Biografia Krzywonos

krzywonos_okladka_145.jpg

KP22: prze-moc

okladka_kp22_145.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.

Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
Advertisement
Czas na literaturę niebezpieczną Drukuj
Redakcja KP   
25.10.2005
Wyczerpują się dotychczasowe środki wyrazu i podejmowana tematyka, czego dialektycznym symptomem jest szaleńczy pęd ku „pierwszeństwu”. Być może w ten sposób kończy się harmonijne współżycie literatury i władzy rynku-państwa-mediów, a zaczyna czas „literatury niebezpiecznej” - pisze Sławomir Sierakowski w „Gazecie Wyborczej” z 24 października.

W mijającym sezonie literatura została zdominowana przez „pierwsze powieści”. Po najpierwszej „pierwszej powieści”, czyli „pierwszej powieści dresiarskiej” Doroty Masłowskiej mieliśmy niedawno „pierwszą powieść antykonsumpcyjną” („Zwał” Shutego), „pierwszą powieść gejowską” („Lubiewo” Witkowskiego), „pierwszą powieść o AIDS” („Pozywtyni” Millera) oraz „pierwszą powieść lesbijską” („Mój świat jest kobietą” Okoniewskiej). Być może w najbliższym czasie przeczytamy „pierwszą powieść ekologiczną” albo „pierwszą powieść alterglobalistyczną”. Taka (pod)tytulatura bierze się z wykształconego w nas przez późnokapitalistyczny rynek odruchu, aby każdy towar prezentować jako nowość lub przełom - metkować: „tego jeszcze nie było!”. Promowane w ten sposób książki wytracają swój poznawczy i emancypacyjny potencjał. Zamiast otwierać nas, budują granice, bowiem inność przekształcają w egzotykę pokazywaną nam raczej po to, aby oderwać nas od nudy tego, co już znamy, a nie po to, abyśmy się zmienili.
Przy tym przed autorami „pierwszych powieści” pojawiają się oczywiste trudności, gdy przychodzi im wydać kolejną książkę. Wspaniale obroniła się Dorota Masłowska, ale zważywszy na przestępny cykl jej pisania, nie należy się spodziewać w najbliższym czasie kolejnej książki. Klasę udało się potwierdzić Mariuszowi Sieniewiczowi („Żydówkom nie podajemy”), nie udało się natomiast Wojciechowi Kuczokowi („Widmokrąg”). Zobaczymy, co pokażą Sławomir Shuty i Michał Witkowski, dezerterzy z dezerterskiego wydawnictwa Korporacja Ha!art. Zresztą to właśnie ono, a nie konkretny pisarz może okazać się gwiazdą nadchodzącego sezonu, zważywszy na to, że redaktorom Ha!artu udała się rzecz niebywała. Na podzielonym i bardzo konkurencyjnym rynku stworzyli zupełnie z niczego szybko rozwijające się wydawnictwo, ambitne, odważne i systematycznie wydające książki.
Być może już niedługo runie mit wolnej od zaangażowania literatury i powtórzy się znany z międzywojnia cykl, gdy pisarze i poeci najpierw wołali: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę, zobaczę”, by po niedługim czasie podjąć się ostrej krytyki gospodarczego i politycznego porządku. Coraz bardziej chwieje się przyjęte na początku lat 90. przekonanie, że w nowej demokracji pisarze mogą oddać w całości reprezentowanie społeczeństwa politykom.
Nie ma jednak sensu oczekiwanie na nową „Lalkę” albo „Przedwiośnie”. W „epoce symulacji” władza tkwi w języku narzucanym nam przez media i biznes, odpowiedzią może więc być tylko literatura języka, a nie fabuły. A podążanie w tym kierunku widać już w polskiej prozie wyraźnie. To dlatego nie powieść o korporacji Bieńkowskiego („Nic”), ale „Paw królowej” i „Zwał” okazały się najbardziej poruszające dla czytelnika.
Ciekawe, co pokażą pisarze, którzy narodzili się z prawicowych publicystów i aktywistów (Horubała, Michalski, Wildstein, także Ziemkiewicz), gdy jedni i drudzy stracili grunt pod nogami. Dziś go odzyskali – czy schowają więc pióra, zamienią się w apologetów nowej władzy, czy jej moralnych krytyków? Może się okazać, że problemy z tożsamością Polaków, na które wskazywali prawicowi prozaicy, biorą się nie z niewłaściwych ludzi za sterami rządów i zamkniętych archiwów, ale z bardziej obiektywnych procesów społecznych.
Wydaje się, że mija czas literatury zwróconej wstecz. Podstawową pracę nad pamięcią zbiorową narodu – otwieraniem jej na nieobecne dotąd obrazy (Chwin, Tokarczuk, Bolecka, Huelle, Odojewski) – mamy już za sobą.
Wyczerpują się więc dotychczasowe środki wyrazu i podejmowana tematyka, czego dialektycznym symptomem jest szaleńczy pęd ku „pierwszeństwu”. Być może w ten sposób kończy się harmonijne współżycie literatury i władzy rynku-państwa-mediów, a zaczyna czas „literatury niebezpiecznej”.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 24 października 2005.

Komentarze
klaxon1  - niestety to są brednie   |27.10.2005 06:40:06
Bardzo mi przykro !
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 25.10.2005 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »