|
Gdy pod koniec ubiegłej dekady konserwatywni krytycy i publicyści
(przede wszystkim Cezary Michalski) apelowali do autorów prozy o
opisanie (nieopisanej ich zdaniem) Polski schyłku PRL-u i okresu
transformacji społeczno-politycznej, nie spodziewali się zapewne, że
najciekawiej uczynią to społecznie zaangażowani pisarze młodszego
pokolenia sympatyzujący z niekoniecznie konserwatywnymi ideami -
Mariusz Sieniewicz, Dorota Masłowska, Michał Witkowski, Sławomir Shuty
czy Daniel Odija.
Jednak apele te nie pozostały bez echa w środowisku samych
postulatorów. I tak po roku 2000 ukształtował się nurt prozy
rozrachunkowej uprawianej przez prawicowych publicystów i działaczy.
Twórcy, którzy swoją przygodę z fikcją rozpoczęli wcześniej - Bronisław
Wildstein i Rafał A. Ziemkiewicz - przypomnieli się czytelnikom
kolejnymi książkami. Pierwszy ogłosił drukiem „Przeszłość z ograniczoną
odpowiedzialnością” (2003) i „Mistrza” (2004), drugi odszedł od
fantastyki socjologicznej, publikując powieść współczesną „Ciało obce”
(2005). Inni zadebiutowali w roli prozaików: Cezary Michalski („Siła
odpychania”, 2002; „Jezioro Radykałów”, 2004; „Gorsze światy”, 2006),
Piotr Zaremba („Palma na suficie”, 2004), Andrzej Horubała („Farciarz”,
2003; „Umoczeni”, 2004).
Obraz literatury ostatnich lat układa się w krytyczną narrację,
rzeczywistość Polski pookrągłostołowej ukazywana jest z dwóch
perspektyw - prozy zaangażowanej, wyczulonej na sygnały społecznego
niezadowolenia płynące ze strony odrzuconych w procesie transformacji,
oraz literatury rozrachunkowej, skupionej na moralnym rozliczeniu
zwycięzców przemian - obozu postsolidarnościowego i byłych komunistów.
Obie podejmują się opisania rzeczywistości, obie mają ambicje
realistyczne, a jednak jestem przekonany, że w dłuższej perspektywie to
proza zaangażowana znajdzie szczególne miejsce na naszej literackiej
mapie.
Skompromitowani, umoczeni… i syci
Literatura rozrachunkowa zajmuje się nade wszystko analizą rozpadu
własnej formacji ideowej i pokoleniowej (szczególnie w książkach
Michalskiego). Bohaterowie to ludzie urodzeni zbyt późno, by
uczestniczyć w pierwszej opozycji demokratycznej, naznaczeni piętnem
stanu wojennego i beznadziei końcówki lat 80., kiedy na ślepo
angażowali się w akcje bezpośredniego oporu. Po przełomie - obarczeni
ideowym bagażem wciąż młodych rewolucjonistów - wkraczają w świat
polityki, biznesu, mediów i przekonują się, że jest on jedynie cyniczną
namiastką marzeń o moralnym kształcie wolnej Polski.
Biorąc udział w jej budowaniu, mają poczucie własnej nieetyczności,
uczestnictwa w spektaklu, gdzie role dawno obsadzono byłymi
aparatczykami partyjnymi ubranymi w kostiumy liberalnych
socjaldemokratów i antykomunistycznymi żołnierzami, którzy
niepostrzeżenie z dysydentów zmienili się w decydentów. Wreszcie się
poddają: „Jestem człowiekiem skompromitowanym” - wyzna bohater „Jeziora
Radykałów”, niegdysiejszy członek „Partii Klasy Średniej”. „Wszyscy,
którzy w tym robią, są umoczeni” - powie szef kampanii prezydenckiej
solidarnościowego kandydata z drugiej powieści Horubały.
Kto ponosi winę za to, że Polska nie stała się krainą moralnego ładu?
To oczywiste - „były trockista” z pokolenia '68, który na zebraniu
„Rady Krajowej Partii Klasy Średniej” zapowiedział: „Od dzisiaj
inwestujemy w komucha”, dając upust trudno skrywanej chęci do układu z
czerwonymi; „Nowaczyk Tradex czy Nowaczyk Enterprise” - wielki biznes
powiązany z politykiem lubującym się w drogich szwajcarskich zegarkach,
gdzie pracę znajdzie bohater „Ciała obcego”; wreszcie - służby
specjalne, u Horubały dodatkowo powiązane z dziennikarzami.
