|
Podobno ekonomista to osoba zajmująca się ekonomią. Może kiedyś tak było. Od tamtego czasu powstał jednak specjalny podgatunek ekonomisty, który wcale nie zajmuje się ekonomią, tylko wkurzaniem ludzi. Klinicznym przypadkiem tego gatunku jest doktor Wiktor Wojciechowski, i to nim się dzisiaj zajmiemy.
Doktor Wiktor - jako że nie interesuje go ekonomia, tylko wkurzanie ludzi - pracuje w Forum Obywatelskiego Rozwoju. Co ekonomista może wiedzieć o obywatelskim rozwoju? Trudno powiedzieć. W końcu ekonomia to nauka opisująca produkcję, dystrybucję oraz konsumpcję dóbr, a obywateli trudno uznać za dobro (podejrzewam nawet, że szczególna odmiana ekonomii uprawianej przed doktora Wiktora uważa ich za zło. Zło konieczne, ale jednak zło). Można zrozumieć, dlaczego ekonomiści zamiast zajmować się dystrybucją dóbr, zajęli się obywatelami, ale jednocześnie, skoro już to zrobili, powinni zauważyć - subtelną, bo subtelną, ale wciąż - różnicę między ludźmi a innego rodzaju dobrami, które można produkować i konsumować. Niestety, w ekonomii uprawianej przez doktora Wiktora tej różnicy nic widać. Oczywiście doktor Wiktor nie jest pierwszym - ani zapewne ostatnim - doktorem, który tej różnicy nie dostrzega. Pytanie jednak, czy na pewno właśnie z tego rodzaju doktorami chcemy mieć do czynienia? Czy rzeczywiście na nich chcemy liczyć, jeśli chodzi o wyzdrowienie? Nawet jeśli jest to tylko ozdrowienie gospodarki.
Po tym teoretycznym wstępie możemy przejść do bardziej szczegółowej analizy. Autorzy tekstu w „Gazecie Wyborczej” o bezrobociu młodych pt. Pokolenie wyżu: weźmiemy każdą pracę postanowili zacytować doktora Wiktora. Mają prawo to zrobić. Zadaniem niektórych dziennikarzy - podobnie jak ekonomistów - jest nie tylko dziennikarstwo, ale również wkurzanie ludzi, więc zapewne chętnie dobierają sobie do współpracy ekspertów, którzy również postawili sobie ten sam cel. Doktor Wiktor ogłasza, co następuje: „Wydajność młodych jest niższa niż koszty zatrudnienia”.
Doktor Wiktor ogłasza to w kraju, którego obywatele pracują najwięcej godzin w tygodniu w Europie. W kraju, w którym co trzecia pracująca osoba nie ma stałej umowy o pracę, więc koszty jej zatrudnienia są minimalne. W kraju, w którym według raportu PricewaterhouseCoopers „z każdej złotówki zainwestowanej w pracownika jego szef odzyskuje przeciętnie 1,56 zł” (z krajów europejskich pracodawcy na pracownikach zarabiają więcej tylko w Rosji; średnia w Unii to 1,17 zł). Tak więc doktorze Wiktorze - to ma być diagnoza choroby? A w ogóle widział pan pacjenta na oczy, czy przeczytał to pan w jakiejś książce?
Być może dla doktora Wiktora żaden człowiek nie jest wystarczająco wydajny. Na pewno nie jest tak wydajny jak nowy lexus albo sauna z koloroterapią. Być może ojcowie polskiego kapitalizmu po tylu latach nadmiernie wyczerpującej pracy nie mają już ochoty męczyć się z kolejnymi pracownikami i zamiast tego wolą się zrelaksować. Ale czy na pewno ma to coś wspólnego z wydajnością pracowników i kosztami pracy? Wysokie koszty pracy to ulubiona mantra ideologów neoliberalizmu, ale żadna diagnoza. To nawet nie jest prawda. Dane są bezlitosne: niewiele spośród krajów OECD ma niższy klin podatkowy niż Polska. Polska ma też jeden z najniższych klinów podatkowych w całej Unii Europejskiej i najniższy klin podatkowy spośród państw Europy Środkowo-Wschodniej [1].
Może w sytuacji, gdy pensje są tak małe, a zyski firm tak duże, pracodawcom po prostu nie opłaca się zatrudniać więcej osób. Bo po co się męczyć? Ile można akumulować kapitał, skoro może się on w ciągu milisekundy rozpłynąć na jakiejś giełdzie? Może potrzebujemy nie niskich kosztów pracy, ale regulacji i stabilizacji rynków finansowych? Jeśli neoliberałowie tak bardzo chcą bronić swojego ukochanego kapitalizmu, to może niech najpierw stworzą kapitalizm zapewniający podstawowe bezpieczeństwo działającym na nim podmiotom. Ale może wcale im na tym nie zależy? Może odkryli, że jedyne dobro, jakim dysponują, to niedziałający model czegoś, czego nie ma? A przecież jakoś muszą to dobro dystrybuować, żeby mieć z czego żyć. Wkurzanie ludzie było zawsze dobrą strategią marketingową. W czasach kryzysu sprzedaje się jeszcze lepiej niż zazwyczaj.
[1] Patrz: Dorota Szelewa, Michał Polakowski, Podatki a polityka społeczna, w: Podatki. Przewodnik Krytyki Politycznej, w druku.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...