|
W 2008 rząd Tuvalu wystąpił do Australii i Nowej Zelandii o azyl dla wszystkich swoich obywateli. Tuvalu to malowniczy archipelag na Oceanie Spokojnym zasiedlony w piątym wieku naszej ery. Jednak rządzący nim zdają sobie sprawę, że już niedługo może nie być tam warunków do życia i lepiej się na taką okoliczność przygotować. Niestety nie wszystkie kraje są w tak luksusowym położeniu, że mogą się po prostu gdzieś wynieść, uciekając przed nieuniknionymi zmianami klimatycznymi. Gdzie na przykład miałaby się przenieść Polska? Co prawda popieram pomysł, aby wypowiedzieć wojnę Czechom i się im poddać. Można jednak żywić uzasadnione wątpliwości, czy Czesi również poszliby na taki układ. Podejrzewam nawet, że mogliby odrzucić tę jakże przecież zaszczytną propozycję. Wygląda na to, że musimy radzić sobie sami. Problem polega na tym, że nawet nieszczególnie próbujemy, więc trudno się wyzbyć tytułowego przekonania.
Po lekturze Wojen klimatycznych Haralda Welzera nie mam już wątpliwości co do tego, co przeczuwałem już od jakiegoś czasu. Wojna będzie. Zresztą już jest, jak słusznie zauważył kolega, gdy podzieliłem się tą informacją na fejsbuku. Rzeczywiście toczymy wojny (tzn. operacje stabilizacyjne chciałem powiedzieć) w kilku miejscach i wiele wskazuje, że nie będzie po nich, co zbierać, ani tym bardziej co sadzić. Więc w tym sensie są to również wojny klimatyczne. Nasze bomby zmieniają nieodwracalnie stan gleby w Afganistanie, ale przecież nie będziemy się tym przejmować. Zmiany klimatu to przecież mit, spisek, a w najlepszym razie naturalna kolej rzeczy. Jak się dowiedziałem po raz kolejny, gdy wrzuciłem na fan pejdża Krytyki film zrobiony przez Greenpeace reklamowany hasłem: „Trudno to zrozumieć, ale są jeszcze tacy, którzy nie wierzą, że zmiany klimatu to największe wyzwanie, z którym przyszło się zmierzyć nam i następnym pokoleniom.”
Po lekturze Wojen klimatycznych zrozumieć to bardzo łatwo. Napisana przez psychologa społecznego oraz autora książki „Sprawcy. Dlaczego zwykli ludzie dokonują masowych mordów” w przystępny sposób wyjaśnia, dlaczego członkowie cywilizacji odpowiedzialnej za globalne ocieplenie nie mają ochoty utożsamiać się z efektami jej działalności. Ale wcale nie mamy ochoty.Nie obchodzi nas, że jacyś tam naukowcy coś tam udowodnili. W końcu udowadniają różne rzeczy. Jeszcze zupełnie niedawno byli przekonani, że słońce kręci się dookoła ziemi i mieli na to dobre dowody. Nieważne, że większość krajów świata zdecydowała się podpisać protokół z Kioto (mniejsza już od przestrzeganie go). Państwa też nie zawsze mają racje. A raczej mają swoje racje, które nie zawsze muszą być słuszne i prawdziwie. Vide: kapitalizm.
Nie tylko są tacy, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie, ale w naszym kraju jest ich chyba nawet większość. Najwyraźniej większość polskiej populacji czepie swoją wiedzę na temat zmian klimatu z filmików na youtubie. Kiedy wpiszemy w youtubową wyszukiwarkę „globalne ocieplenie”, rzeczywiście dowiemy się, że to ściema i spisek. Ponieważ argumenty z autorytetu i badań naukowych okazują się w tym przypadku zawodne, spróbujmy zdrowego rozsądku.
