> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Nadzorować i karać |
|
|
Jaś Kapela
|
|
19.02.2011 |
|
Jako niedoszły recydywista bardzo cenię sobie instytucję sądu. Niedoszły tylko dlatego, że przesympatyczna pani kurator choć nie pozwoliła sobie postawić kawy, to najwyraźniej uległa urokowi mojej wielodzietnej rodziny i jej syna pisarza na tyle, że książkę z autografem już pozwoliła sobie podarować. Lubię sąd i lubię być sądzony.
Choćby dlatego, że jestem niewinny, więc gdy koleżanka zaproponowała, żebyśmy w ramach spotkania towarzyskiego wybrali się na jakiś proces, z przyjemnością na to przystałem. Przez chwilę, co prawda, miałem wątpliwości, czy tak można. Ale szybko sobie przypomniałem, że przecież żyjemy w społeczeństwie otwartym i demokratycznym i wszystkie procesy są otwarte dla publiczności. O ile sąd nie postanowi inaczej. Krótko mówiąc, można się wybrać do wybranego sądu, poszukać sobie odpowiadającego nam procesu (podobno najfajniejsze są takie, gdzie jest dużo świadków) i spędzić miło jakiś czas. Prawie jak kino. Tylko, że za darmo. Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy.
Jednak jakoś zawstydziliśmy się wchodzić do pary dziadków procesujących się o podział majątku. Nie poszliśmy też za postawną matroną w czarnym futrze, z wytapirowanymi włosami, choć Zuza nalegała. W ogóle niestety niezbyt wiele osób korzysta z przywilejów demokracji i byliśmy chyba jednymi osobami, które przyszły do sądu dla rozrywki. Więc się wstydziliśmy. Ale w końcu znaleźliśmy jakiś poważny proces z poważną ilością ludzi. Koleżanka Zuza była nawet na tyle odważna, żeby spytać jakiegoś pana w sutannie, czy możemy. Powiedziała, że musimy spytać sędziego, ale potem się okazało, że nie musimy. Weszliśmy na salę razem z tłumem ludzi. Jakieś ponad trzydzieści osób i wszyscy emocjonalnie związani z sytuacją.
Dziesięciu oskarżonych, prawie tyle samo adwokatów, siedmiu policjantów, trzech sędziów, prokurator, trzech świadków, rodzice któregoś z oskarżonych, my i ani słowa w google na temat sprawy. Może jestem naiwny, ale wydaje mi się, że skoro tyle osób poświęca swój czas i państwowe pieniądze, to powinno coś o tym być w internecie. Ale jestem naiwny.
To był już któryś proces w danej sprawie. Trafiliśmy na przesłuchiwanie świadków. Świadkowie przyjechali do nas specjalnie ze wsi Maszutkinie znajdującej się tuż pod białoruską granicą. Słodcy, co nie? Przyjeżdżać z Maszutkiń do Warszawy specjalnie po to, żeby powiedzieć, że ma się do powiedzenia to samo, co się miało do powiedzenia trzy lata temu, kiedy zostały ich zeznania spisane. A może nawet powtórzyć to jeszcze raz. Pierwszy świadek powtórzył to samo, co powiedział trzy lata temu. Przy czym trochę mu się zapomniało. Niestety sędzia uznał, że nie mówi dość wyraźnie, więc powtarzał każde jego zdanie, trochę je przerabiając i dyktując stenotypistce. Z którą zapewne miał romans. Tak przynajmniej uznała Zuza. A ja jej wierzę.
Pierwsze pół godziny spędziliśmy zatem, słuchając, jak chłopak, który przyjechał specjalnie w tym celu z Maszutkiń do Warszawy, powtarzał to, co powiedział już trzy lata temu. Tylko nie tak dokładnie, bo trochę mu się zapomniało. Ogólnie do powiedzenia miał tyle, że przechodził podwórkiem, którym zawsze przechodził, kiedy szedł na autobus, którym jechał do szkoły. I na tym podwórku stał biały ford, ale to go nie zdziwiło, bo często stały tam różne samochody. A potem zaczęły padać pytania, dzięki którym rozwiązane zostały tak niepalące zwłoki kwestie, jak to, w jakiej odległości od domu przechodził i ile metrów było od przystanku do tego domu. Jakby sobie nie mogli sprawdzić w google maps. Skoro tak bardzo ich to ciekawiło. Ale nie mogli.
Kolejny świadek powiedział, że on w sumie nic nie powie, bo by tylko zamieszał. Więc podtrzymuje swoje zeznania. I słusznie. Przynajmniej było szybciej. Choć nie przeszkodziło to sądowi kazać mu przyjechać z Maszutkiń do Warszawy (300 km w jedną stronę), żeby mógł powiedzieć, że ma do powiedzenia tyle samo, co miał trzy lata temu.
No i tak siedzieliśmy w trzydzieści osób. Minęło półtorej godziny. Przesłuchano dwóch świadków z Maszutkiń. Dowiedzieliśmy się, że był jakiś napad, w którym brali udział chłopcy ze Służewca. Było ich około dziesięciu. Trzech odpowiadało z wolnej stopy. Reszta została doprowadzona z aresztu. Oni też wszyscy musieli tam być, bo w końcu, to w ich sprawie toczy się sprawa i nieważne, że nie dowiadujemy się niczego nowego. A oni nie mogą powiedzieć nic więcej niż to, że są obecni. Choć może trochę się dowiedzieliśmy. Np. dowiedzieliśmy się, jakimi samochodami przyjechali panowie z Maszkutiń i jakiej miały one pojemności baki. Po każdym zeznaniu sędzia ustalał ze świadkiem, czy życzy sobie zwrot kosztów. Życzyli sobie. Siedzi trzydzieści osób na sali, siedmiu adwokatów, trzech sędziów, dziesięciu oskarżonych. A oni ustalają zwrot kosztów i dyskutują o pojemności baków.
Naprawdę nie jestem pewien, czy sędzia, który skończył ileś tam lat studiów itd., nie ma lepszych zajęć, niż indywidualne ustalanie z każdym ze świadków kosztów za przejazd. Ale widocznie nie ma. Widocznie ma za dużo czasu i lubi rozmawiać o samochodach.
Patrzyłem na kolesi w sutannach i na oskarżonych i nie mogłem wyjść z podziwu. Czułem się, jakbym właśnie przeczytał Foucaulta, choć nigdy tego nie zrobiłem, bo strasznie przynudza. Ale tak to sobie wyobrażam: Sędzia w sutannie i ze złotym łańcuchem na szyi pyta kolesia, który jest świadkiem w moim procesie, czy pamięta, w jakiej odległości od domu przechodził trzy lat temu. Koleś nie pamięta, co znaczy, że jestem winny.
Na podobny temat
|
|
|
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...