> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ideowe dylematy sytych Drukuj
Igor Stokfiszewski   
02.09.2007
Gdy pod koniec ubiegłej dekady konserwatywni krytycy i publicyści (przede wszystkim Cezary Michalski) apelowali do autorów prozy o opisanie (nieopisanej ich zdaniem) Polski schyłku PRL-u i okresu transformacji społeczno-politycznej, nie spodziewali się zapewne, że najciekawiej uczynią to społecznie zaangażowani pisarze młodszego pokolenia sympatyzujący z niekoniecznie konserwatywnymi ideami - Mariusz Sieniewicz, Dorota Masłowska, Michał Witkowski, Sławomir Shuty czy Daniel Odija.

Jednak apele te nie pozostały bez echa w środowisku samych postulatorów. I tak po roku 2000 ukształtował się nurt prozy rozrachunkowej uprawianej przez prawicowych publicystów i działaczy. Twórcy, którzy swoją przygodę z fikcją rozpoczęli wcześniej - Bronisław Wildstein i Rafał A. Ziemkiewicz - przypomnieli się czytelnikom kolejnymi książkami. Pierwszy ogłosił drukiem „Przeszłość z ograniczoną odpowiedzialnością” (2003) i „Mistrza” (2004), drugi odszedł od fantastyki socjologicznej, publikując powieść współczesną „Ciało obce” (2005). Inni zadebiutowali w roli prozaików: Cezary Michalski („Siła odpychania”, 2002; „Jezioro Radykałów”, 2004; „Gorsze światy”, 2006), Piotr Zaremba („Palma na suficie”, 2004), Andrzej Horubała („Farciarz”, 2003; „Umoczeni”, 2004).

Obraz literatury ostatnich lat układa się w krytyczną narrację, rzeczywistość Polski pookrągłostołowej ukazywana jest z dwóch perspektyw - prozy zaangażowanej, wyczulonej na sygnały społecznego niezadowolenia płynące ze strony odrzuconych w procesie transformacji, oraz literatury rozrachunkowej, skupionej na moralnym rozliczeniu zwycięzców przemian - obozu postsolidarnościowego i byłych komunistów. Obie podejmują się opisania rzeczywistości, obie mają ambicje realistyczne, a jednak jestem przekonany, że w dłuższej perspektywie to proza zaangażowana znajdzie szczególne miejsce na naszej literackiej mapie.

Skompromitowani, umoczeni… i syci

Literatura rozrachunkowa zajmuje się nade wszystko analizą rozpadu własnej formacji ideowej i pokoleniowej (szczególnie w książkach Michalskiego). Bohaterowie to ludzie urodzeni zbyt późno, by uczestniczyć w pierwszej opozycji demokratycznej, naznaczeni piętnem stanu wojennego i beznadziei końcówki lat 80., kiedy na ślepo angażowali się w akcje bezpośredniego oporu. Po przełomie - obarczeni ideowym bagażem wciąż młodych rewolucjonistów - wkraczają w świat polityki, biznesu, mediów i przekonują się, że jest on jedynie cyniczną namiastką marzeń o moralnym kształcie wolnej Polski.

Biorąc udział w jej budowaniu, mają poczucie własnej nieetyczności, uczestnictwa w spektaklu, gdzie role dawno obsadzono byłymi aparatczykami partyjnymi ubranymi w kostiumy liberalnych socjaldemokratów i antykomunistycznymi żołnierzami, którzy niepostrzeżenie z dysydentów zmienili się w decydentów. Wreszcie się poddają: „Jestem człowiekiem skompromitowanym” - wyzna bohater „Jeziora Radykałów”, niegdysiejszy członek „Partii Klasy Średniej”. „Wszyscy, którzy w tym robią, są umoczeni” - powie szef kampanii prezydenckiej solidarnościowego kandydata z drugiej powieści Horubały.

Kto ponosi winę za to, że Polska nie stała się krainą moralnego ładu? To oczywiste - „były trockista” z pokolenia '68, który na zebraniu „Rady Krajowej Partii Klasy Średniej” zapowiedział: „Od dzisiaj inwestujemy w komucha”, dając upust trudno skrywanej chęci do układu z czerwonymi; „Nowaczyk Tradex czy Nowaczyk Enterprise” - wielki biznes powiązany z politykiem lubującym się w drogich szwajcarskich zegarkach, gdzie pracę znajdzie bohater „Ciała obcego”; wreszcie - służby specjalne, u Horubały dodatkowo powiązane z dziennikarzami.

