|
W mieszkaniu, które zajmujemy w Hiszpanii, na jednej z półek zalegało kilka starych numerów „Kultury”. Nie jest to aż tak bardzo dziwne, bo mieszkanie jest własnością dawnej polskiej emigracji. Wydaje się więc oczywiste, że takie lektury musiały być kiedyś udziałem jego właścicieli. Długo zwlekałem z sięgnięciem po „Kulturę”, gdyż przywiozłem sobie z Polski - jak sądziłem - bardziej interesujące lektury. Ale czas mijał, lektury się kurczyły, a czytać coś trzeba było, więc sięgnąłem. Nie żebym wcześniej nie miał okazji. W moim domu rodzinnym też jest taka półka, choć emigracją nigdy nie byliśmy. Ale w domu rodzinnym ilość bardziej interesujących lektur wykluczała tak dramatyczną decyzję. Wakacje jednak nieuchronnie są czasem kompromisów i podejmowania decyzji, których normalnie by się nie powzięło. I nie żałuję. Zeszyty „Kultury” to bardzo rozrywkowa lektura, przynajmniej z mojej aktualnej pozycji. Choć trochę przypomina lekturę science fiction. O podobieństwa z science fiction można podejrzewać większość publicystyki czytanej długo po przekroczeniu jej okresu przydatności do spożycia. A jednak zdarzają się od tej reguły wyjątki. Jest ich zresztą całkiem sporo. Gdy autor obdarzony jest pewnym talentem literackim, zmysłem politycznym oraz pewną charyzmą, da się czytać jego bieżące przemyślenia na dawno minione tematy bez nadmiaru poczucia, że oto wkraczamy w obszar historii alternatywnych. Żeby nie szukać daleko, tego rodzaju pisarstwo w „Kulturze” prezentuje np. Leopold Unger. Choć powiedzieć, że się nie mylił, byłoby grubą przesadą - to jednak mylił się, podając taką ilość faktów i wkładając w to tyle pasji, że czyta się to bez poczucia odrealnienia. Nie da się jednak tego powiedzieć o wielu innych tekstach, co do których odnosi się nieuchronne wrażenie, że więcej niż o sytuacji w kraju, można się z nich dowiedzieć o stanie świadomości autorów.
Zacznijmy od początku. Chronologicznie pierwszy numer na półce pochodzi z roku 1982, opatrzony jest cyfrą 420. Rozpoczyna go tekst autorstwa niejakiego Socjusza, a rozpoczyna pompatycznie: „Obecna sytuacja w Polsce jest tak niezwykła, tak odmienna od wszystkiego, co się zdarzyło wcześniej i gdzie indziej – że stosowanie do jej analizy wypróbowanych modeli, analogii, prawidłowości prowadzi szybko na manowce”. Co więcej pozostaje? Chyba science fiction. Skoro nie może nam pomóc objaśnić sytuację nic z tego, co znamy. Kończy się jeszcze mocniej: „Istotnie skazani jesteśmy na wielkość. Cały nasz naród, jeżeli chce przetrwać, jeżeli chce sobie samemu, swoim tradycjom, najdroższym wartościom, pozostać wierny, musi się zdobyć na wielkość”. Nie bardzo wiem, co miałoby to znaczyć, ale - jak dzisiaj wiemy - naród wybrał sobie inny sposób, żeby przetrwać, niż wielkość, a mimo to jakoś sobie poradził. Socjusz to oczywiście specjalista od Conrada, Zdzisław Najder. Żeby ten pseudonim rozszyfrować, nie trzeba być żadnym erudytą - ani nawet mieć Internetu. Wystarczy zerknąć na stronę 72 omawianego numeru, gdzie redakcja zamieściła reklamę książek wydawanych w ramach Biblioteki „Kultury” m.in. właśnie książki Najdera, będącej zbiorem esejów „w większości publikowanych w latach 1975-1982 pod pseudonimami: Socjusz, Bronisław Lasocki i Marian Kowalski”. Po co więc pseudonim? Przed kim autora chciał się ukryć? Przed śmiechem potomnych? Nie udało się.
