|
Jako niedoszły recydywista żywo interesuję się stanem polskiego więziennictwa. W końcu fakt, że recydywistą nie udało mi się zostać, zawdzięczam głównie powolnemu działaniu polskiego sądownictwa, co pozwoliło mi zatrzeć jeden wyrok, zanim drugi został wydany, a nie żadnym moim zaletom osobistym. Ale przecież nie jest wykluczone, że kolejne przestępstwo uda mi się popełnić szybciej i nie zdążę wykasować z rejestru poprzedniego i w końcu tym recydywistą zostanę. Z przestępstwami tak to już jest. Popełnisz jedno, masz ochotę na następne. A nawet jak nie masz ochoty, to może ci się zawsze zdarzyć. Ostatecznie kto by się na tym wyznawał, co jest legalne, a co nie. Człowiek robi rzeczy, które uważa za słuszne. A potem okazuje się, że wcale takie nie były, przynajmniej w świetle polskiego prawa, które wszak nie należy do najłagodniejszych.
Polska jeszcze niedawno zajmowała pierwsze miejsce pod względem liczby odsiadujących wyrok. A było ich wtedy ponad 90 tysięcy. Według najnowszego raportu NIK obecnie jest ich trochę mniej, bo niewiele ponad 84 tysiące. Choć jeśli dodać do tej liczby skazanych oczekujących na osadzenie, czyli kolejne 35 tysięcy, robi się mniej ciekawie. Wtedy okazuje się, że mamy nie tylko najwięcej więźniów w Europie, ale też największą liczbę więźniów w stosunku do liczby mieszkańców. Szczęśliwie ponad jedna czwarta z nich może cieszyć się wolnością, bo w więzieniach nie ma dla nich miejsca. Zresztą dla tych, którzy już do nich trafili, też nie zawsze miejsce się znajduje. Ponad tysiąc uwięzionych nie dysponuje ustawowymi trzema metrami kwadratowymi na głowę. A przecież trzy metry to wcale nie tak dużo. W Trybunale w Strasburgu w zeszłym roku czekało około 160 wniosków przeciwko Polsce o naruszenie art. 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności dotyczących przeludnienia w więzieniach. Kilka z nich już rozpatrzono pozytywnie. Ale przyznane osadzonym kwoty w wysokości 3 tysięcy euro raczej nie skłonią Polski do zmiany polityki. Taniej jest zapłacić nawet wszystkim więźniom, którzy nie mają swoich trzech metrów, niż budować kolejne placówki. Pytanie zresztą, czy budowanie kolejnych placówek jest jedyną możliwością. Z pewnością nie.
Wie to nawet Ministerstwo Sprawiedliwości, w związku z czym został stworzony program umożliwiający odbywanie skazanym kary w areszcie domowym pod strażą elektronicznej aparatury. Program na razie może objąć 500 osób, bo na tyle przygotowana jest aparatura. Tymczasem korzysta z niego 36 osób, co NIK ocenia pozytywnie. Ale mi trudno być już tak optymistycznym. 36 osób na 500 trudno uznać za zadowalającą liczbę, nawet jak na wczesną fazę programu. Nawet jeśli uwierzyć, że spośród 512 złożonych wniosków tylko tyle kwalifikowało się do programu, to wciąż dziwi tak niewielka liczba chętnych. NIK w raporcie stwierdza, że zobowiązała kuratorów sądowych do informowania o możliwości odbycia kary w systemie dozoru elektronicznego. To miłe. Ale skąd mieliby się o tym dowiedzieć, jesli nie od sądu? Może powinni sami na to wpaść?
Wiara w to, że więzień sobie poradzi i będzie wiedział, co robić, jest bardzo optymistyczna. Jednocześnie można podejrzewać, że gdyby sam umiał sobie poradzić, to nie wylądowałby tam, gdzie wylądował. Choć może też być oczywiście dokładnie przeciwnie. W więzieniach wylądować może też ktoś, kto zbyt dobrze umiał sobie radzić. Jakakolwiek by było, rozbrajająca jest szczerość, z jaką rzeczniczka Dyrektora Centralnego Zarządu Służby Więziennej wyjaśnia, że „dziewięćdziesiąt procent z oczekujących i tak się nie zgłasza do zakładów karnych w celu odbycia kar”. Więc przyjmowani się tylko ci, których dowiezie policja albo jednak zdecydują się przyjść. Na szczęście większość się nie decyduje, więc przeludnienie dotyczy tylko tysiąca, a nie trzydziestu pięciu tysięcy. Nie zmienia to jednak podstawowego pytania: po co zamykać ludzi, skoro nie ma gdzie ich zamknąć? I czy nie jest to dość rozprężające? Jak można traktować poważnie wymiar sprawiedliwości, który skazuje nas to, że pójdziemy do więzienia, jeśli sami się do niego zgłosimy i przypadkiem znajdzie się dla nas miejsce? Jeśli już trzeba stosować kary - a być może czasami trzeba, bo zapewne poza tysiącami pijanych rowerzystów i półgramowych dilerów marihuany, zdarzają się również prawdziwi przestępcy - to może wybierac takie, które mozna realnie wyegzekwować? Jako przyszły recydywista wolałbym na przykład roboty publiczne i obiecuję, że się nie będę uchylał.
Na podobny temat
|
Drogi Cezary, chyba nikt cie nie czyt...
W ostatnich dniach minister Zdrojewsk...