> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Rzeczpospolita wstydu |
|
|
Jaś Kapela
|
|
23.03.2011 |
Bronisław Wildstein postanowił wystąpić w obronie piractwa internetowego. Nigdy nie sądziłem, że Wildstein stanie się sojusznikiem lewicy w walce o mniej restrykcyjne prawo autorskie, więc z radością przyjąłem stwierdzenie wygłoszone w felietonie pt. O buncie raz jeszcze. Szkoda tylko, że cała reszta komentarza mija się nie tylko z prawdą, ale również z sensem.
Wildstein krytykuje jurorów program Must be the Music, ponieważ wyrazili swoją głęboką dezaprobatę wobec wykonania piosenki Mówisz mi Andrzeja Rosiewicza. Wszystko pięknie, tylko że Andrzej Rosiewicz nigdy nie napisał piosenki pod takim tytułem. Utwór, o który chodzi Wildsteinowi, nazywa się Pytasz mnie, a zadanie jurorów w programach muzycznych tego rodzaju polega w głównej mierze na wyrażaniu dezaprobaty. Za to im płacą. Równie dobrze można by krytykować Wildsteina za to, że nieustannie wyraża dezaprobatę na łamach „Rz” i w paru jeszcze innych miejscach. Choć nigdzie nie jest powiedziane, że zadaniem publicysty powinno być przede wszystkim wyrażanie dezaprobaty. Teoretycznie powinien on interpretować i oceniać fakty. Ale żeby móc to robić, należałoby je najpierw poznać. Choćby znać tytuł piosenki, o której się pisze.
Dalej wcale nie jest lepiej. Wildsteina sarka na tytuł programu Must be the music, stwierdzając „och, ta nowopolszczyzna”, a przecież nawet nieznający żadnego obcego języka osobnik mógłby się zorientować, że nazwa programu nie jest po polsku, tylko po angielsku. Tym bardziej powinien to rozumieć Wildstein, który nie tylko zna obce języki, ale również przez wiele lat przebywał poza granicami ojczyzny, co z pewnością powinno pozytywnie wpłynąć na jego zdolność odróżniania języka polskiego od innych. Kontynuując: wbrew temu, co pisze publicysta, wargi Kory Jackowskiej wcale nie są spuchnięte. Być może mogą wydawać się zbyt obfite, ale wynika to raczej z nadmiaru makijażu, a nie obrzęku ust. Taki znawca kobieta jak Wildstein powinien umieć to odróżnić.
Pisze Wildstein, że jury nie oceniało jakości utworu. Cóż. Nie trzeba być wielkim muzykologiem ani ekspertem od programów rozrywkowych, żeby zauważyć, że liczy się w nich nie tylko jakość. Zresztą trudno powiedzieć, jaką jakość mogłaby prezentować discopolowa piosenka Rosiewicza. Wygrywaną na keyboardzie melodyjkę trudno doprawdy oceniać w kategoriach wyśrubowanych wartości estetycznych. Natomiast jeśli bliższa nam jest znajomość organizacji struktur dźwiękowych w czasie - którą przywykliśmy w skrócie nazywać muzyką - to z łatwością dostrzeżemy, że we wspomniany utworze nie jest ona zbyt skomplikowana.
Nie podoba się Wildsteinowi ocena Elżbiety Zapendowskiej, która stwierdziła: „Jakieś bogoojczyźnianie, takie patriotyzmy - to jest coś okropnego. Nie idź tą drogą”. Publicysta „Rz” tłumaczy, że słowo „ojczyzna” pojawia się w utworze tylko raz, a słowa „Bóg” nie ma w nim wcale. I znowu pozostaje powiedzieć: cóż, być może pani Zapendowska w swojej ocenia nie kierowała się wyłącznie interpretacją tekstu utworu, który zresztą nie został odśpiewany zbyt wyraźnie, ale zna również jego kontekst kulturowy. Nie jest przypadkiem, jak sądzę, że teledysk do niego możemy zobaczyć głównie na antenie telewizji „Trwam”. Wbrew temu, co sądzi Wildstein, ocena pani Zapendowskiej wcale nie musiała mieć na celu dyskredytacji patriotyzmu. Jak jurorka licznych teleturniejów muzycznych zapewne zdaje sobie sprawę, że prezentując tego rodzaju piosenki, wykonawca może nie odnieść komercyjnego sukcesu na polskiej scenie muzycznej. Chcąc więc ułatwić los debiutantowi, postanowiła się z nim podzielić swoją wiedzą na temat funkcjonowania rynku muzycznego, sugerując, że jeśli pragnie odnieść, sukces być może powinien inaczej dobierać repertuar. Takie tandetne patriotyzmy się w Polsce sprzedają średnio. Co nie znaczy, że inne nie sprzedają się lepiej. Gazeta Wildsteina na szczęścia nie ma czytelnictwa porównywalnego z oglądalnością Must be the Music. Ale może miałaby, gdyby jej autorzy zaczęli śpiewać piosenki, a nie tylko wyrażać dezaprobatę, że ktoś wyraża dezaprobatę. Czego oczywiście im życzę.
I tu dochodzimy do meritum felietonu. Wildstein sugeruje, że Polsat po raz pierwszy w historii zablokował możliwość rozpowszechniania fragmentu swojego programu, odwołując się do praw autorskich. Niestety nie jest to prawda. Fragment można łatwo odnaleźć w sieci, a co ważniejsze, Polsat (podobnie jak inne telewizje) ciągle wykorzystuje swoje „autorskie” prawa. Powołując się na przestarzały i absurdalny system praw autorskich, nieustanie kasuje rozpowszechniane w Internecie treści. Ale nie dlatego, że się wstydzi, jak sugeruje publicysta. Problemem nie jest wstydliwość producentów treści audiowizualnych, ale system praw autorskich. Mam nadzieję, że doczekamy czasów, kiedy światem rządzić będzie nie wstyd, tylko prawo. Być może jestem optymistą, ale może te czasu już są. Gdyby prawica też to zrozumiała, byłoby to prawdą jeszcze bardziej.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 23.03.2011 )
|
|
|
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...