|
„Celem, dla którego został powołany Azyl, jest danie schronienia przed codziennością, i w granicach naszych możliwości, próba przyniesienia ulgi w cierpieniu związanym z egzystencją” - deklarują twórcy Azylu Fryderyk. Trudno im wierzyć, ale łatwo się przekonać, jak to sobie wyobrażają. Wystarczy zarezerwować darmowy pobyt. Po chwili wahania, jak bardzo im nie wierzę, postanawiam sprawdzić. Ostatecznie nic mnie nie to nie kosztuje.
Ale czy rzeczywiście nic? Azyl Fryderyka jest akcją przygotowaną, jak się łatwo domyślić, w ramach obchodów roku Chopina. Więc mógłbym zakrzyknąć, że to przecież z moich podatków. Z moich, jak z moich, co prawda. Za mało zarabiam, żeby ich dużo płacić. Ale mimo wszystko. Nie da się tak zupełnie podatków nie płacić. Więc jednak z moich. Przynajmniej tyle, że to nie koncert Chopina, na który i tak bym nie poszedł. Zresztą na pewno na wiele innych głupich rzeczy pieniądze w ramach tych obchodów zmarnowano, więc może należy się cieszyć, że jest przynajmniej coś, co mnie zainteresowało. I to coś obiecującego przynieść mi ulgę, w mojej okrutnej, cierpiętniczej egzystencji.
Zapisałem się na 22.30 w czwartek, bo generalnie jestem zajęty i nie miałem czasu wcześniej zajmować się przynoszeniem sobie ulgi, bo musiałem robić inne rzeczy. Jednak o wyznaczonej godzinie stawiłem się na miejscu i po chwili oczekiwania zostałem wpuszczony na górę, gdzie czekała na mnie całkiem uroczo zaaranżowana, sanatoryjna przestrzeń. Dostałem sweter, ciepłe skarpetki i własne łóżko. Mogłem się wylegiwać. Co też poczyniłem. Ale wcześniej dostałem kartkę z 12 możliwymi do wyboru aktywnościami, w których mogłem uczestniczyć. Można było wybrać dowolną ilość, choć organizatorzy zastrzegali: „Odwiedzający nie ma gwarancji, że weźmie udział w każdej wybranej aktywności”. Wybrałem lekką ręką sześć. Nie ma gwarancji, więc lepiej wybrać więcej. A jak się nie załapię na wszystko, to trudno.
Aktywności były całkiem interesujące. Poza szerokim spektrum masaży, można było zobaczyć zachód słońca nad Majorką, pójść na spacer po parku zbudowanym we wnętrzu Azylu, napisać list do kogo się zechce, śpiewać razem w ciemności czy wziąć udział w czynności nazwanej „anonimowy komfort” polegającej na trzymaniu w zacisznym miejscu za rękę kogoś, kogo nigdy nie trzeba będzie zobaczyć. Bardzo to wszystko fajne. W swym cierpiętniczym życiu bardzo chętnie dałbym się wymasować albo przynajmniej niezobowiązująco potrzymałbym kogoś za rękę.
Gdy się zostało zapisanym, należało czekać, aż się zostanie wywołanym. Poległem więc na łóżku i czekałem. Ale ile można leżeć? Tym bardziej w obecności innych ludzi. Po chwili ruszyłem w poszukiwaniu innych atrakcji, skoro na aktywności nikt mnie na razie nie zapraszał. Znalazłem puzzle i zacząłem jej układać. Całe lata nie układałem puzzli, więc było to nawet zabawne. Jak wszystkie zresztą czynności, które każą się na sobie skupić i pozwalają w jakimś stopniu zapomnieć o innych rzeczach. Jednak ten stopień nie jest znowu tak duży w sytuacji, gdy dookoła jest masa ludzi, a problemy też ma się takie, że żadne puzzle ich nie rozwiążą. Układałem, więc puzzle, ale głównie czekałem. W końcu zostałem wywołany. Przewodnik zaprowadził mnie oraz jeszcze inną osobę na korytarz gdzieś wyżej i kazał nam usiąść. Po chwili czekania ktoś podszedł, mówiąc, że musiała nastąpić pomyłka, bo aktywność, na którą czekamy jest już na dziś zakończona i nie powinno nas tu być. Więc wracamy. I znowu czekamy.