Problem w tym, że bohaterami prawicowej prozy są beneficjenci transformacji - świetnie wykształceni absolwenci filozofii, zarządzania, politologii; dyplomaci („Siła odpychania”), zagraniczni stypendyści („Jezioro Radykałów”), specjaliści od marketingu politycznego („Umoczeni”), pracownicy wpływowych mediów („Farciarz”), audytorzy („Ciało obce”). Kreowane konflikty między ideowością a cynizmem; pokoleniem stanu wojennego i Marca '68, snem o kształcie Polski oczyszczonej z postkomunistycznego nalotu i smutną jawą transformacji nie potrafią ułożyć się w dramat. Autorzy błędnie lokują społeczne antagonizmy. By ratować spójność historii, sięgają po gatunki literackie z wyraziście zarysowaną fabułą. Narracjom kryminalno-miłosnym towarzyszy aura depresyjnych wspomnień i światopoglądowych konwulsji. A zaprawdę, nie ma nic mniej wciągającego niż ideowe dylematy sytych. Nic mniej wiarygodnego niż roztrząsanie problemu: dlaczego to nie myśmy stanęli na czele rządu dusz, a choćby i rządu ministrów?

Tymczasem wystarczy skupić się na bohaterach, którzy przegrali w wyścigu przemian, by zobrazować realne konflikty społeczne. Przyjrzeć się terenom popegeerowskim, których mieszkańcy nie są w stanie połączyć wiary w konserwatywny porządek świata z przeczącymi mu zasadami wolnorynkowej konkurencji (Odija). Zajrzeć do nowohuckich blokowisk, gdzie chęć posiadania generowana przez kulturę reklam stoi w konflikcie z biedą (Shuty). Odwiedzić olsztyńskie Zatorze, by obserwować zderzenie ubogiej, zaściankowej prowincji z ekspansywnym kapitalizmem (Sieniewicz). Przyjrzeć się małomiasteczkowemu kultowi historycznych tożsamości, które w świecie miękkiej demokracji stają się bezużyteczne, co generuje gniew (Masłowska). Ukazać społeczne funkcjonowanie różnych wariantów seksualności, które nijak nie chcą skomponować się w prostą partyturę „mężczyźni, kobiety” (Witkowski). Literatura, która chce oddać sprawiedliwość światu, musi trafnie diagnozować społeczne antagonizmy, a autorzy winni wyjrzeć poza horyzont własnego nosa.

Tragiczni biografiści

Proza pisarzy rozrachunkowych jest samolubna. Rozciąga własne melodramaty na obraz całego społeczeństwa. Spory między „namiętnymi kochankami idei” a „byłym trockistą” (Michalski), młodymi gniewnymi, a bon vivantami solidarnościowych salonów (Horubała) dotyczą raptem garstki ludzi z twórcami tej prozy włącznie. Ci zaś pragną uczynić z nich opowieść o całej Polsce, która jednak nie chce się w owym dramacie odnaleźć. Polska rzeczywistość już dawno zaczęła organizować się wokół sporów o ekonomiczne i kulturowe koszta transformacji, nie zaś o ocalenie czy zaprzepaszczenie ideałów „Solidarności”.

Kolejny zarzut, jaki można postawić, to sięganie po anachroniczne języki literackiej ekspresji. Odwoływanie się do własnej biografii w poezji (Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło) i prozie (Krzysztof Varga czy Andrzej Stasiuk jako autor „Jak zostałem pisarzem…”) było podstawowym sposobem mówienia o świecie w początkach ubiegłej dekady. Został on jednak odesłany do lamusa jako forma nieautentyczna. Najpierw biografistykę porzuciła poezja i proza postmodernistyczna (Andrzej Sosnowski, Darek Foks, Marek Bieńczyk, Andrzej Bart) oraz narracje feministyczne (Izabela Filipiak); a następnie poezja sięgająca po język wyobraźni (Roman Honet) czy poetykę neolingwizmu (Jarosław Lipszyc), wreszcie - proza zaangażowana. Powrót do biografistyki budzi poczucie braku wiarygodności, podobnie jak wiersze pisane przez bohaterów książek Michalskiego, posiłkujące się estetyką a la Herbert.

