do publikacji. Tymczasem w tych najbardziej podstawowych
sytuacjach - w miłości, w przyjaźni, w łóżku - niewiele nas dzieli od
ludzi z przeszłości. Pisząc „Szkarłatny płatek i biały”, przeczytałem
mnóstwo wiktoriańskich dokumentów nieprzeznaczonych do upublicznienia:
listów, pamiętników itp. Przeczytałem dużo pornografii, którą
rozpowszechniano w ogromnych ilościach, a która nie trafiła do
oficjalnej historiografii. W takich tekstach ludzie rozmawiali ze sobą
w sposób bardzo podobny do tego, w jaki rozmawiają dziś, z czego nie
zdajemy sobie sprawy. Chciałem pokazać w swojej powieści, że ci ludzie
byli w gruncie rzeczy bardzo nowocześni, dlatego książka jest napisana
w czasie teraźniejszym.
Na końcu powieści znajduje się takie posłowie: „Cieszę się, że
wybrałeś właśnie mnie; mam nadzieję, że zaspokoiłam wszystkie twoje
pragnienia, a w każdym razie, że sprawiłam ci przyjemność. Byliśmy ze
sobą bardzo długo i wiele razem przeszliśmy, a ja nie wiem nawet jak
się nazywasz! Ale teraz już czas, żebyś pozwolił mi odejść”. Czy
traktuje pan czytanie powieści jak wizytę u prostytutki?
Bardzo jestem przywiązany do idei, by literatura dotykała
czytelnika mocno, emocjonalnie, głęboko. „Szkarłatny płatek i biały”
jest umową z czytelnikiem. Na początku powieści pojawia się
zastrzeżenie, że to jest jak kontakt z prostytutką: bądź czytelniku
świadomy konsekwencji, uważaj, nie angażuj się głęboko. Ale następnie
czytelnik oczywiście angażuje się, zapomina. I na końcu nagle zostaje
przywołany do rzeczywistości. To bardzo ryzykowne zakochiwać się w
kimś. Wchodzić w głęboką relację. Po przeczytaniu dobrej książki zawsze
pojawia się rozczarowanie, że się skończyła. Tak samo jest w życiu. Ale
warto czytać dobre książki i warto wchodzić głęboko w związek z drugim
człowiekiem, choć może się to wydawać nieracjonalne.
Powieść ta buduje w nas przekonanie, że nie jesteśmy
zdeterminowani przez przeszłość i otoczenie. Główna bohaterka,
prostytutka Sugar, którą matka uczyniła pracownicą własnego domu
publicznego, wyrzeka się zemsty i uczy się miłości do ludzi. Jeśli
porównać trajektorię życia bohaterów pana powieści i bohaterów Michela
Houellebecqa, to dostajemy dwa przeciwstawne opisy ludzkiej kondycji. U
Houellebecqa dorosłość reprodukuje wszystkie obciążenia dzieciństwa…
W kreskówce Houellebecq grałby bez wątpienia postać Marudy.
Wyobrażam sobie małe dziecko siedzące obok niego i mówiące: „Panie
Houellebecq, słyszałem o tym wszechświecie, ludziach, życiu. Jestem
podekscytowany, chcę tego spróbować, jakie to jest?”. I Houellebecq
mówi: „Próbowałem, jest do bani”. Ja chcę być bardziej jak to
dziecko… Kiedy przeczytałem „Cząstki elementarne”, byłem
podekscytowany świeżością i odwagą jego spojrzenia. Jednak później
Houellebecq wydał mi się jedynie kuglarzem zawiadującym
najciemniejszymi z drzemiących w nas demonów.
Pana zdaniem Houellebecq przemienia ludzkie istnienie w coś po
prostu mrocznego, złego i obrzydliwego. Czyli przyciąga naszą uwagę w
taki sam sposób jak na przykład pornografia?
Mam wrażenie, że ekstremalny cynizm i antyspołeczna perspektywa ma
znacznie więcej wspólnego z fanatyzmem religijnym. Ten specyficzny
zwichnięty moralizm Houellebecqa jest w pewien sposób podobny do postaw
niektórych pierwszych chrześcijan, którzy mówili, że życie ludzkie
poczyna się między ekskrementami, bo łono usytuowane jest między
kanałem na urynę i kanałem na stolec. Ten rodzaj wstrętu do ludzkiego
życia, który ma wywołać w nas pogardę do własnego ciała oraz samych
siebie i zwrócić w stronę niebios albo czegoś transcendentnego, nie
różni się od tego wstrętu, który obecny jest w pisarstwie Houellebecqa.