W międzyczasie podano zupę i kanapki. Zupa bez mięsa, więc spoko. Choć trochę nie było wiadomo, czy to jarzynowa, czy kapuśniak. Ale wszystko jedno. Kanapki z serem zawsze są spoko. Do układania puzzli przyłączyły się dziewczyny z kulturoznawstwa, szybko doszlusowali do nich ich chłopcy. Zaczęli gadać o szkole. Średnio mnie to interesowało. Ale spoko. Układam puzzle. Jestem zen. Jednak, gdy zaczęła się rozmowa, gdzie lepiej jechać na narty, do Austrii, czy na Słowację, to już zacząłem się wnerwiać. Nie tylko dlatego, że nie pojadę nigdzie na narty, choć nie pojadę. Ale też dlatego, że wkurza mnie jeżdżenia na narty, a jeszcze bardziej rozmawianie o jeżdżeniu na narty. Które zresztą przeważnie kończy się tym, że się siedzi pod stokiem i rozmawia o tym, jak to się pojechało na narty. Obrzydliwe. Potem okazało się, że jest bal maskowy, więc wszyscy muszą założyć maski i ruszyć w tan. Nie lubię masek i nie miałem pary, więc w tan nie ruszyłem. Tylko się przyglądałem. Po balu jeszcze chwilę leżałem na łóżku, czekając. W międzyczasie ktoś sprzątnął puzzle, na co pozwoliłem, bo wiedziałem, że już ich nie ułożę. Kazano wyłączyć komórki, więc nie wiedziałem, która jest godzina, ale nie minęła zbyt długa chwila, gdy na środek sali wyszedł jeden z organizatorów i powiedział, że to już koniec aktywności na dziś. Ci, którzy chcą, mogą zostać. Reszta proszona jest o powiadomieniu obsługi o chęci opuszczenia Azylu. Moja chęć, która wzbierała już od jakiegoś czasu, teraz skrystalizowała się w prostym: „spierdalać stąd”. Co też uczyniłem.
A gdy wyszedłem, nie mogłem sobie przestać zadawać pytania. Więc to tak? To już wszystko? To ta cała ulga? Układanie puzzli i słuchanie rozmów o wyjazdach na narty? To miało zmniejszyć moje cierpienie? Nie zmniejszyło. Moje cierpienie było jeszcze większe. Ponad trzy godziny oczekiwania na coś, co się nie wydarzyło, nie mogło mi ulżyć. Wręcz przeciwnie. Byłem wkurwiony, bo znam lepsze sposoby, żeby sobie ulżyć. Więcej korzyści bym wyniósł, gdybym napił się piwa. To prosty, tani i niezawodny relaks. Nie poszedłem jednak na piwo. Dałem się skusić obietnicy artystów. Ale nie mogłem zrozumieć, po co mnie kusili? Czy nie rozumieją, że nie należy tak igrać z uczuciami cierpiących? Czy nie wiedzą, że obiecywanie ulgi, aby potem przynieść rozczarowanie, jest jeszcze gorsze, niż samo codzienne cierpienie? Co wam zrobiłem, że postanowiliście mnie użyć i wykorzystać? Czy ta dotacja z Ministerstwa była aż tak duża, żeby się wyżywać na bogu ducha winnych ludziach? Czy zrobiłem wam coś złego?
Oczywiście dramatyzuje. Niektórzy załapali się na jakieś aktywności. Po prostu miałem pecha. Poza tym, jak wiadomo, nie ma nic za darmo. Jak chcę masaż, to muszę sobie za niego zapłacić. Jak chcę potrzymać kogoś za rękę, to muszę go najpierw poderwać. Nie ma nic za darmo. Ale to przecież za moje podatki. Czy są one aż tak małe, że mogę dostać jedynie ciepłe skarpetki i zupę? Osobiście wierzę, że w socjalizmie należy się każdemu odrobina luksusu. Ale nie żyjemy w socjalizmie. W kapitalizmie należy się człowiekowi tylko obietnica luksusu, którego nie zazna. Może na tym polega trudne przesłanie kapitalistycznej sztuki.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...