|
Wojciechowi Orlińskiemu wydaje się niestosowne
rozmawiać o prokreacji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie
to, że jednocześnie ogłasza, że nierozmawianie o prokreacji jest
lewicowe. Można go zrozumieć, gdyż wydaje mu się tak w afekcie
(na cykl Tomasza Kwaśniewskiego „Po co dzieci”). Co go jednak nie usprawiedliwia, gdyż paskudnie się myli.
„Lewicowy dyskurs na temat rodziny
i prokreacji to dyskurs odwołujący się do miłości” -
pisze odważnie
Orliński, udowadniając jednocześnie, że obok lewicowego dyskursu
dawno chyba nawet nie stał. Żyjemy w smutnych czasach, gdy
właściwie każdy dyskurs odwołuje się do miłości, więc
robienie z tego wyróżnika lewicowości jest co najmniej szkodliwą
pomyłką. Konserwatywny dyskurs odwołuje się do miłości chyba
nawet częściej niż jakikolwiek inny. Czy jakieś inne słowo
powtarza się równie często w kościołach? Czy fakt, że Jan Paweł
II często powtarzał „miłujcie się”, czyni go lewicowcem?
Czy neoliberalna polityka miłości PO czyni z tej partii lewacką
bojówkę? Jakoś tego nie widzę.
Dlatego słusznie Orliński stwierdza,
że dyskurs opierający się na miłości nie nadaje się na medialną
debatę. Trudno debatować, gdy wszyscy się zgadzają, że miłość
jest najważniejsza. Nie rozumiem tylko, czemu Orliński to popiera.
Chodzi o to, żeby nie debatować? To dlaczego jednocześnie sam to
robi? Tym bardziej że jego teza jest dość karkołomna. Twierdzi,
że nie należy dyskutować o polityce rodzinnej i prokreacyjnej,
gdyż jest to prywatna sprawa poszczególnych ludzi. To bardzo
piękne, że autor kocha swoje dzieci tak bardzo, że chce je
ochronić przed byciem pionkami w debacie, ale już mniej ładne, gdy
sugeruje, że Konstanty Radziwiłł czy Rafał Porzezinski kochają
swoje dzieci mniej niż on, bo chcą, żeby ich istnienie zostało
odnotowane nie tylko na fotkach ojca, ale również w dyskursie
publicznym.
W gruncie rzeczy Orliński mówi to samo, co
Margaret Thatcher: „Społeczeństwo? Nie ma czegoś takiego. Są
tylko indywidualni mężczyźni i kobiety, są też rodziny”. Co
to ma wspólnego z lewicowością, doprawdy nie wiem. Choć
niewątpliwie świadczy to o poziomie debaty w Polsce. Można negować
istnienie wspólnoty, jednocześnie uważając to za lewicowe.
Oczywiście nikt nie każe się
Orlińskiemu spowiadać, ile ma dzieci, z kim i dlaczego. Nie ma też
żadnego powodu, żeby nie czuł obrzydzenia do prawicowych buhajów, ogłaszających na lewo i prawo, że nie używają
prezerwatyw. Co nie zmienia faktu, że o dzieciach trzeba rozmawiać. Choć
rozmawiać to znacznie za mało. Co piąte dziecko w Polsce żyje w
ubóstwie. Liczba zasiłków wypłacanych najuboższym rodzinom
systematycznie spada. Próg uprawniający do otrzymania zasiłków
wynosi żałosne 504 złotych i ma być zrewaloryzowany o szalone 10
złotych. Z kolei same zasiłki to kwota od 68 do 98 pln. To sześć
razy mniejszy niż średnia w krajach Unii Europejskiej. I w ogóle
nie wiem, co można sobie za to kupić, żeby starczyło na miesiąc.
Może mleko w proszku w Biedronce. Ale nie rozmawiajmy o dzieciach.
Bo po co? Przecież Orliński kocha swoje dzieci. To nam nie powinno
wystarczyć.
Prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie
zupełnie, kogo kocha Orliński. Jak dla mnie może nie kochać
nikogo. Ale jeśli chce się wypowiadać na temat lewicowego
dyskursu, to byłoby miło, gdyby sobie zdawał sprawę, że opiera
się on raczej na zasadach równości i sprawiedliwości społecznej,
a nie jakiejś tam miłości, która nie wiadomo za bardzo, co
właściwie miałaby znaczyć.
Myślenie o dzieciach, bo „przyszłość
kraju” ma sens. Choć ani nie jestem fanem tego kraju, ani żadnych
dzieci płodzić nie zamierzam. A jednak żyjemy w pewnej politycznej
wspólnocie i w interesie nas wszystkich jest, żeby dzieci mogły
się w tej wspólnocie wychowywać w godnych warunkach. Dlatego
oczywiście znacznie bardziej podobałby mi się cykl „Dlaczego
Polacy nie chcą mieć dzieci?”. Choć odpowiedź jest skądinąd
oczywista.
Zna
ją nawet gazeta „Metro”. W skrócie: bo
Polska to nie Szwecja. Lepszy jednak cykl „Po co dzieci”
niż zakopanie tematu pod dywan, co marzy się Orlińskiemu w jego
fantazji o „prywatnwj sprawie każdej pary”.
To nie jest prywatna sprawa. Choćby
dlatego, że już dziś powstają plany podnoszenia wieku
emerytalnego. A powodem tego ma być starzenie się społeczeństwa. Nie
uratują nas też emigranci, jak sugeruje Orliński w komentarzu pod
notką, bo ci zasilają raczej tanią siłę roboczą. Często
pracują na czarno i rzadko płacą jakiekolwiek składaki. Raczej więc też nie będą pracować na nasze emerytury. A sami też
kiedyś się zestarzeją, więc może się okazać, że ktoś
będzie musiał pracować na ich emerytury. Albo patrzeć jak umierają w ciemnych zaułkach. Otwarcie rynku pracy musi toczyć się razem z
walką o prawa pracownicze dla nowo przybyłych pracowników, którzy
o swoje prawa nie zawsze walczyć umieją i nie zawsze mają ochotę.
A czasami nawet nie wiedzą, że je mają. Uczyć, że posiada się
prawa, trzeba od dziecka.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...