|
„Żydzi! Rodacy! Ludzie! - krzyczy ze środka Stadionu
Dziesięciolecia redaktor naczelny „Krytyki Politycznej” Sławomir
Sierakowski. - Myślicie, że ta stara kobieta, która wciąż śpi pod
pierzyną Ryfki, nie chce was widzieć? Zapomniała o was? Mylicie się.
Ona śni o was każdej nocy. Śni i drży ze strachu. Od tej nocy, kiedy
was już nie było, a jej matka sięgnęła po waszą pierzynę, nawiedzają ją
mary. Mary-koszmary. Tylko wy możecie je przegnać. Niech przy jej łóżku
stanie trzy miliony Żydów, których zabrakło w Polsce, i przegoni w
końcu te zmory”.
Przebrany jest za młodego komunistę, mógłby zagrać w filmie „Dreszcze”
Wojciecha Marczewskiego: czerwony krawat, skórzany płaszcz, rogowe
okulary. Stoi na podium. Otaczają go zarośnięte trawą trybuny. Pustka
jak na Forum Romanum.
Co znaczy to wołanie do „trzech milionów Żydów, których zabrakło w
Polsce” tak pełne entuzjazmu, że aż zgrzyta? To żart? Karykatura? Czy
poważna zachęta dla Żydów, by wracali do Polski? Tylko do kogo ta mowa,
przecież ci, którzy nie żyją, już nie wrócą, a ci, którzy żyją, mają
swoje państwo. A jednak bohater filmu krzyczy: „Wracajcie do Polski, do
waszego-naszego kraju!”, „Przybywajcie ci sami, lecz odmienieni”,
„Stworzymy dzieła rąk i myśli, których świat nie widział”, a nawet
„Polecimy razem na księżyc”.
Alogiczny jest język tej przemowy, pełen dysonansów i krzywizn. Mówca
udaje przywódcę mas, a przecież jest wielkim przegranym. Nie żąda, nie
nakazuje, nie grozi, tylko prosi („Prosimy, wróćcie!”). Jest śmieszny i
przerażający zarazem. „To nie apel poległych” - woła do zmarłych.
„Wróćcie, a staniemy się Europejczykami” - krzyczy w kierunku pustych
trybun ze środka stadionu, który do niedawna mieścił Jarmark Europa.
Film zaczyna się w klimacie socrealistycznym, ale na końcu, kiedy do
mówcy podbiegają harcerze z kwiatami i razem ruszają ku świetlanej
przyszłości, wydaje się, że naprzeciw nim wyjdzie towarzysz Gierek. Na
tym zresztą nie kończą się sprzeczności.
Sprzecznością jest sam pomysł filmu, bo w końcu czyjej wypowiedzi
słuchamy? Sierakowskiego, który napisał tekst tego przemówienia razem z
Kingą Dunin, czy Yael Bartany - artystki z Izraela, która nakręciła i
wyreżyserowała film? I czy mam go odbierać jako „dzieło sztuki”, bo
przecież Bartana to artystka sztuk wizualnych, czy jako manifest
skierowany do izraelskich Żydów od redaktora ważnego lewicowego pisma w
Polsce? Nawet gdybym umiała na te pytania odpowiedzieć, nie
przybliżyłabym ani sobie, ani innym treści tego filmu. Bo jego sens
zawiera się właśnie w sprzecznościach. Jakość tego filmu polega na
zawieszeniu między ironią a powagą, zmyśleniem a faktem, prawdą a
kłamstwem.
Obłok z pierza
Niespełna czterdziestoletnia Yael Bartana urodziła się w Izraelu,
pracuje w Amsterdamie, jest autorką świetnych filmów, które mieszczą
się pomiędzy dokumentem a wizualną impresją. Kilka razy była w Polsce,
ten film zrobiła na zaproszenie Fundacji Galerii Foksal. Wcześniej
krążyła wokół różnych motywów i pomysłów. Wreszcie trafiła na Stadion
Dziesięciolecia i coś „zaskoczyło”. Stadion to złożony i mocny symbol.
To znak tamtej, komunistycznej epoki, coraz bardziej wyrazisty, im
bliżej jego wyburzenia czy też przebudowy. A jednocześnie - przez to,
że był ostatnio używany jako targowisko - znak gospodarczej i
politycznej transformacji, którą wielu ludzi w Polsce uważa za
nieudaną. Sam wieloznaczny, jest świetną scenerią dla tego
wieloznacznego filmu.
Jedno o filmie „Mary koszmary” możemy powiedzieć na pewno: trafia w sam
środek sporu o polski antysemityzm obudzonego na nowo książką Jana
Tomasza Grossa. Choć zbieżność premiery filmu Bartany z polską
publikacją „Strachu” to przypadek, skoro już tak się stało, nie da się
go wyrwać z tego kontekstu. Myślę zresztą, że właśnie porównanie z
książką Grossa świetnie uprzytomni nam, czym jest ten film i co nam
mówi.