Nie inaczej jest z sięganiem po wyraziste gatunki (kryminał, romans). Są one bowiem wzorowane na klasycznej tragedii, oswojonej już dawno przez kulturę masową. Scenariusze hollywoodzkich superprodukcji korzystają z zasad fabularnych wypracowanych na bazie „Poetyki” Arystotelesa i uchodzą raczej za szczyt sztuczności niż narzędzie analizy świata. Autorzy kryminałów czy romansów nawet nie udają, że mają ambicje realistyczne.

Niektórzy z prawicowych pisarzy urefleksyjniają to zagadnienie. W „Sile odpychania” Michalskiego niemożność zawarcia literackiego paktu z rzeczywistością staje się kolejnym przyczynkiem do poczucia klęski. Jednak inni bezrefleksyjnie skazują swoich bohaterów na papierowy byt.

We władzy ponowoczesności

Jedynie z pozoru mamy tu do czynienia z problemem estetycznym. Po pierwsze - struktura narracji kryminalno-miłosnej, z konfliktem między antagonistą i protagonistą, jednowątkowością wzbogaconą niekiedy o retrospekcje oraz wyjątki eseistyczne (jak u Michalskiego) i logiką nieuchronnie zmierzającą do rozwiązania akcji nie odtwarza w sposób wiarygodny mechanizmów ponowoczesnego świata. Tu dominuje przypadek, aktorzy społecznego spektaklu nie mają zdefiniowanych do końca ról, relacje między nimi są niejasne, cel działań nieodgadniony. I nie jest to wynikiem spisku służb specjalnych.

Po drugie, dostrzegam w tej prozie błędną kalkulację dotyczącą polityki kształtowania naszej kultury. Ignorując czytelniczą świadomość (która już dawno odrzuciła biografizm, realistyczne pretensje kryminałów czy romansów i zanurzyła się w odmętach ponowoczesnego świata), literatura ta skazuje się na nieskuteczność w przekonywaniu do własnych pryncypiów i ocen.

Za przykład niech posłuży koncepcja władzy. W książkach prawicowych autorów władza ma charakter namacalny: leży w rękach polityków, ludzi wielkiego biznesu, właścicieli mediów, albo okazuje się domeną służb specjalnych. „Kto ma informację, ten ma władzę” - artykuł pod takim tytułem napisał Maciek - jeden z bohaterów „Umoczonych”. Władza może też mieć pochodzenie naturalne: „Iris lubiła schodzić na filozofię, cytowała swobodnie mnóstwo autorów i dzieł, by udowodnić, że jedynym gatunkiem człowieka, jaki zasługuje na szacunek, jest człowiek silny. A siła oznacza dominację. Taka jest nasza natura i we wszystkich międzyludzkich relacjach, choć je zakłamujemy od tysięcy lat na wszelkie możliwe sposoby, tak naprawdę chodzi tylko o ustalenie, kto dominuje w stadzie” („Ciało obce”). Jeśli mamy do czynienia z władzą o charakterze boskim (Horubała), to jak z wizji katolickiej: za sprzeniewierzenie się spotyka bohaterów zasłużona kara. Ofiara spełniona, moralitet spuentowany.

Jedynie Michalski wprowadza niejednoznaczne postaci „Pana od losu” i „młodszego brata”. Pierwszy jest iście gnostyckim demiurgiem relatywizującym świat prawd moralnych, drugi rodzajem sumienia, które protestuje, ilekroć bohater chce uciec od zachowania etycznego. Ale to nie „Pan od losu” i nie „młodszy brat” kierują światem tej prozy, lecz logika romansu bądź kryminału.

Nie odnajdziemy prób zdefiniowania o wiele bardziej wpływowej władzy - władzy symbolicznej. Leżąca w rękach dysponentów dominujących przekonań i norm mogących wykluczyć każdego odmieńca jest dużo bardziej wpływowa od tej politycznej czy medialnej.

