|
„Czy kultura jest nam do życia potrzebna?” - pyta patetycznie na łamach tygodnika „Przekrój” Stefan Chwin. I po dwóch stronach wywodu odpowiada: nam tak, ale im nie. Ta wysoce dialektyczna odpowiedź nie byłaby zapewne tak ciekawa, gdyby w pierwszym akapicie autor Hanemanna nie podawał błędnie Antonioniego jako reżysera Pogardy, którą - jak wiadomo nie tylko ludziom kulturalnym, bo łatwo sprawdzić - nakręcił Godard. Z tej znamiennej pomyłki wynika coś, co zdaje się obalać przedstawione przez pisarza tezy. Potrzebna jest nam nie tylko kultura, ale również redakcja. Nie tylko zresztą nam, ale im również. A może właśnie szczególnie im, bo dzięki ich pracy, my nie będziemy wychodzić na ignorantów mylących nazwiska sławnych reżyserów.
Chwin wprowadza w swoim tekście termin „Mniejszości Intelektualnej”, do której oczywiście sam się zalicza. Ktoś młodszy i bardziej arogancki, niż ja, mógłby spytać: jakim prawem? Czy nie należałoby do tej Mniejszości przeprowadzać jakiś egzaminów, które oblewałyby osoby nie wiedzące, kto reżyserował Pogardę? Chwin twierdzi, że nie. Mniejszość Intelektualna „nie jest ani lepsza, ani gorsza od reszty, tylko po prostu inna.” To ze względu na tę jej inność należy o nią dbać i pielęgnować, tak jak się dba i pielęgnuje ginące gatunki. Bardzo to urocze i słodkie, ale jeśli o ginące gatunki chodzi, to szacuje się, że przy obecnym tempie postępu ginie ich około ośmiu na godzinę. Mimo mojej całej empatii dla Stefana Chwina, który czuje się roślinką w amazońskiej dżungli, fakty nie są aż tak ponure. Kultura jest ludziom potrzebna do życia i zdają się nawet to rozumieć ci okropni politycy, którzy nie czytają żadnych książek, jak narzeka pisarz. Czytać może nie czytają, ale za to piszą, niektóre nawet dłuższe, niż pisarz Chwin.
Co najśmieszniejsze, autor Złotego Pelikana świetnie rozumie, że „istotą kapitalizmu jest walka między ludźmi”, ale zdaje się nie wyciągać z tego żadnych wniosków. Właściwie tekst Chwina można by streścić zdaniem: OK, kapitalizm jest okropny, ale dzięki niemu nikt mi się nie wtrąca w moje prywatne życie, więc dobrze, że jest i może kiedyś Unia Europejska zmusi go do tego, że będzie więcej kasy na kulturę. Streszczenie trochę wulgarne, ale niestety prawdziwe. Optymistyczna wiara w to, że przyjdą dyrektywy z Europy i nas ucywilizują, jest optymistyczna właśnie. Cywilizować musimy się niestety sami, choć Unia Europejska oczywiście nam w tym pomaga. Zresztą nawet Bill Gates funduje wiejskim bibliotekom komputery. Co oczywiście jest dosyć smutne. Dobrzy wujkowie z Ameryki pozostają wujkami, którzy mają w tym różne swoje interesy. Unia oczywiście też ma interes w tym, żeby nas ucywilizować. Ale ciągle nie taki, jak my sami.
Chwin narzeka, że przeciętna książka polskiego pisarza drukowana jest w nakładzie dwóch, trzech tysięcy egzemplarzy, ale uważa, że nic nie da się z tym zrobić. Mniejszość Intelektualna musi pozostać mniejszością. Ale w takim razie, jak wytłumaczyć to, że w cztery razy mniejszych Czechach nakłady są podobne? Ich Mniejszość Intelektualna jest cztery razy większa? W pięciomilionowej Finlandii trzydziestoletnia Sofi Oksanen sprzedała ponad sto siedemdziesiąt tysięcy egzemplarzy swojej książki Oczyszczenie. Nakład o którym Masłowska może jedynie marzyć. Czy Finlandia jest krajem jednej wielkiej Mniejszości Intelektualnej? Jakoś nie sądzę. Fałsz chwinowskiego konceptu opiera się między innymi na dzieleniu kultury na wysoką i masową. Te granice dawno już zostały zatarte. Nie bardzo wiadomo, czym miałyby one się różnić. Ilością odniesień? Znajomością kanonu? Są gry komputerowe, które mogą rywalizować pod względem ilości kryptocytatów z Umberto Eco. Istnieją teledyski, których nie da się zrozumieć bez znajomości całej encyklopedii popkultury. Ale to wszystko stanowi dla Chwina kulturę masową, która służy wyłącznie temu, żeby ukryć kłamstwo kapitalizmu. Oczywiście jest kultura masowa, która temu służy, ale jest też inna. Chwin, nie dostrzegając jej, zamyka się w getcie Mniejszości Intelektualnej i błaga o litość.
Ale w kapitalizmie nie ma dla niego litości. Co nie znaczy, że nie może jej być w ogóle. Nigdzie nie zostało powiedziane, że musimy mieć najmniej zajęć z przedmiotów artystycznych w Unii Europejskiej. Tak jak nie zostało zapisane w konstytucji, że kultura musi się opierać na samofinansowaniu, co postulował Jerzy Hausner. Co prawda w konstytucji władze zobowiązują się jedynie do wspierania kultury fizycznej młodzieży, ale już na przykład Komorowski podpisał się pod listem „1% dla kultury”, a na stronie MKiDN można przeczytać: „każda wydana na nią złotówka przynosi realne wpływy do budżetu państwa.” Choć oczywiście trzeba zauważyć, że to nie o pieniądze chodzi.
Chwin pyta: „Czy pilot tu-154 powinien przed startem zanurzać się w Końcówce Becketta?” I odpowiada, że niekoniecznie. Ja jednak jestem pewien, że po tej lekturze nie byłby taki buńczuczny i może nie byłoby tragedii. Rozróżnienie na tych, którzy kultury potrzebują i tych, którym jest ona zbędna, jest nie tylko fałszywe, ale też szkodliwe. Wszyscy potrzebują kultury, bo nie da się żyć poza nią, choć nie wszyscy muszą czytać Stefana Chwina, niektórym wystarczy zbieranie puszek po piwie. Zamiast błagać o litość i parę groszy dla ginącego gatunku, postawmy sprawę jasno: trzeba walczyć o kulturę, jeśli więcej ludzi ma czytać Chwina, niż zbierać puszki. Choć może lepiej nie? Może walczmy po prostu o to, żeby państwo pomagało, a nie przeszkadzało nam się rozwijać. Skoro wojsko może mieć dwa procent, a nie wszyscy żyjemy w wojsku, to kultura może dostać przynajmniej jeden, skoro wszyscy żyjemy w kulturze. A to powinien być dopiero początek!
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...