Oczywiście wielka różnica polega na tym, że Houellebecq nie daje nam
żadnej transcendentnej perspektywy. Jemu chodzi jedynie o wzbudzenie w
nas maksymalnego wstrętu. Nie bardzo jednak wiadomo, do czego ma to nas
doprowadzić. Wydaje mi się, że ciekawiej byłoby jednak zasygnalizować
jakieś odpowiedzi.
Paradoksalnie brzmi to
podejrzewanie Houellebecqa o fundamentalizm religijny. Przecież po
ukazaniu się powieści „Platforma”, gdzie padają ostre słowa wobec
muzułmanów, to właśnie fundamentaliści wytoczyli mu proces.
Czy słyszał pan kiedyś, żeby Houellebecq powiedział: „Nie wiem”?
Kategoryczność jego sądów uważam za intelektualny fundamentalizm.
Pana dzieciństwo w Australii wydało mi się bardzo podobne do
biografii bohaterów Houellebecqa. Samotne lata w psychologicznym
oddaleniu od rodziców. Klasa średnia, wielkie miasto atomizującego się
po rewolcie '68 roku Zachodu. Życie jak w pokoju hotelowym… W jakim
stopniu Michel Faber jest Michelem z „Cząstek elementarnych”?
Moje dzieciństwo uczyniło mnie wyobcowanym egzystencjalnym
pesymistą. I właśnie dlatego wydawało mi się, że dokonywanie
„rewolucyjnych odkryć”: że życie jest bez sensu, ludzka komunikacja
niemożliwa, wszystkie instytucje społeczne skorumpowane, a między
kobietą i mężczyzną panuje wojna, byłoby popadaniem w straszny
stereotyp. Tacy jak ja byli wszędzie na świecie, nie tylko w naszych
czasach. To tylko jeden z ludzkich typów. Uznałem, że jeśli mam
powiedzieć coś szczerego i ciekawego, powinienem raczej poszukać drogi
od ciemności do światła. Jak Sugar.
Mnie i mojej żonie udało się to, czego odmawia Houellebecq swoim
bohaterom: odbudowanie zniszczonej przez późną nowoczesność drogi do
drugiego człowieka. Houellebecq słusznie uważa, że szansą na to jest
tylko miłość, nie wierzy jednak w możliwość realizacji tej szansy.
Wydaje mi się, że wyobcowani intelektualiści, napełnieni wstrętem do
rodzaju ludzkiego, znajdują się w niebezpiecznej bliskości faszyzmu.
Tkwi w ich postawie groźna utrata respektu dla człowieka. Ja długo się
tego respektu uczyłem. Mam wrażenie, że moje książki są mostem łączącym
bardzo mroczny świat wyobcowanego pesymisty ze światem miłości i wiary
w człowieka.
Są jednak również bardzo wyrazistym oskarżeniem współczesnego świata.
Kiedy przyjechałem do Wielkiej Brytanii - po tym, jak mieszkałem w
Australii, która jest krajem znacznie bardziej progresywnym i
liberalnym - przeżyłem szok kulturowy. Gdy w północnej Szkocji
zobaczyłem, jak traktuje się słabszych, obcych, starszych, odniosłem
wrażenie, jakby brytyjska kultura popychała obywateli - którzy wcale
tego nie chcą - poza granice ludzkiego serca. Doprowadza to do
sytuacji, że można umrzeć na ulicy i nikt się tym nie zainteresuje. W
Wielkiej Brytanii żyje bardzo wielu „ludzi niepotrzebnych” - gdyby ktoś
ich zabił, nikt by się nie zorientował.
— —
Michel Faber,
ur. 1960, pisarz. Urodził się w Holandii, dzieciństwo spędził w
Australii, od 1992 roku mieszka w Szkocji. Zaczynał jako autor
opowiadań - ich pierwszy zbiór „Some Rain Must Fall” ukazał się w 1998
roku. W jego twórczości pojawiają się elementy bardzo różnych konwencji
literackich: od romansu, poprzez powieść gotycką i horror, aż po
science fiction (jak w debiutanckiej, wydanej także po polsku powieści
„Pod skórą”). Za jego najważniejsze jak dotąd dzieło uznaje się
osadzoną w realiach wiktoriańskich powieść „Szkarłatny płatek i biały”
(2002, wyd. polskie 2006). Ostatnio opublikował tom opowiadań „The
Fahrenheit Twins” (2005).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...