|
Bogaci nie są tacy sami jak my. Bogaci są inni. Są bogaci. Dlatego potrzebują specjalnych przywilejów. Rozumie to minister Kopacz, przygotowując reformę zdrowia, rozumie to też Grupa PKP. Dlatego mamy nadworcach specjalny strefy Intercity, żeby podróżni, których stać, nie musieli przebywać w towarzystwie plebsu i bezdomnych. W tym celu mamy również w pociągach EIC wagony pierwszej klasy. Wagony zazwyczaj puste, bo w byciu bogatym najważniejsze nie jest, żeby ze swojego bogactwa korzystać, ale jedynie to, żeby je posiadać. Rozumie to zarząd spółki PKP Intercity, dlatego wszystkie pociągi EIC muszą być obowiązkowo wyposażone w wagon pierwszej klasy, aby przykładowy bogaty mógł z niego skorzystać, gdyby naszła go taka ochota. W przykładowym pociągu EIC, którym jechałem do Bielska-Białej, wagonem pierwszej klasy podróżowały trzy osoby. Czyżby bogaci nie chcieli podróżować do Bielska-Białej? Gdy zadałem to pytanie na Facebooku, odpowiedź była natychmiastowa: bogaci już tam są. I najwyraźniej nie potrzebują stamtąd wyjeżdżać. Gdy wracałem TLK, zajęte były nie tylko wszystkie miejsca, ale też korytarzei wagon barowy. Biedni nie potrzebują dodatkowych wagonów. Biedni lubiąsię tłoczyć i jednoczyć na korytarzu.
Dla bogatych z pierwszej klasy czekał też darmowy numer magazynu „Forbes”. Bogaty nie jestem, ale ponieważ przedziały były puste, to nikomu chyba nie przeszkadzało, że jeden egzemplarz sobie podwędziłem. Ostatecznie mój bilet drugiej klasy też do najtańszych nie należał, a ciastko, które dostałem gratis, było nie tylko bardzo małe, ale również bardzo niesmaczne. Uznałem, że „Forbes” mi się należy. Pismo to, co prawda, nie jest bardzo drogie, ale już reklamowane w nim ekskluzywne prezenty na święta są raczej nie na każdą kieszeń. A przynajmniej nie namoją. Ale ja, cóż. Podobnie jak Peja: „Reprezentuję biedę”.Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć o ekskluzywnych prezentach na święta. Choć można też o nich pomyśleć. Bogaci nie są tacysami jak my. Są nie tylko bogaci. Mają też inne problemy. Z magazynu „Forbes” możemy się dowiedzieć, że aktualnie głównym ich problemem jest osłabienie juana. Być może jest to problem nas wszystkich. Ale jeszcze otym nie wiemy. Być może bogaci mają pewne problemy przed nami.
Jakie? „Forbes” jeden wie. Na przykład martwią się, że Sprawiedliwy Handel nie jest dość sprawiedliwy, bo „zaledwie 25 proc. pieniędzy z handlu produktami Fair Trade rzeczywiście trafia do producentów.” W normalnym handlu do producentów np. kawy czy bananów trafia często niecałe 2 proc. pieniędzy, co jest z pewnością o niebo sprawiedliwsze. Najbardziej jednak sprawiedliwe jest, gdy zaporowe cła uniemożliwiają sprzedaż produktów z pewnych regionów. To jest zapewne ta idealna sprawiedliwość, do której dąży magazyn „Forbes”. Choć wcale nie musi, boona już istnieje.
Problemem amerykańskiego naczelnego i wydawcy „Forbesa” jest, że leczenibędą wszyscy chętni niezależnie od wieku czy zdrowia. Ten obrzydliwy pomysł Obamy „przeczy zasadom”, bo „młodzi dotują starszych”. Albo inaczej: „chorzy dotują zdrowych”, bo w końcu 98 procent kosztów leczenia generujemy w ostatnich latach życia. Oczywiście lepiej jest, gdy zdrowi dotują zdrowych, a chorzy chorych. To znacznie bardziej sprawiedliwe. I chyba brzmi też rozsądniej. Chorzy do chorób, zdrowi do zdrowia. Tylko po co w takim razie firmy ubezpieczeniowe?
Natomiast naprawdę ciekawy jest artykuł poświęcony głównym ekonomistom polskich banków pt. „Celebryci ekonomii”. Dowiadujemy się z niego międzyinnymi, że polscy eksperci są „często gorzej wykształceni niż ich zagraniczni koledzy. Praca zajmuje im tak dużo czasu, że nie mają kiedy robić doktoratów czy habilitacji (…) Rzadko też bywają cytowani w liczących się w świecie czasopismach naukowych”. Ale za to są błyskotliwi. Ryszard Petru na ten przykład stwierdza, że stara się być: „jednorękim ekonomistą”. A to w odpowiedzi Trumanowi, którzy narzekał, że wszyscy ekonomiści mówią: „Ale z drugiej strony…” Jak miło wiedzieć, że polscy ekonomiści nie mają takich problemów, a wręcz dumni są z braku ich posiadania.
Moim prywatnym odkryciem jest, że Marek Bieńczyk wierzy w astrologię, a konkretnie w nauki Marii Thun na temat „rytmów kosmicznych kierujących naszym życiem”. Po Barbarze Labudzie,którą w pracach sejmowych wspierał energetycznie Edward Mielnik, z zawodu palacz, założyciel sekty Antrovis (jej członkowie wierzą, że wybrańców dostąpi zaszczytu ewakuacji na Marsa, a Ziemię czeka w najbliższych latach zagłada), oraz Januszu Palikocie,który odkrył szczęście dzięki wywoływaniu duchów z Hellingerem i jest wpolityce, bo energoterapeuci mówią, że ma w niej być, to kolejna cenna wiadomość na temat polskiej sfery publicznej.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...