Mamy np. argument, że nie ma żadnego globalnego ocieplenia wywołanego przez człowieka, a jedynie naturalne zmiany klimatu. Cóż. Nawet jeśli zmiany, które obserwujemy, byłyby naturalne, to i tak byłoby się czym martwić. Ale zanim zaczniemy się martwić, rozważmy. Roczny poziom emisji CO2 na głowę mieszkańca Polski wynosił w 2003 niecałe osiem ton. Przypomnijmy sobie stary dowcip. Co jest cięższe: kilo pierza czy kilo stali? I dodajmy do niego nowy wariant. Co jest cięższe: osiem ton pierza, osiem ton stali czy osiem ton dwutlenku węgla? A teraz wyobraźmy sobie, że do atmosfery, zamiast dwutlenku węgla, każdy z nas wysyła osiem ton pierza albo puszek po Coca-Coli. Czy nadal bylibyśmy tacy pewni, że nie ma to prawa w żaden sposób wpłynąć na klimat? Tym bardziej, że nie jesteśmy jednymi osobami, które te osiem ton rocznie do atmosfery wydalają. Tylko w Polsce jest nas prawie czterdzieści milionów. A przecież Polska to niejedyny kraj na świecie. W takim Kuwejcie bywa to 30 ton na głowę, a w Kanadzie 17. Więc pociecha, że w Afganistanie, czy Kongo poziom ten jest zbliżony do zera, nie powinien nam dawać zbyt wiele nadziei. W końcu po co wprowadzamy w Afganistanie demokrację, jeśli nie po to, żeby mogli produkować i wpuszczać do atmosfery tyle samo ton dwutlenku węgla, co my?
Argument drugi „Ekoterroryści mają niezłą kasę z wciskania ludziom kitów”. To oczywiście bardzo ciekawa teoria. Jak powszechnie wiadomo terroryści to głównie sama elita bogaczy, a ekoterroryści, to elita tej elity. Dlatego mieszkają w szałasach i żywią się tym, co sami wyprodukują. Bo od hajsu im się w głowach poprzewracało. Ale załóżmy przez chwilę, że autorowi chodziło nie o ekologów, tylko o państwa, w których trzeba płacić kary, jeśli przekroczyło się wyznaczone limity. Jeśli autor nazywa ekoterrorystami wysoko rozwinięte państwa (bo tylko tam udaje się kary ściągać), to trudno się z nim nie zgodzić. Skarby państw wysokorozwiniętych bywają zasobne. Zapewne spora część tej kasy pochodzi ze wciskania ludziom kitów w rodzaju, że należy płacić podatki, albo kary, jeśli truje się wspólne środowisko. Na szczęście są jeszcze niezależnie myślące jednostki, które wiedzą, że to kit i mogą sobie truć, co chcą i kogo chcą. Bo na tym polega ich wolność.
Należałoby też się zastanowić, kto zarabia na produkcji CO2? Oczywiście my wszyscy, bo dzięki temu mamy tańsze majtki. Fakt, że dzięki temu kilkaset milionów ludzi za jakiś czas w różnych krajach nie będzie miało dostępu do wody pitnej, nie musi nas już martwić. W końcu już teraz sporo z nich tego dostępu nie ma, a przecież jakoś sobie radzą. Np. umierają. To słuszne rozwiązanie i mądre. Gorzej, gdy nie chcą umierać, ale za to przyjdzie im do głowy, że są przecież jeszcze miejsca, gdzie jest dużo wody i innych fajnych rzeczy. Np. Europa. Chińczycy z pewnością dostarczą im tanie meczety, nie przejmując się nadmierną emisją gazów cieplarnianych.
Ten sam autor domaga się aresztowania oceanów i wulkanów. Jak wiadomo to właśnie oceany i wulkany tak się okropnie w ostatnich stu latach rozpleniły po świecie, że produkują tak strasznie dużo gazów cieplarnianych. Na szczęście ludzie nie mają z tym nic wspólnego. W końcu nie można zabronić rozmnażania się wulkanom i oceanom. Na szczęście ludzie nie są wulkanami i mogą kierować swoim zachowaniem. Taką przynajmniej mam nadzieję. Choć czasami zupełnie mi jej brak. Wojna będzie.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...