|
„Jak wygląda prawdziwa mapa polskiego niewolnictwa? Liczba pracujących a nie zarabiających nic albo bardzo mało jest kilkakrotnie większa niż przypuszczamy. Żadne rejestry ich nie obejmują”. Tak mógłby się zaczynać artykuł w Wyborczej poświęcony problemom na rynku pracy, ale zaczyna się zupełnie inaczej. Zaczyna się wręcz przeciwnie i próbuje dowieść karkołomnej prawdy: bezrobotnych jest znacznie mniej, niż podają statystki Urzędów Pracy. Jednocześnie trudno się z takim stwierdzeniem nie zgodzić. Właściwie nie wiem, czy jacyś bezrobotni w ogóle istnieją. Np. tacy bezdomni. Wydawałoby się, że mogą być podręcznikowym przykładem bezrobocia. Nic nie robią całymi dniami, tylko się włóczą i chleją. Ponieważ dla osób bezdomnych większość rodzajów rejestrowanej pracy jest niedostępna, utrzymują się w większości ze zbieractwa. Konkurencja jest spora, więc żeby uzbierać na wino, trzeba wstać o świcie i zacząć przeszukiwać śmietniki. Pracują od świtu, ale kodeks pracy ich nie obejmuje, więc może jednak nie są bezrobotni?
Gazeta też ma problem z ustaleniem, kto właściwie jest bezrobotny. Żeby udowodnić, że bezrobotnych jest mniej, niż podają oficjalne statystyki, podpiera się badaniem BAEL, wg którego pracę ma ten, kto zarabiał choćby przez godzinę w danym tygodniu. Bardzo to ciekawe. Jeśli wystarczy pracować godzinę, żeby mieć pracę, to ciekawe, czemu większość pracuje po osiem godzin albo dłużej? Ciekawostka. Jak porównać statystyki z OECD to okazuje się, że więcej od Polaków pracują tylko Koreańczycy i Rosjanie. Skoro pracujący, tyle pracują, to chyba naturalne, że dla reszty dużo już nie zostaje. W imię tego prostego równania od dwóch tygodni młodzi Hiszpanie protestują na madryckim placu Puerta del Sol. Młodzi Polacy jednak nie muszą protestować, bo propaganda sukcesu działa w Polsce dużo sprawniej, niż w Hiszpanii. Sytuacja jest niby podobna. Bezrobocie wśród młodzieży wynosi około jednej czwartej, nawet wg mało wymagających badań BAEL, a jednak w Polsce jest super. O czym wie np. profesor Czapiński, autor Diagnozy społecznej. „Uznaliśmy, że ktoś, kto mówi, że nie ma pracy, a jego dochody wynoszą więcej niż 950 zł, jest fałszywym bezrobotnym”. My w Krytyce też zrobiliśmy małą diagnozę społeczną i również coś uznaliśmy. Otóż uznaliśmy, że ktoś, kto uważa, że ma się pracę, zarabiając 950 PLN, jest fałszywym profesorem. Rozumiem, że panu profesorowi się skojarzyło z minimum socjalnym, który w 2010 dziesiątym było szacowane mniej więcej na podobną kwotę. Ale nie bez powodu płaca minimalna wynosi już kilka stów więcej. Od takiej płacy odprowadzane są składki zdrowotne, czy na ZUS. Czy ktoś zarabiając 950 PLN będzie sam sobie płacił na emeryturę i ubezpieczenie? Czy przystąpi raczej do grupy barwnie opisanej przez prof. Czapińskiego jako „pracujący z premedytacją na czarno (nie myślą o emeryturze; liczą się wyższe zarobki dziś)”?
Wśród stałych fałszywych bezrobotnych prof. Czapiński wyróżnia po pierwsze gospodynie domowe. One złośliwie zapisują się do Urzędów Pracy, choć wcale nie zamierzają pracy podejmować. Jakaś gospodyni mogłaby zaprotestować, że praca w domu, to również praca. Gdyby prof. Czapiński zapytał mojej matki powiedziałaby mu, że „Panie pracujące w domu wytwarzają przecież około 1/3 PKB”. Ale najwyraźniej nie zapytał. Skoro Wyborczej tak zależy na zmniejszeniu ilość fałszywych bezrobotnych, to może zamiast obrażać gospodynie domowe, zaproponuje jakieś rozwiązania pozytywne. Po co gospodynie mają nabijać statystyki Urzędów Pracy? Rejestrują się tylko bez sensu, żeby po trzech niepodjętych ofertach zostać wyrejestrowane. A przecież można by wprowadzić zabezpieczenie emerytalne i ubezpieczenie zdrowotne dla kobiet pracujących w domu. Prof. Czapiński miałby jedną kategorię fałszywych bezrobotnych mniej do badania.
