> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Dunin: Utracona cześć braci K. |
|
|
Kinga Dunin
|
|
15.09.2007 |
Bracia Kaczyńscy zrobili dla nas naprawdę dużo dobrego. Bo są to pierwsi od lat naprawdę ważni polscy politycy, którzy do publicznej debaty skutecznie wprowadzili istotne, ale trudne, drażliwe lub nieostre, więc dotychczas uparcie przemilczane tematy.
Żaden polski polityk będący przy władzy nie miał odwagi otwarcie mówić o rosnącym wciąż rozwarstwieniu, słabnącej spójności społecznej, niesprawiedliwości, wyzysku. Bracia Kaczyńscy to robią.
Żaden rządzący polityk od czasu ministra Kuronia nie wpadł na pomysł, żeby o państwie mówić nie tylko jako o wielkim przedsiębiorstwie, ale też jako o wspólnocie ludzi, których łączy coś więcej niż produkcja, handel i konsumpcja. Kaczyńscy taki język odkryli i zalegalizowali.
Żaden lider większości nie odważył się na wielką antykorupcyjną krucjatę ani na zadarcie z egoistycznymi i niewydajnymi korporacjami prawników, zwłaszcza z niefrasobliwymi sędziami i z lękliwymi prokuratorami. Bracia Kaczyńscy się na to odważyli.
Żaden czołowy polityk nie miał od lat dość odwagi czy przenikliwości, żeby otwarcie powiedzieć, że polskie media działają gorzej, niż powinny, a zwłaszcza by podjąć niezwykle delikatną kwestię relacji między mediami awładzą i jej tajnymi służbami. Kaczyńscy robią to brawurowo.
Żaden polski prezydent ani szef będącej u władzy partii nie miał odwagi publicznie powiedzieć, że szkoła nie tylko uczy, ale też wychowuje i trzeba się zdecydować, do czego ma wychowywać. Bracia Kaczyńscy to mówią.
Żaden czołowy polityk nie miał odwagi powiedzieć, że w nowoczesnym świecie, w epoce globalizacji, zbiorowa tożsamość staje się wyzwaniem, przed którym także państwo nie może się uchylać, i żaden ważny polityk nie potraktował poważnie kryzysu demograficznego. Bracia się na to zdobyli.
Kto jest autorem tej wzniosłej litanii do braci Kaczyńskich? Któżby jak nie Jacek Żakowski. („Mój kłopot z panami K”. „Polityka”, 11/01/2006)
Wcześniej, tuż po wygranych przez Lecha Kaczyńskiego wyborach prezydenckich, Sławomir Sierakowski pisał:
Nie wiadomo, czy skończyła się III Rzeczpospolita, wiadomo na pewno, że ostatecznie skończyło się poparcie dla niej. Wybierając Kaczyńskiego, wbrew sprzyjającym Tuskowi mediom, wbrew wynikowi pierwszej tury, wbrew zasadzie równowagi władzy, Polacy pokazali, że chcą zdecydowanej zmiany zasad.
Wybór Lecha Kaczyńskiego traktowany jest przez wielu ludzi o lewicowych poglądach jako narodowa tragedia. A ja się cieszę, że nie jest to Tusk. Co więcej - myślę, że jest to szczęśliwy wybór. Z dwóch kandydatów prawicy wygrał bowiem ten „prawdziwszy”, który nie ma szans udawać, że jest prezydentem wszystkich Polaków.
Nie będzie też politykiem, który jednoczy i stara się nikomu nie narazić, przeciwnie, podzieli Polskę. Może wreszcie będzie to podział sensowny.
(„Kaczyński: szczęście w nieszczęściu”, „Gazeta Wyborcza” 25/10/2005)
Przywołane tu tak obszernie teksty oczywiście nie były peanami na cześć nowej władzy. Sierakowski miał nadzieję na takie wyklarowanie podziałów politycznych, które stworzy szansę na powstanie obok “prawdziwszej” prawicy “prawdziwszej” lewicy. Żakowski narzekał, że na trafnie postawione pytania PiS udziela błędnych odpowiedzi. Jednak w jednym i w drugim wypadku propozycja ideowa Kaczyńskich traktowana była z respektem, co nie jest jednoznaczne z poparciem, ale stanowi właściwą płaszczyznę cywilizowanej polityki.