Zresztą nawyki konspiracyjne są jedną z cech własnych wielu tekstów z „Kultury”. Zostawmy już pseudonimy, które nikogo nie ukrywają. Dzieci na podwórku również wybierają sobie przezwiska. Przeważnie nie po to, żeby się ukryć. Szczyt konspiracji osiągnął w swoim tekście 21 uwag o dialogu z terrorystą Czesław Bielecki, pseudonim M. Poleski. Ten terrorysta to oczywiście PRL „ponieważ reprezentując znikomą mniejszość społeczeństwa, nie mógł narzucić swojej woli większości”, przyjął więc taktykę terroryzmu. Dzisiejsza definicja terroryzmu wydaje się tak szeroka, że nawet moja dziewczyna mogłaby pod nią podpaść, a jednak stwierdzenie, że PRL jest państwem terrorystycznym wydaje się dość naciągane. A co do reprezentacji, to kolejne demokratyczne wybory pokazywały, że znikoma większość miewa się całkiem dobrze. Bielecki, ogólnie rzecz biorąc, radzi „Solidarności” zejście do podziemia. Rozumiem, że stan wojenny mógł zszokować redakcję „Kultury” i łatwo jest nabijać się z autora, dysponując wiedzą o tym, jak się potoczyły wypadki, ale nawet w 1982 można było sobie postawić pewne zasadnicze pytania. Na przykład, czy mamy tyle podziemi, żeby do nich schować 10 milionów członków „Solidarności”. Albo w jaki sposób przeprowadzać strajki, które przecież były jednym z głównym instrumentów działania opozycji demokratycznej, gdy działa się w konspiracji. Tajny strajk to coś, czego nawet Czesław Bielecki by raczej nie wymyślił. Bielecki w istocie nie radzi zejść do podziemia wszystkim, a jedynie pewnym konspiracyjnym elitom, ale wciąż należałoby się zastanowić, jak to uczynić w momencie daleko posuniętej infiltracji środowiska przez Służbę Bezpieczeństwa. Bielecki mógł nie mieć na ten temat żadnej wiedzy, ale powinien sobie takie pytanie postawiać. Nie zrobił tego, więc trzeba go zaliczyć do autorów SF.
Szybciej niż publicystka starzeje się chyba tylko marna poezja. Mimo całej mojej sympatii do Henryka Grynberga trudno uznać za wybitne strofy: „w mieście gdzie nie ma miłości/jak długo jeszcze mam wytrwać/samotnie z twarzą do dna/dni i noce roniąc w Potomac//w mieście gdzie nie ma miłości/w świecie gdzie nie ma miłości”. Jeszcze więcej wątpliwość budzi poetycka odpowiedź Anny Frajlich, przekonującej: „Miłość jest/lecz ukryta pod mchem/trzeba znaleźć odkopać odchuchać/trzeba ziemią ją karmić i dżdżem”.
Ale zostawmy już ten numer i przejdźmy do kolejnego. Rok 1983. Zeszyt 427. Jerzy Boniecki w tytule swojego eseju zadaje pytanie: Czy Kościół pozostanie obojętny wobec przeludnienia świata? Dziś, po blisko trzydziestu latach, odpowiedź na to pytanie zna każde dziecko mające religię w szkole. A pewnie nawet to, której jej nie ma, też się domyśli. Pozostanie. Być może w 1983 nie było to tak jasne, ale jakoś trudno mi w to wierzyć. Odnoszę raczej wrażenie, że perspektywa pana Bonieckiego, który nie tylko wie, jakie świat ma problemy, ale też kto ma je rozwiązać, jest co najmniej naiwna. W interesie Kościoła nie jest i nie będzie zmniejszanie ilości członków. Dlatego Kościół i jego wyznawcy szukają różnych powodów, dla których antykoncepcja jest zła, a rozmnażanie dobre. Boniecki, który oczekiwałby od Kościoła oświecania mas jest nie tylko naiwny, ale również arogancki. Szczególnie arogancki jest, gdy wytyka ludziom określanym przez siebie jako ciemna masa, że liczne potomstwo jest dowodem zacofania. W swoim eseju wskazuje dwie przyczyny posiadania nadmiernej ilość potomstwa. Pierwsza to niestosowanie antykoncepcji. Druga to pragnienie zabezpieczenia się na starość. Aby zdyskredytować tę drugą przyczynę Boniecki stwierdza: „Nawet w najbiedniejszych rejonach i zakątkach świata istnieją dziś w jakimś sensie lepsze niż dawniej możliwości uzyskania podstawowej opieki lekarskiej czy formy choćby prymitywnej pomocy społecznej”. Chyba sam nie wierzy w to, co pisze. „W jakimś sensie”. W sensie pobożnego życzenia? „Formy pomocy społecznej”. Tam masz drzewo, pod nim możesz zdechnąć. Rozumiem, że o takie formy chodzi. Co ciekawe, jedynym autorem, który przyznaje się, że pisze science fiction jest Stefan Kisielewski (rok 1983, zeszyt 428). „Wyjścia zaś proponuję nierealne, bo z różnych powodów niemożliwe”. A jednak to, co wydawało się niemożliwe, spełniło się. Jeśli szukaliśmy winnych powstania w Polsce neoliberalizmu, do której to doktryny przed 1989, a i później, prawie nikt się nie przyznawał, oto i mamy. Stefan Kisielewski. Pierwszy neoliberał PRL. W swoim felietoniku udowadnia, że nierówności są ok, bo dzielić po równo można tylko gówno i powołuje się nawet na Janusza Mikke. Wtedy jeszcze nie Korwina. Dziś pewnie by się na niego nie powoływał i przerażony byłby, jak jego nierealne postulaty weszły w życie, ale szczęśliwie tego nie dożył. Parę numerów jeszcze przede mną, ale może na razie tych refleksji wystarczy. Dodam może jeszcze tylko, że - poza tym całym science fiction - jest „Kultura” miejscem publikacji jednego z najwybitniejszych zdań polskiej literatury okresu PRL, autorstwa Sławomira Mrożka: „A ja jestem Stanisław Frąckiewicz i mam was wszystkich w dupie”.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...