|
W chwili, gdy piszę to słowa słucham Wyclefa Jeana i zastanawiam się, czy byłby dobrym prezydentem dla Haiti. Sądząc po jego utworach, niespecjalnie. O ile jeszcze jestem w stanie strawić Fugees, to jego kariera solowa nosi wiele znamion odcinana kuponów od kapitału symbolicznego, jaki udało mu się wcześniej zgromadzić. Liczne kooperacje z innymi sławnymi artystami i covery mniej lub bardziej znanych szlagierów nie pozwalają mi żywić do niego zbyt wiele sympatii. Na tym opiera się najgorszy rodzaj popkultury. Zaśpiewajmy piosenki, które wszyscy znają. Jednocześnie, przy pewnej pozycji, trudno tego nie robić. Kto gotów byłby sobie odpuścić miliony dolarów, jakie można zgarnąć nagrywając nową wersję Guantanamery? I cóż z tego, że to narodowa pieśń Kuby, a nie Haiti? Globalizacja wszystko wybaczy. Nawet nagranie utworu z Tatianą Okupnik.
Trudno mu jednak nie przyznać pewnej konsekwencji. Lata temu nagrał utwór If i was a president , w którym śpiewał: „I’d get elected on Friday, assasinated on Saturday, and buried on Sunday”. Wiele wskazuje, że piosenka może się okazać prorocza. Chaos, jaki ciągle jest udziałem Haiti, skłania do dokonywania chaotycznych wyborów, jakim niewątpliwie byłoby wybranie rapera na prezydenta. O pierwszych groźbach karalnych pod adresem kandydata donoszą właśnie media. Tylko, co do szybkości pogrzebu, można mieć wątpliwości. Wspomniana piosenka, mimo pesymistycznego refrenu, ma o wiele bardziej optymistyczne zwrotki. Wyclef Jean zamiast na wojnę, chciałby przeznaczyć pieniądze na biednych. Kluczowe jest jednak pytanie: Jakie pieniądze? Oblicza się, że odbudowa Haiti kosztować może około 14 miliardów dolarów. Tymczasem podczas konferencji ONZ obiecano Haiti 5. Ciągle kilku brakuje. Nawet na wojsko, któremu można by fundusze odebrać. Niestety Haiti nie ma komu odbierać. Choć, czy rzeczywiście? Kiedy się zastanowić, przychodzi do głowy takie jedno miejsce. Zapewne państwu musieli o nim słyszeć. Bo to bardzo popularne miejsce. Nazywa się Francja.
Przez ponad sto dwadzieścia lat Haiti spłacało Francji „dług”. Dług w bardzo specyficznym pojęciu tego słowa. Być może precyzyjniejsze byłoby słowo haracz. Haiti wybiwszy się na niepodległość przejęło w ten sposób majątki należące do francuskich kolonizatorów. Cóż z tego, że na majątki te pracowali miejscowi niewolnicy? Święte jest prawo własności, a nie prawo pracy. Haiti w zamian za uznanie niepodległości zgodziło się płacić słone kontrybucje i robiło to do aż 1947 roku. Jednak łatwo zrozumieć tych, którzy uważają, że teraz to Francja, dla odmiany, powinna spłacić dług. Tak bardzo łatwo to zrozumieć, że internetowy żart, jakoby miał powstać rządowy komitet ds. zwrotu odszkodowania wymuszonego od Haiti, został zdementowany przez rzecznika prasowego francuskiego rządu. Zagrożono, że dowcipnisie zostaną pojmani i ukarani. Co tak bardzo zdenerwowało francuski rząd, że postanowił zająć się ściganiem internetowych kawalarzy? To też łatwo pojąć. Nikt nie lubi, gdy mu się przypomina, że jest podłym wyzyskiwaczem. Zasadniczo wszyscy wolą robić raczej dobre wrażenie.
Robienie dobrego wrażenia w przypadku trzęsień ziemi polega na tym, że się obiecuje pieniądze. Prezydent Francji na przykład obiecał już 326 milionów euro. Z tego 56 mln w postaci anulowania długów. Anulowanie długów jest być może najłatwiejszym sposobem dawania pieniędzy. Bo tak czy siak się tych pieniędzy nie ma. Mimo wszystko jest jednak ciekawe, że po 122 latach spłacania „długów” Haiti ciągle ma wobec Francji, co? Długi. A może właśnie nie ciekawe. Może okrutnie oczywiste. Gdy przez wiele lata poświęcało się nawet do 80% budżetu na spłatę „długu” być może jedyne, co można mieć, to długi. Teraz jednak Haiti długu już nie ma. Przynajmniej wg obietnic Sarkozy’ego. Obiecywać, że się coś da jest łatwiej, niż to zrobić. Dlatego Francja mogła obiecać 326 milionów, a na razie dała 36. 36 milionów anulowanego długu? Tymczasem ponad setka intelektualistów podpisała się pod apelem, żeby zwrócono Haiti tzw. „dług niepodległości” w wysokości obliczonej na 17 miliardów dolarów. To powinno wystarczyć na odbudowę zniszczonego katastrofą kraju. Żądanie wydaje się astronomiczne, ale przecież nie jest niemożliwe. Przez 122 lata na pewno by się Francji udało. A może nawet szybciej zważywszy, że PKB Francji w 2008 wynosiło 2978 miliardów dolarów. Tymczasem jednak należałoby apelować od początku. Niech najpierw Francja zapłaci to, co obiecała. Potem może zacząć płacić to, co powinna.
Fajnie jest mówić, co Francja powinna. Ale, prawdę mówiąc, to nie ja o tym decyduję. Sytuacja wygląda jak wygląda. Nie istnieje instancja, która mogłaby Francję pociągnąć do odpowiedzialności. Nie istnieje nawet taka, która mogłaby zmusić ją do zapłacenie tego, co obiecała. W 2004 po tsunami w Azji Francja obiecała pomoc w wysokości 79 milionów dolarów. Przekazała 1. Słownie: jeden. Czy w tej sytuacji można się dziwić Haitańczykom, jeśli zagłosują na podstarzałego rapera? Tym bardziej, gdy muzyk na swoim twitterze cytuje Chomsky’ego twierdzącego, że USA i Francja powinny zapłacić Haiti gigantyczne odszkodowania. Skoro politycy tylko obiecują, to może pozostaje zaufać raperowi. I patrzeć jak umiera w zamachu, dzień po wygranej.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i soboty.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...