|
Czy można legalnie leżeć na trawie? Oczywiście nie. Ustanowiony w 1971 roku artykuł 144 § 1 Kodeksu wykroczeń wciąż głosi: „Kto na terenach przeznaczonych do użytku publicznego niszczy lub uszkadza roślinność albo depcze trawnik lub zieleniec lub też dopuszcza do niszczenia ich przez zwierzęta znajdujące się pod jego nadzorem, podlega karze grzywny do 1.000 złotych albo karze nagany”. Choć już niedługo przepis ten ma zostać zmieniony. Posłowie z komisji „Przyjazne Państwo” złożyli wniosek w tej sprawie pod koniec 2008 roku i być może w końcu, jeśli zostanie ponownie przegłosowana przez sejm, nowelizacja wejdzie w życie. I pewnie tak się stanie, bo za pierwszym razem posłowi byli jednogłośni.
Ale przecież nie może być tak, że za deptanie trawników żadna kara nie grozi. To chyba jasne. A przynajmniej jasne dla posłów z komisji „Przyjazne Państwo”. Z jednej strony mamy deklaracje posłów, że nowelizacja: „może poprawić warunki zdrowotne mieszkańców miast poprzez pozytywne oddziaływanie zieleni. Zieleń miejska jest często jedynym łącznikiem człowieka ze światem przyrody”. Oraz stwierdzenia, że na tzw. Zachodzie ludzie często odpoczywają, leżąc na trawie i w Polsce też tak powinno być. Ale z drugiej: „Jednakże nie można zanegować treści art. 144 kodeksu wykroczeń, który za niszczenie roślinności (deptanie trawników) przewiduje kary administracyjne”. Przyjazne państwo tak! Deptanie trawników nie! Można na nich leżeć, ale nie wolno ich deptać? Coś w ten deseń. Tylko jak to zrobić?
Posłowie z Komisji „Przyjazne Państwo” nie wiedzą. Skąd mieliby? Od dzieciństwa katowano ich tabliczkami: „Nie deptać trawy”. Jak mieliby wpaść na pomysł, że niszczenie roślinności nie musi się równać deptaniu trawy? Chodzenie to niszczenie, a leżenie zabija. Nie wiem, czy takie tabliczki też były. Ale musiały być. Bo inaczej należałoby ten brak wyobraźni kłaść na karb indolencji umysłowej posłów. A przecież posłowie są przyjaźni, a nie indolentni. A jeśli ktoś nie wierzy, może przeczytać w nazwie Komisji „Przyjazne Państwo”. Przyjazne państwo ma jednak swoje ograniczenia. Jednym z nich jest święte prawo własności. Dlatego nowelizacja do ustawy nie brzmi: „Teraz wolno leżeć na trawie”, choć niby o to ma chodzić, tylko bardziej poważnie: „Kto na terenach przeznaczonych do użytku publicznego, w miejscach innych niż wyznaczone dla celów rekreacji przez właściwe organy gminy, niszczy lub uszkadza roślinność albo depcze trawnik lub zieleniec lub też dopuszcza do niszczenia ich przez zwierzęta znajdujące się pod jego nadzorem, podlega karze grzywny do 1000 złotych albo karze nagany”. Czujecie tę subtelną różnicę?
Ja czuję i mam wrażenie, że radosne szczebiotanie gazet o tym, że teraz można już deptać trawniki jest mocno na wyrost. Nie tylko dlatego, że ustawa, po poprawkach w senacie, wróciła do sejmu i teraz jej najbardziej interesujący fragment brzmi: „na terenach przeznaczonych do użytku publicznego depcze trawnik lub zieleniec w miejscach innych niż wyznaczone dla rekreacji przez właściwego zarządcę terenu”. Choć też. Senat jest podobnie przyjazny jak sławna komisja i słusznie zwraca uwagę, że przecież nie można tak po prostu deptać trawników. A konkretnie: nie może być tak, żeby gmina wyznaczała, że dany trawnik może być niszczony. Powinien o tym decydować zarządca terenu. Znaczy właściciele. Bo przecież tak naprawdę nie chodzi o trawniki, tylko o święte prawo własność. I nikt mi nie będzie mówił, że można mój trawnik deptać. Więc wszystko wskazuje na to, że będzie można deptać trawniki, ale tylko te, których zarządcy się na to zgodzą.
Bardzo to miłe ze strony naszych ustawodawców, że pragną zezwolić zarządcom publicznych terenów zielonych na to, aby pozwalali na deptanie i niszczenie zarządzanych przez siebie terenów. Niewątpliwe jest to jakiś krok na przód. Choć bardziej kroczek. Z pewnością można ich docenić za dostrzeżenie problemu. Jednak czujne oko ustawodawcy cierpi najwyraźniej na pewne organiczne wręcz ograniczenia. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić te setki zarządców, którzy nagle zdecydują się, że na ich terenie wolno trawnik deptać. Tym bardziej, że wcale nie ma pewności, że sąsiedzi zgodzą się na to samo. Lepiej więc się nie zgadzać. Tak na wszelki wypadek. I żeby się nie podkładać. Zresztą po co, skoro nie trzeba. Najlepiej nic w tej sprawie nie robić. Będzie jak jest. Komu to przeszkadzało? Jak ktoś nas wkurzy uporczywym leżeniem na trawie, to naślę się na niego Straż Miejską. A jak nie wkurzy, to przecież nikt nikomu nie będzie zabraniał. Po co zmieniać prawo, skoro wystarczy nie podskakiwać? Posłowie z Komisji „Przyjazne Państwo”, to wiedzą, więc zmieniają prawo tak, żeby w mediach było głośno, że dbają o normalne problemy zwykłych ludzi, ale żeby przypadkiem nic się nie zmieniło.
A przecież wystarczyło wykreślić z ustawy cholerne deptanie trawników i nagle okazałoby się, że wszędzie można leżeć, jeśli się tylko roślinności nie niszczy. Można też było ustanowić, że wszelkie publiczne tereny zielone uznaje się za rekreacyjne, chyba, że ich zarządca postanowi inaczej. Jeśli już musimy oddać hołd świętemu prawu własności. Można było. Ale nie można było. „Przyjazne Państwo” nie może być aż tak przyjazne. Choć cały czas nie mogę się pozbyć podejrzenia, że to nie o przyjaźń chodzi.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Pan porusza różne problemy, np. kwest...
Moim zdaniem strach przed wyborami&nb...