Powiedzmy sobie od razu, że utyskiwania Żakowskiego trzeba uznać za naiwne. Istotą pluralistycznej demokracji jest współwystępowanie rozmaitych odpowiedzi na te same pytania i jasne, że prawicowi Kaczyńscy odpowiadają na nie na swój konserwtywno-prawicowy sposób. Mają wyraźny światopogląd, który nie jest przecież prostym obrazem rzeczywistości, ale zawiera też przekonania na temat jej sensu oraz wartości i oceny wpływające na kształt ich programu politycznego. I nie oni jedni mają światopogląd, dlatego też różnimy się w kwestiach ogólnych i szczegółowych.
Inaczej rozumiemy i inną wagę ma dla nas tożsamość zbiorowa. Dzieli nas stosunek do przeszłości (w tym do rozliczeń), do Europy, ekologii, kwestii obyczajowych. Inaczej postrzegamy rolę Kościoła. Jednym bliższa jest idea wolności, innym sprawiedliwości, jednym jednostka, drugim rodzina. Różnice można mnożyć, tworzą one rozmaite, krzyżujące się podziały, trudno jednak zaprzeczyć ich realności. Warto o nich pamiętać, zanim oskarży się elity o niesprawiedliwe potraktowanie projektu IV RP, i nie warto sprowadzać cynicznie całego problemu do prostej gry interesów. Otóż elity (albo raczej ich część) nie poparły projektu IV RP, gdyż był on im światopoglądowo obcy. Dla lewicy, tej “prawdziwszej”, z głębokich powodów ideowych, dla elit reprezentatywnych dla III RP dlatego, że w ogóle ośmielił się być ideowy, podczas kiedy światem rządzić ma niewidzialna ręka rynku, a wszelkie projekty mają być zastąpione przez autoregulację.
W III RP królował bowiem mit jedynie słusznej drogi, jeśli chodzi o gospadarkę, i skrajny pragmatyzm oraz oportunizm w pozostałych kwestiach. Gładcy i nijacy przywódcy próbowali zadawalać wszystkich i unikać konfliktów, wykorzystując w ten sposób uzyskany pozór społecznego spokoju do umacniania własnej władzy i pozycji. Nie jest jednak prawdą, że posiadali pełne poparcie elit. To właśnie intelektualne elity szlifowały koncepcje liberalnej demokracji, praw człowieka, tolerancji, otwartości na świat. Wciaż też istnieli tradycyjni inteligenci gotowi niepokoić się rosnącymi nierównościami i niesprawiedliwością społeczną, a dla nich socjalny – w założeniach – projekt Kaczyńskich mógł stanowić pewną zachetę.
Tak więc od początku Kaczyńscy mieli przeciwko sobie elity, które po prostu mają inne poglądy: lewicowe albo neoliberalne. Czy istniała szansa, aby je przekonać? Może zresztą lepszym pytaniem jest, czy istniała szansa, aby nie antagonizować ich do tego stopnia, znaleźć sojuszników choćby w niektórych sprawach, część elit zneutralizować? Kaczyńscy sformułowali mocny projekt ideowy, co wyostrzyło i uwyraźniło pozycje ich przeciwników. Sądzę jednak – proszę raz jeszcze przeczytać litanię Jacka Żakowskiego do barci K. - że nie musiło skończyć się to aż taką nienawiścią, wrogością i nieprzezwyciężalnym antagonizmem, lecz – w idealnej sytuacji - właściwym sferze politycznej agonem. I wstępnie szansa taka istniała, gdyż przynajmniej cześć elit, choć obcych światopogladowo Kaczyńskim, była gotowa obdarzyć ich szacunkiem należnym “szlachetnemu przeciwnikowi”. Pełnego poparcia dla projektu IV RP wraz z jej ideowym zapleczem Kaczyńscy nie uzyskaliby nigdy, mogli jednak ucywilizować ideowe podziały.