Autorzy prozy społecznie zaangażowanej doskonale wiedzą, że dowódcami batalii o kształt społeczeństwa są katoliccy mężczyźni i religijne kobiety (co trafnie zanalizował Sieniewicz w tomie opowiadań „Żydówek nie obsługujemy”), heteroseksualiści przekonani o stabilności tożsamości płciowej („Lubiewo” Witkowskiego), że władza symboliczna czai się w normach językowych ujawnia Masłowska w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” i „Pawiu Królowej”. Źródeł władzy symbolicznej powinniśmy szukać w romantycznej, ułańskiej religijności, która idealnie komponuje się z szaleństwem i egoizmem polskiego kapitalizmu (tak interpretowałbym nową książkę Witkowskiego - „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”). W porównaniu z bohaterami tych próz kreacja Kreszczyńskiego z powieści Ziemkiewicza „Ciało obce” - „pedała”, działającego w wielkim biznesie i powiązanego ze służbami specjalnymi, wydaje się dość żałosnym pomysłem na sygnał, kto tak naprawdę rządzi światem.

W gabinecie narcystycznych luster

Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi wzmocnienia własnych wyborów ideowych w prozie jest walka o rewizję literackiego kanonu. Pisarze społecznie zaangażowani czynią to, czerpiąc inspiracje z nieoczywistych wzorców. Sieniewicz opisujący wykluczenie symboliczne i ekonomiczne prowincji na przykładzie Warmii i Mazur sięga po instrumenty psychologicznej prozy rosyjskiej (Dostojewskiego i Bułhakowa), reinterpretując jej dominujące odczytania. Witkowski nie wpisuje „Lubiewa” ani w tradycję pisarstwa zachodniego gej/les, ani rodzimego spod znaku Mariana Pankowskiego, Grzegorza Musiała czy Izabeli Filipiak. Poprzez nawiązania ujawnia homoerotyczny potencjał poezji Mirona Białoszewskiego i prozy Tadeusza Brezy. Pisarze ci próbują zdefiniować nowe tradycje własnej prozy.

Tymczasem autorzy rozrachunkowi „pochyleni nad Bobkowskim, Herlingiem” („Siła odpychania”), Mackiewiczem czy Herbertem z rzadka silą się na poważny dialog z tradycją swojej literatury. Wyjątkiem jest tu Michalski, który poszukuje inspiracji filozoficznych i literackich u nieoczywistych autorytetów: od Fryderyka Schillera i Martina Heideggera, po Franza Kafkę, George'a Orwella, Edwarda Stachurę czy francuską literaturę spod znaku powieści-eseju Michela Houellebecqa. Zaniedbywanie odmiennych od własnych doświadczeń kulturowych raz jeszcze przypomina, jak bardzo ci autorzy skupieni są na sobie: na własnej formacji ideowej, własnej biografii, własnej literackiej tradycji, sytuując prozę rozrachunkową w gabinecie narcystycznych luster.

Stanisław Brzozowski, o którym z szacunkiem wypowiadał się Michalski - wzór myśliciela łączącego pasję filozofia, eseisty, publicysty i pisarza - uznawał, że za prawdziwą literaturę winny uchodzić teksty, które niezależnie od gatunkowej proweniencji mają wpływ na społeczne postrzeganie rzeczywistości, zmieniają bieg naszych intelektualnych wyborów, dokonując korekty świata i życia: „Darwin i Marks, Spencer lub Bradley należą w ostatniej instancji do literatury” - pisał w „Głosach wśród nocy”.

Z podziwem przyglądam się prozatorskiej aktywności prawicowych publicystów, którzy dostrzegają w literaturze instrument analizy i oceny rzeczywistości nie mniej skuteczny od polemik prasowych, wystąpień telewizyjnych, wywiadów z ludźmi władzy. Brakuje mi tej wiary w moc pisanego słowa u autorów zaangażowanych, ograniczających się do jednej dziedziny twórczości, przesadnie zapatrzonych w rynek książki, niechętnie ujawniających idee pozaliterackie i wybory światopoglądowe. Jednak nie da się przedstawić wartości organizujących naszą wyobraźnię i pokierować rozwojem społecznych idei, błędnie lokalizując zapalne punkty konfliktów, niefortunnie angażując przezwyciężone języki literackiej ekspresji, izolując się od świata rzeczywistych problemów egoizmem własnych biografii.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 1-2 września 2007.

Komentarze
Dodaj nowy
KczK   |03.09.2007 16:46:14
Ładny, mądry tekst.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.64786 Seconds