Problem w tym, że bohaterami prawicowej prozy są beneficjenci
transformacji - świetnie wykształceni absolwenci filozofii,
zarządzania, politologii; dyplomaci („Siła odpychania”), zagraniczni
stypendyści („Jezioro Radykałów”), specjaliści od marketingu
politycznego („Umoczeni”), pracownicy wpływowych mediów („Farciarz”),
audytorzy („Ciało obce”). Kreowane konflikty między ideowością a
cynizmem; pokoleniem stanu wojennego i Marca '68, snem o kształcie
Polski oczyszczonej z postkomunistycznego nalotu i smutną jawą
transformacji nie potrafią ułożyć się w dramat. Autorzy błędnie lokują
społeczne antagonizmy. By ratować spójność historii, sięgają po gatunki
literackie z wyraziście zarysowaną fabułą. Narracjom
kryminalno-miłosnym towarzyszy aura depresyjnych wspomnień i
światopoglądowych konwulsji. A zaprawdę, nie ma nic mniej wciągającego
niż ideowe dylematy sytych. Nic mniej wiarygodnego niż roztrząsanie
problemu: dlaczego to nie myśmy stanęli na czele rządu dusz, a choćby i
rządu ministrów?
Tymczasem wystarczy skupić się na bohaterach, którzy przegrali w
wyścigu przemian, by zobrazować realne konflikty społeczne. Przyjrzeć
się terenom popegeerowskim, których mieszkańcy nie są w stanie połączyć
wiary w konserwatywny porządek świata z przeczącymi mu zasadami
wolnorynkowej konkurencji (Odija). Zajrzeć do nowohuckich blokowisk,
gdzie chęć posiadania generowana przez kulturę reklam stoi w konflikcie
z biedą (Shuty). Odwiedzić olsztyńskie Zatorze, by obserwować zderzenie
ubogiej, zaściankowej prowincji z ekspansywnym kapitalizmem
(Sieniewicz). Przyjrzeć się małomiasteczkowemu kultowi historycznych
tożsamości, które w świecie miękkiej demokracji stają się bezużyteczne,
co generuje gniew (Masłowska). Ukazać społeczne funkcjonowanie różnych
wariantów seksualności, które nijak nie chcą skomponować się w prostą
partyturę „mężczyźni, kobiety” (Witkowski). Literatura, która chce
oddać sprawiedliwość światu, musi trafnie diagnozować społeczne
antagonizmy, a autorzy winni wyjrzeć poza horyzont własnego nosa.
Tragiczni biografiści
Proza pisarzy rozrachunkowych jest samolubna. Rozciąga własne
melodramaty na obraz całego społeczeństwa. Spory między „namiętnymi
kochankami idei” a „byłym trockistą” (Michalski), młodymi gniewnymi, a
bon vivantami solidarnościowych salonów (Horubała) dotyczą raptem
garstki ludzi z twórcami tej prozy włącznie. Ci zaś pragną uczynić z
nich opowieść o całej Polsce, która jednak nie chce się w owym dramacie
odnaleźć. Polska rzeczywistość już dawno zaczęła organizować się wokół
sporów o ekonomiczne i kulturowe koszta transformacji, nie zaś o
ocalenie czy zaprzepaszczenie ideałów „Solidarności”.
Kolejny zarzut, jaki można postawić, to sięganie po anachroniczne
języki literackiej ekspresji. Odwoływanie się do własnej biografii w
poezji (Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło) i prozie (Krzysztof Varga
czy Andrzej Stasiuk jako autor „Jak zostałem pisarzem…”) było
podstawowym sposobem mówienia o świecie w początkach ubiegłej dekady.
Został on jednak odesłany do lamusa jako forma nieautentyczna. Najpierw
biografistykę porzuciła poezja i proza postmodernistyczna (Andrzej
Sosnowski, Darek Foks, Marek Bieńczyk, Andrzej Bart) oraz narracje
feministyczne (Izabela Filipiak); a następnie poezja sięgająca po język
wyobraźni (Roman Honet) czy poetykę neolingwizmu (Jarosław Lipszyc),
wreszcie - proza zaangażowana. Powrót do biografistyki budzi poczucie
braku wiarygodności, podobnie jak wiersze pisane przez bohaterów
książek Michalskiego, posiłkujące się estetyką a la Herbert.