Dowodem na to, że można zachować szacunek, nawet będąc prawicowym fundamentalistą, jest przypadek Marka Jurka, mimo że jego poglądy z trudem mieszczą się w ramach liberalnej demokracji. Cechuje go jednak ogłada, opanowanie i umiejętność prezentacji siebie jako człowieka zasad. Marzyło się to też Kaczyńskim, jednak po wyborze koalicjantów, obronie niekompetentnych urzędników, rozmowach z Beger, popisach arogancji i otwartego cynizmu, kłamstwach Ziobro (lub premiera) ta droga kreacji swojego wizerunku okazała się prowadzić do coraz większej kompromitacji. Inna sprawa, że szlachetny i bezkompromisowy fundamentalizm też jest prostą drogą do marginalizacji i ostatecznie - klęski. Wtedy jednak pozostaje przynajmniej szacunek.
W tym miejscu od ideowych pryncypiów przechodzimy do imponderabiliów, lecz ich rola w kształtowaniu postaw jest, jak wiadomo, trudna do przecenienia. Jak można popierać premiera, który oskarża swojego politycznego przeciwnika, Donalda Tuska, o to, że jest gotów zniżyć się do współpracy z ludźmi pokroju Leppera i Giertycha? Wizerunkowo dla PiS-u koalicjanci ci byli zabójczy, ale odwracanie tego argumentu jest czymś, czego w ogóle nie da się wytłumaczyć. Zasada “cel uświęca środki”, może być stosowana wyjątkowo, ale jako permanentna reguła prowadzi do przykrego dysonansu poznawczego. Pragmatycy likwidują go poprzez skupienie się na efektywności, moraliści przez jednoznaczne i nie znające półcieni potępienie.
Elity, do których społecznej roli wciąż należy moralizownie, niekiedy ten ostentacyjny rozziew między głoszonymi ideami a praktyką polityczną wykorzystywały instrumentalnie, ale patrząc na rzesze inteligenckie widać było, że są to odruchy autentyczne. Również wśród wcześniejszych zwolenników PiS, tych mniej związanych z realną polityką, bardziej wrażliwych na jej wymiar symboliczny i estetyczny; z całą pewnością dotyczyło to inteligencji twórczej. Z każdą zmianą w rządzie panująca ekipa stawała się dla nich coraz bardziej odrażająca. A kiedy jedni odrażający panowie zaczęli donosić na drugich, powszechnym odruchem szeroko rozumianych elit jest wycofanie się na jeszcze bardziej estetyczne i moralistyczne pozycje. I w czasie następnej kampanii wyborczej dla PiS-zaśpiewają zapewne już tylko Andrzej Rosiewicz i Violetta Villas.
Są też w końcu prawicowe elity. Część z nich, kiedyś bardzo starająca się poprzeć Kaczyńskich, dziś zajmuje się opisywaniem swego rozczarownia, część doradza dawnym idolom, co mają zrobić, aby jednak sprostać ideałom, wreszcie niektórzy gotowi są wytłumaczyć każde posunięcie władzy, ale tłumaczenie to staje się kolejnym dowodem zbrodni. (Tylko winni muszą się tak gęsto tłumaczyć.)
Czy można było tego uniknąć, a przede wszytkim, czy chciano? Wydaje się, że PiS zupełnie świadomie postawił na elektorat konserwatywno-ludowy. Na ojca Rydzyka i jego koncern. Na odruchy populistyczne, które najlepiej buduje się na niechęci do grup uprzywilejowanych. Możliwe, że niechęć ta jest uzasadniona, nie oznacza to jednak, że nie może być podsycana i wykorzystywana instrumentalnie.
Tak jak pisałam, na pełne zrozumienie i poparcie polskich elit Kaczyńscy nigdy nie mogli liczyć, ale mieli pewien kredyt zaufania do swojej bezinteresownej ideowości i mogli z czasem zasłużyć na szacunek – choć niekoniecznie na wyborcze głosy. W tej sytuacji pójście z ludem przeciwko elicie mogło wydawać się rządzącym skuteczniejsze. Może zresztą jest to słuszna strategia. Wobec tendencji klerykalno-konserwatywnych mocno obecnych w Polsce, ogromu nierozwiązanych problemów społecznych owocujących populizmem, silnej politycznej funkcji Kościoła może ona doprowadzić do zbudowaniu sporego żelaznego elektoratu, który oczekuje wizyt na Jasnej Górze i pogardy wobec elit. Lubi też politykę traktowaną jak wojnę, na której wszystkie chwyty są dozwolone.