Znamienne, że zaczyna się podobnie jak książka - widocznie żadnej
wypowiedzi o relacjach polsko-żydowskich nie sposób inaczej
skonstruować - od momentu wojennego szabru. Poplamiony krwią „obłok z
pierza” z wiersza Zuzanny Ginczanki wciąż lepi się do polskiego
sumienia. Pod pierzyną ukradzioną Żydówce śpi Polka i poci się ze
strachu. Dlatego nawiedzają ją zmory. Potem jednak cała przemowa zdąży
w innym kierunku.
Parodia mowy
Film podejmuje wątek, na którym Gross swoją książkę kończy, kiedy
pisze, że wojenne i powojenne relacje Polaków i Żydów to nasze „jądro
ciemności”, a „żeby się z tym dziedzictwem uporać, musimy je najpierw
uczynić własnym, to znaczy przyswoić je sobie i umieścić w historii
mocą własnej narracji”.
Co to jednak znaczy: własna narracja? Problem znalezienia odpowiedniego
języka do opisania przeżyć i wydarzeń z historii Polaków i Żydów jest
dzisiaj w centrum sporu. Co myślimy, mówiąc: „my i oni”, „swoi i obcy”,
„Żydzi i Polacy”? Te kategorie pojawiają się w sporze o książkę Grossa,
a jednak czujemy, że nie odpowiadają do końca rzeczywistości. Sam język
bezwiednie staje się pożywką rasizmu. Jak mówić prawdę o historii, nie
używając skompromitowanego języka?
To problem, z którego wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę. Krystyna
Kersten w swojej monografii wojennych i powojennych stosunków
polsko-żydowskich pisała o „niedostatku języka i aparatu pojęciowego”.
„Nie mamy języka, którym moglibyśmy mówić o problemach
polsko-żydowskich” - pisał Roman Zimand. I ten właśnie problem jest w
centrum tego znakomitego, a zarazem wprawiającego w zdumienie filmu.
Film zaczyna się w punkcie, w którym autorzy opracowań historycznych
poddają się z braku odpowiedniego języka. Pokazuje, jak mogłaby
wyglądać próba „narracji własnej”, gdyby wolno było powiedzieć
wszystko. Co to za opowieść? To mowa, w której następuje pomieszanie
uważanych wcześniej za rozdzielne pojęć, taka, w której Żyd jest
rodakiem, obcy jest mną, a ja jestem obcym. Niejasna, pozornie
alogiczna, ale za to prawdziwa. Bo przecież w tym nierealnym wezwaniu,
by Żydzi wrócili do Polski, bo nie zrobimy im nic złego, a nie damy
sobie bez nich rady duchowo i moralnie, jest jakaś dojmująca
emocjonalna prawda, której nie da się wyrazić, posługując się językiem
powszechnie uważanym za racjonalny. To nie jest wezwanie do przyjazdu
konkretnej liczby obywateli do Polski, ale do tego, by świadomość ich
braku pojawiła się w naszym języku. Stary język nie nadaje się do
wyrażenia nowych emocji, potrzebny jest nowy - język polski po
Zagładzie.
To nie jest komunikat ani od naczelnego „Krytyki Politycznej”, ani od
artystki z Izraela. To wielopoziomowa parodia języka w ogóle. Film jest
pastiszem oficjalnej mowy. Wiele tu aluzji do narodowej, komunistycznej
i katolickiej propagandy, a także podobno propagandy żydowskiej, bo
Yael Bartana nakręciła ten film pod wrażeniem przedwojennych produkcji
filmowych zachęcających do osiedlania się w Palestynie.
Spytałam Yael Bartanę, jak film może zostać odebrany w Izraelu.
Powiedziała, że tam słowo „wracajcie” może być odczytane w inny sposób
- jako wołanie do Palestyńczyków. Każdy ma swojego obcego, i każdy ma
swoje zmory. W Polsce rozliczamy się z przeszłością, ale naszych
dzisiejszych obcych odsyłamy z granicy z wilczym biletem, każemy im
żebrać w konsulatach o polską wizę.
Marek Edelman powiedział, że książka Grossa nic nie zmieni, bo za pół
roku nikt nie będzie o niej pamiętał. To samo można odnieść do filmu
Bartany. Natomiast postęp polega na tym, że ktoś mówi o tym, że
potrzebna jest zmiana.
„Mary koszmary”, Yael Bartana, Fundacja Galerii Foksal, Warszawa, do 29 lutego
[Źródło: Gazeta Wyborcza, 30 stycznia 2008]
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...