Nie inaczej jest z sięganiem po wyraziste gatunki (kryminał, romans).
Są one bowiem wzorowane na klasycznej tragedii, oswojonej już dawno
przez kulturę masową. Scenariusze hollywoodzkich superprodukcji
korzystają z zasad fabularnych wypracowanych na bazie „Poetyki”
Arystotelesa i uchodzą raczej za szczyt sztuczności niż narzędzie
analizy świata. Autorzy kryminałów czy romansów nawet nie udają, że
mają ambicje realistyczne.
Niektórzy z prawicowych pisarzy urefleksyjniają to zagadnienie. W „Sile
odpychania” Michalskiego niemożność zawarcia literackiego paktu z
rzeczywistością staje się kolejnym przyczynkiem do poczucia klęski.
Jednak inni bezrefleksyjnie skazują swoich bohaterów na papierowy byt.
We władzy ponowoczesności
Jedynie z pozoru mamy tu do czynienia z problemem estetycznym. Po
pierwsze - struktura narracji kryminalno-miłosnej, z konfliktem między
antagonistą i protagonistą, jednowątkowością wzbogaconą niekiedy o
retrospekcje oraz wyjątki eseistyczne (jak u Michalskiego) i logiką
nieuchronnie zmierzającą do rozwiązania akcji nie odtwarza w sposób
wiarygodny mechanizmów ponowoczesnego świata. Tu dominuje przypadek,
aktorzy społecznego spektaklu nie mają zdefiniowanych do końca ról,
relacje między nimi są niejasne, cel działań nieodgadniony. I nie jest
to wynikiem spisku służb specjalnych.
Po drugie, dostrzegam w tej prozie błędną kalkulację dotyczącą polityki
kształtowania naszej kultury. Ignorując czytelniczą świadomość (która
już dawno odrzuciła biografizm, realistyczne pretensje kryminałów czy
romansów i zanurzyła się w odmętach ponowoczesnego świata), literatura
ta skazuje się na nieskuteczność w przekonywaniu do własnych pryncypiów
i ocen.
Za przykład niech posłuży koncepcja władzy. W książkach prawicowych
autorów władza ma charakter namacalny: leży w rękach polityków, ludzi
wielkiego biznesu, właścicieli mediów, albo okazuje się domeną służb
specjalnych. „Kto ma informację, ten ma władzę” - artykuł pod takim
tytułem napisał Maciek - jeden z bohaterów „Umoczonych”. Władza może
też mieć pochodzenie naturalne: „Iris lubiła schodzić na filozofię,
cytowała swobodnie mnóstwo autorów i dzieł, by udowodnić, że jedynym
gatunkiem człowieka, jaki zasługuje na szacunek, jest człowiek silny. A
siła oznacza dominację. Taka jest nasza natura i we wszystkich
międzyludzkich relacjach, choć je zakłamujemy od tysięcy lat na
wszelkie możliwe sposoby, tak naprawdę chodzi tylko o ustalenie, kto
dominuje w stadzie” („Ciało obce”). Jeśli mamy do czynienia z władzą o
charakterze boskim (Horubała), to jak z wizji katolickiej: za
sprzeniewierzenie się spotyka bohaterów zasłużona kara. Ofiara
spełniona, moralitet spuentowany.
Jedynie Michalski wprowadza niejednoznaczne postaci „Pana od losu” i
„młodszego brata”. Pierwszy jest iście gnostyckim demiurgiem
relatywizującym świat prawd moralnych, drugi rodzajem sumienia, które
protestuje, ilekroć bohater chce uciec od zachowania etycznego. Ale to
nie „Pan od losu” i nie „młodszy brat” kierują światem tej prozy, lecz
logika romansu bądź kryminału.
Nie odnajdziemy prób zdefiniowania o wiele bardziej wpływowej władzy -
władzy symbolicznej. Leżąca w rękach dysponentów dominujących przekonań
i norm mogących wykluczyć każdego odmieńca jest dużo bardziej wpływowa
od tej politycznej czy medialnej.