Skoro niemożliwe okazało się zdobywanie legitymizacji i poarcia elit poprzez spójną postawę ideową, Kaczyńscy niekiedy próbowali drogi pragmatycznego zbliżania się do centrum. Symbolem tej tendencji może być, między innymi, postać Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która – zauważmy to – mimo różnic ideowych nigdy nie była brutalnie atakowana na przykład przez środowiska feministyczne. (Dużo gwałtowniej atakowało ją prawe skrzydło własnej formacji.) Rzeczowość, przejęcie części postulatów przeciwników, nie obarażanie nikogo ponad potrzebę – to także jest droga do realizacji swoich celów. Spójrzmy na Sarkozy'ego, który wygrawszy dzięki przejęciu głosów skrajnej prawicy, po wyborach natychmiast zajął się obłaskawianiem socjalistów, kobiet i mniejszości etnicznych.
Takie gesty były też czynione. Kaczyńscy przez chwilę stali się obrońcami “kompromisu” antyaborcyjnego czy Gombrowicza. Jednak wobec dominującego stylu uprawiania polityki były to maleńkie kwiatki do kosmatego kożucha. Ostatecznie zaś zawsze wybierano swój elektorat i swoich konserwatywnych sojuszników. Przypomnijmy, jak szybko nowy minister edukacji pozbył się wątpliwości co do oceny z religii. Natomiast w sprawie aborcji Kaczyńscy mieli poparcie Kościoła, kto wie, co by było, gdyby biskupi postanowili inaczej.
W jednej jednak kwestii odstępstwo od mocnych programowych deklaracji było stałym elementem polityki. To gospodarka. Na ostatniej konwencji partyjnej Jarosław Kaczyński, zachwalając sprawiedliwe i solidarne państwo, mówił to w kwadrans po wystąpieniu Zyty Gilowskiej, która obiecywała obniżanie podatków, zbliżanie się do podatku liniowego i ograniczenie roli państwa. I trzeba przyznać, że elity zainteresowane tylko tą częścią programu wcale nadmiernie PiS-u nie atakowały. Oczywiście, każdy prosocjalny wydatek z budżetu spotykał się z reprymendą, ale tak traktowano wszystkie dotychczasowe rządy. Jednocześnie jednak podkreślano, że jak dotąd Kaczyńscy nie przeszkadzają gospodarce. Rzecz jasna wzrost gospodarczy nie jest ich zasługą, tylko szerszych procesów, ale nie szkodzą, choć można by ich o to podejrzewać. Elity, których opinie pojawiają się zawsze jako “reakacje rynków światowych” nie były szczególnie zaniepokojone.
Pozostaje zatem odpowiedzieć na ostatnie pytanie, dlaczego elity nie wsparły rządzącej formacji w walce z korupcją, układem i szarą siecią. Istotnie, sfera publiczna, szczególnie styku biznesu z polityką, nie spełnia w Polsce demokratycznych standardów i zmiana tego stanu rzeczy jest zadaniem, które powinno być akceptowane przez wszystkich, którzy sami nie czerpia profitów z przynależności do układu. A sadzę, że większość szeroko rozumianych elit w bezpośredni sposób ich nie czerpie, wystarczą im ogólne mechanizmy kapitalizmu, które postawiły je mimo wszystko po stronie beneficjentów transformacji. W tym zakresie Kaczyńscy nie stanowią jednak zagrożenia, a na użytek swojego elektoratu zawsze mogą przeczołgać jakiegoś oligarchę. Przy woluntarystycznym stylu polityki obecnej ekipy dla konkretnych osób może to stanowić zagrożenie, nie ma ono jednak charkteru systemowego.
Tutaj kończą się spory ideowe i kwestie estetyczne, zaczyna natomiast działać prosta biblijna zasada: “po owocach ich poznacie”. Pomińmy hipotezy dotyczące źródeł i składu korupcyjnych sieci, to, czy naprawdę ich korzenie tkwią w przeszłości, PZPRze i agenturach. Jaki by nie był kształt i zapach tej patologii – powinna zniknąć. W tym wypadku jednak ocenia się władzę, szczególnie taką, która już jakiś czas rządzi, nie po deklaracjach i przechwałkach, ale poprzez widome efekty jej działań. A te jakie są, każdy widzi. Korupcja w ministerstwie rolnictwa? Może, ale nawet gdyby prowokacja CBA się powiodła i tak wykazałaby jedynie, jak dalece sięga podatność Andrzeja Leppera na pokusy. Kryzys, który to spowodowało, w istocie ujawnił takie zwyczaje panujące za fasadą pisowskiej władzy, które mogą budzić niepokój, ale też wszystko wskazuje na to, że raczej chodziło o rozgrywki w rządzącym obozie niż prawdziwą próbę sanacji.