Inne kategorię profesora też zresztą są fajne. Np. bezrobotni rotacyjni. Nie wiem, gdzie pan profesor ich znalazł. Mają to być osoby, które „po odpracowaniu minimum „«w legalu», rejestrują się, by pół roku brać zasiłek i jeszcze pensję na czarno”. Nie wiem, którzy pracodawcy w Polsce zapewniają takie luksusowe warunki, że po trzech latach pracy na etacie zwalniają pracownika, żeby go zatrudnić na czarno. Ale nie jestem w końcu autorem Diagnozy społecznej. Pewnie pełno ich wszędzie. Podobnie jak pracowników, którzy jeżdżą do często całkiem odległych Urzędów Pracy, stoją w kolejkach i rejestrują się, żeby pobierać zasiłek. A potem stawiają się na każde wezwanie – na co zatrudniający ich pracodawca daje im wolne – żeby zasiłku nie stracić. Następnie i tak przestają dostawać zasiłek, gdy nie przyjmą trzech ofert pracy proponowanych przez UP. A przecież nie przyjmą, bo pracują na czarno u bardzo wyrozumiałego pracodawcy.Bardzo „zabawne” są również komentarze urzędników. „Na obszarach popegeerowskich z pokolenia na pokolenie przekazuje się zasadę: «Przede wszystkim załatw sobie zasiłek. O robotę martw się później» – mówi z przekąsem Zdzisław Szczepkowski, dyrektor WUP w Olsztynie”. Jak czytam takie komentarze, to mam wrażenie, że sondaże mówiące o tym, że pracę w Polsce dostaje się po znajomości, są jednak prawdziwe. Bo trudno znaleźć inny powód, dla którego pan Szczepkowski został dyrektorem WUP-u. W nagrodę, że czytał dużo Wyborczej? Żeby dostać zasiłek, trzeba najpierw przepracować trzy lata i opłacić przy tym sporo składek na ubezpieczenie, więc ma się do niego prawo. Niezadowolona ze swoich klientów jest również pani Renata Błasiak-Grudzień, wicedyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie. „Cała machina jest uruchamiana często po to, by w kółko rejestrować i wyrejestrowywać te same osoby. Traktują urząd instrumentalnie, by mieć ubezpieczenie zdrowotne lub dostać zaświadczenie o byciu bezrobotnym – skarży się”. No proszę. Co za okropni bezrobotni. Oczekują, że Urzędy Pracy im pomogą. A przecież Urzędy Pracy nie są od pomagania ludziom, tylko od zmuszania ich do pracowania za minimalne pensje na stanowiskach, które nie odpowiadają ich aspiracjom. Bezrobocie jest mniejsze niż podają statystki UP? A może wręcz przeciwnie? Nie licząc gospodyń domowych jest cała masa osób, które nie mają w UP czego szukać. Jak napisał w komentarzu do artykułu Jan Gebert: „Osoby w wyższym wykształceniem, specjaliści, wolne zawody nie rejestrują się jako bezrobotni, bo urzędy nie mają dla nich propozycji pracy. Większość osób pracujących na czarnym rynku nie rejestruje się jako bezrobotni, bo nie ma udokumentowanego okresu pracy, przez co nie przysługuje im zasiłek i ubezpieczenie. Aby dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba zgłosić się bodajże do 6 tygodni po rozwiązaniu umowy o pracę, a zasiłek dostaje się na krótko, z tego powodu wiele osób może nie zdążyć z rejestracją. Jeżeli jednak uda się rejestrować, podlega się obowiązkowi przyjmowania nieciekawych propozycji pracy. W przypadku trzeciej odmowy urząd przestaje uważać petenta za bezrobotnego. Sam byłem w takiej sytuacji. Poszedłem zarejestrować się po rozwiązaniu umowy na czas nieokreślony (po blisko 2,5 roku pracy). Nie dostałem zasiłku (wtedy to chyba była suma 600 zł miesięcznie), dostałem dwumiesięczne ubezpieczenie, ale pod warunkiem, że będę się stawiał na spotkania w godzinach i dniach ustalonych przez urząd, a co najważniejsze przyjmę zaproponowane przez urząd propozycje pracy. Jak łatwo się domyślić, po dwóch tygodniach przestałem widnieć w statystykach jako bezrobotny i nie zamierzam się też nigdy więcej rejestrować”. Ile osób jest w podobnej sytuacji i dlaczego nie interesuje się tym Diagnoza społeczna prof. Czapińskiego ani Gazeta Wyborcza? Bo woli pisać o bumelantach „dwie lewe ręce; niezainteresowani pracą”. Tylko, że w ten sposób zaczyna przypominać Trybunę Ludu.
Zastanawiałem się przez jakiś czas, po co Wyborcza publikuje taki okropny i w gruncie rzeczy oszczerczy artykuł. Ale na szczęście wszystko wyjaśnia puenta. „Gdybyśmy chętniej przeprowadzali się za pracą, różnice by się wyrównały. Do Londynu jesteśmy w stanie wyjechać i mieszkać kątem albo w wynajętym pokoju. W Polsce na taki krok się nie decydujemy – mówi Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych”. No właśnie. Posłuchajcie Gazety. I wyjeżdżajcie z kraju. W Polsce jest tak super, że nie ma dla was miejsca. No chyba, że w jakimś kącie wynajętego pokoju.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...