Autorzy prozy społecznie
zaangażowanej doskonale wiedzą, że dowódcami batalii o kształt
społeczeństwa są katoliccy mężczyźni i religijne kobiety (co trafnie
zanalizował Sieniewicz w tomie opowiadań „Żydówek nie obsługujemy”),
heteroseksualiści przekonani o stabilności tożsamości płciowej
(„Lubiewo” Witkowskiego), że władza symboliczna czai się w normach
językowych ujawnia Masłowska w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą
biało-czerwoną” i „Pawiu Królowej”. Źródeł władzy symbolicznej
powinniśmy szukać w romantycznej, ułańskiej religijności, która
idealnie komponuje się z szaleństwem i egoizmem polskiego kapitalizmu
(tak interpretowałbym nową książkę Witkowskiego - „Barbara
Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”). W porównaniu z bohaterami tych
próz kreacja Kreszczyńskiego z powieści Ziemkiewicza „Ciało obce” -
„pedała”, działającego w wielkim biznesie i powiązanego ze służbami
specjalnymi, wydaje się dość żałosnym pomysłem na sygnał, kto tak
naprawdę rządzi światem.
W gabinecie narcystycznych luster
Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi wzmocnienia własnych wyborów
ideowych w prozie jest walka o rewizję literackiego kanonu. Pisarze
społecznie zaangażowani czynią to, czerpiąc inspiracje z nieoczywistych
wzorców. Sieniewicz opisujący wykluczenie symboliczne i ekonomiczne
prowincji na przykładzie Warmii i Mazur sięga po instrumenty
psychologicznej prozy rosyjskiej (Dostojewskiego i Bułhakowa),
reinterpretując jej dominujące odczytania. Witkowski nie wpisuje
„Lubiewa” ani w tradycję pisarstwa zachodniego gej/les, ani rodzimego
spod znaku Mariana Pankowskiego, Grzegorza Musiała czy Izabeli
Filipiak. Poprzez nawiązania ujawnia homoerotyczny potencjał poezji
Mirona Białoszewskiego i prozy Tadeusza Brezy. Pisarze ci próbują
zdefiniować nowe tradycje własnej prozy.
Tymczasem autorzy rozrachunkowi „pochyleni nad Bobkowskim, Herlingiem”
(„Siła odpychania”), Mackiewiczem czy Herbertem z rzadka silą się na
poważny dialog z tradycją swojej literatury. Wyjątkiem jest tu
Michalski, który poszukuje inspiracji filozoficznych i literackich u
nieoczywistych autorytetów: od Fryderyka Schillera i Martina
Heideggera, po Franza Kafkę, George'a Orwella, Edwarda Stachurę czy
francuską literaturę spod znaku powieści-eseju Michela Houellebecqa.
Zaniedbywanie odmiennych od własnych doświadczeń kulturowych raz
jeszcze przypomina, jak bardzo ci autorzy skupieni są na sobie: na
własnej formacji ideowej, własnej biografii, własnej literackiej
tradycji, sytuując prozę rozrachunkową w gabinecie narcystycznych
luster.
Stanisław Brzozowski, o którym z szacunkiem wypowiadał się Michalski -
wzór myśliciela łączącego pasję filozofia, eseisty, publicysty i
pisarza - uznawał, że za prawdziwą literaturę winny uchodzić teksty,
które niezależnie od gatunkowej proweniencji mają wpływ na społeczne
postrzeganie rzeczywistości, zmieniają bieg naszych intelektualnych
wyborów, dokonując korekty świata i życia: „Darwin i Marks, Spencer lub
Bradley należą w ostatniej instancji do literatury” - pisał w „Głosach
wśród nocy”.
Z podziwem przyglądam się prozatorskiej aktywności prawicowych
publicystów, którzy dostrzegają w literaturze instrument analizy i
oceny rzeczywistości nie mniej skuteczny od polemik prasowych,
wystąpień telewizyjnych, wywiadów z ludźmi władzy. Brakuje mi tej wiary
w moc pisanego słowa u autorów zaangażowanych, ograniczających się do
jednej dziedziny twórczości, przesadnie zapatrzonych w rynek książki,
niechętnie ujawniających idee pozaliterackie i wybory światopoglądowe.
Jednak nie da się przedstawić wartości organizujących naszą wyobraźnię
i pokierować rozwojem społecznych idei, błędnie lokalizując zapalne
punkty konfliktów, niefortunnie angażując przezwyciężone języki
literackiej ekspresji, izolując się od świata rzeczywistych problemów
egoizmem własnych biografii.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 1-2 września 2007.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...