I znowu pojawia się pytanie: dla kogo to całe widowisko, łapanie lekarza-mordercy, brygady antyterrorystów rzucające zatrzymanymi o ziemię, by zakuć ich w kajdanki? W ten sposób raczej nie uwodzi się elit. Dla elektoratu PiS-u jest to jednak jasny sygnał: nareszcie mamy rząd facetów z jajami, którzy coś robią; pogardzani przez wyniosłe elity, zdradzani przez fałszywych przyjaciół walczą jak lwy ze złem. I to Kaczyńskim wystarczy, a sceptycyzm elit jest im nawet na rękę. Wątpliwości dotyczące zakresu działania różnych służb, ich prerogatyw, praw obywtelskich, powoływanie się na prawne niuanse, całe to elitarne dzielenie włosa na czworo pokazuje, jak bardzo potrzebny jest tu szeryf, kierujący się prostymi i zrozumiałymi zasadami.
Krótko mówiąc, elity nie poparły projektu IVRP, bo Kaczyńskim do niczego nie jest to potrzebne, a nawet mogłoby zaszkodzić. Zyski, jakie im to przyniesie, obliczymy po wyborach, to zaś, co na tym stracili, to szacunek, a właściwie “szacowność”. Jest to kategoria raczej socjologiczna niż etyczna, wyraźnie zabarwiona klasowo i odnosząca się do zespołu norm określających właściwe i przyzwoite zachowanie przypisane do określonej pozycji społecznej i służące podtrzymaniu społecznego ładu. Oczywiście to elity stoją na straży reguł “szacowności”. (Koalicję zniesmaczonych Kaczyńskimi mieliśmy okazję obserwować na konferencji zorganizowanej przez Kawaśniewskiego, Wałesę i Olechowskiego, na której prof. Zoll znalazł się obok Piskorskiego, a prof. Osiatyński obok Wachowskiego. To pospolite ruszenie inteligencji i nowych elit trudno jednak uznać za dowód szczególnej politycznej przenikliwości.) Natomiast Kaczyńscy wraz ze swoją formacją w rewolucyjny sposób owe reguły złamali. I to właśnie jest ten rów wykopany między elitami i braćmi K. Wśród dziesiątków powodów odrzucenia wizji politycznej PiS-u – od światopoglądowych po mniej lub bardziej wyraźnie uświadomioną obronę własnych interesów – ten też warto zauważyć. Elity po prostu nie lubią Kaczyńskich - i już! Przydeptane sznurowadła, reklamówka w rękach pierwszej damy, brak konta to już tylko kolejne dowody na utratę “właściwości honorowych”. A zapiekłość tej niechęci jest tym większa, im silniejsze poczucie, że Kaczyńscy zdradzili swoją klasę. Zachowując pewne wyróżniki bycia “żoliborskimi inteligentami”, przerzucili most na drugą stronę stratyfikacyjnej drabiny. Może wyciagnęli wnioski z porażki Unii Wolności, a może z sukcesów Andrzeja Leppera, w każdym razie obnażyli przy okazji siłę klasowych odruchów w polityce.
Jeśli nie pomyliłam się, to nadchodząca kampania wyborcza bez względu na strukturalizujące ją hasła, takie jak Polska solidarna i liberalna, kolejny raz okaże się wojną między dyktowaną przez elity “szacownością”, a dążeniami reszty do bycia szanowanym. U jej podłoża leżą całkiem realne społeczne podziały i bolączki, wciąż jednak nie widać szans na to, aby przełożyły się one na sensowne podziały polityczne.
Pełny tekst, którego skrócona przez redakcję wersja ukazała się w „Europie”, dodatku do „Dziennika” z 15-16 września 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 15.09.2007 )
|
|
|
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...