|
Wszyscy ludzie są smutni. Wszyscy mają depresje. A przynajmniej jest ich bardzo wielu. Jest ich tak wielu, że zagrażają florze morskiej. Krewetki, które pływają w skażonej środkami antydepresyjnymi wodzie, przestają się bać drapieżników i dają się swobodnie mordować. Ludzie te same środki zjadają dobrowolnie. I jeszcze się z tego cieszą. Przygnębiające. Aż chyba wpadnę w depresję. W związku z czym będę musiał zacząć brać jakieś środki, żeby się z niej wyleczyć. Woda będzie jeszcze bardziej skażona. I to będzie ostateczny koniec krewetek. Świat bez krewetek będzie światem jeszcze gorszym. Ile kolejnych osób wpadnie w depresję z powodu niemożności zjedzenie krewetki? Zresztą nawet ci, którzy krewetek nie jedzą, również mogą się zmartwić. I w tym stanie pozostać. W efekcie zacząć brać antydepresanty itd. itp. Beznadziejna spirala.
Osobiście lubię krewetki. Lubiłem je, kiedy jej jadłem. I lubię je teraz, kiedy staram się ich nie jeść. Lecz to nie umniejsza mojej sympatii. Krewetki ciągle wydają mi się sympatycznymi stworzeniami. Jednocześnie smutni ludzie, jak sądzę, są na ogół lepsi od ludzi wesołych. Smutnych ludzi lubię być może nawet bardziej, niż krewetki. Gdyby miał wybierać, nie wiem, na co bym się zdecydował. Pewnie jednak na ludzi. Ludzie mają skomplikowany układ nerwowy, co czyni ich bardziej kłopotliwym moralnie pożywieniem od krewetek. Ale mają za to inne zalety. Na przykład można z nimi porozmawiać. Z krewetką sobie nie pogadasz. A przynajmniej nie może liczyć na interakcję, która potrafi dać tyle radości. Lecz mimo tej radości, oni wciąż pozostają smutni. Zresztą ja też jestem smutny. Choć nie biorę żadnych proszków, które mogłyby zaszkodzić krewetkom. Jednocześnie nie zamierzam nikomu odbierać możliwości brania środków. Bo one podobno naprawdę działają. Poświadcza to przynajmniej trzech wybitnych polskich pisarzy. Być może, że najwybitniejszych. Więc trzeba im wierzyć. Podobnie jak można wierzyć, że mają swoje dobre powody, żeby smutnymi być.
Nie trzeba zresztą szukać daleko. Dziś na przykład możemy przeczytać, że zdjęcia ofiar katastrofy Tu-154 być może znikną z sali plenarnej sejmu. Świetnie. Ale co to oznacza? Po pierwsze, że ciągle tam są. Po drugie, że fakt ich zniknięcia nie jest oczywisty. Rozumiem, że żałoba może nie mieć żadnego limitu czasowego, a krzesła na których siedzieli posłowie były im bardzo bliskie, być może najbliższe - być może z nikim inny nie spędzali tyle czasu i jeśli krzesła przestaną nosić po nich żałobę, to nikt już nie będzie - ale mimo wszystko. Minęły jednak trzy miesiące. Zostali wybrani nowy posłowie, którzy nie mają gdzie siedzieć, bo ich miejsc zajmują zdjęcia martwych. Jak tu pracować w takich okolicznościach? I jak nie wpaść w depresję?
A przecież nie jest to jedyny powód do zmartwień. I wcale nie najgorszy. Na przykład Doda wydała nową płytę. W Portugalii zamknęli „Playboya”, bo tamtejszy wydawca na okładce postanowił uczcić śmierć Jose Saramago. W zamachu w Pakistanie zginęło co najmniej 47 osób. Bronisław Komorowski został prezydentem. Jarosław Kaczyńskie prawie został prezydentem. Tańczący w Hebronie izraelscy żołnierz robią karierę w internecie, jakby okupacja Palestyny była nowym klipem Lady Gagi. Moja dziewczyna znowu uważa, że jestem fiutem. Można by tak długo wymieniać. A przecież nie o wymienianie chodzi. Tylko o krewetki. Których jest mi żal skądinąd. Ale nie tak bardzo, jak jest mi żal w ogóle. Więc żegnajcie krewetki. Idę sobie kupić prozak.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...