|
Okazuje się, że nawet rozsądni ludzie nie wiedzą, o co chodzi z tym GMO. Skąd mieliby, kiedy np. Gazeta Wyborcza publikuje wywiad ze współpracownikiem Monsanto i daje mu tytuł: „Eksperci za GMO”. A Joanna Solska w „Polityce” komentuje , że „Konsumenci w naszym kraju […] od dawna jedzą żywność wyprodukowaną z roślin modyfikowanych genetycznie”. Na co dowodem ma być fakt, że jedzą ją kurczaki.
Być może dla Joanny Solskiej jedyni konsumencie w tym kraju to kurczaki, ale czasami wydaje mi się, że mieszkają w naszym kraju również ludzie (choć czasami myślę, że nie) i ci wcale nie jedzą żywności modyfikowanej genetycznie. Nawet jeśli jedzą ją kurczaki, które są taką paszą karmione. Jakoś nie wydaje mi się, żeby można było to utożsamić. Równie dobrze można by wywodzić, że konsumenci w naszym kraju od dawna odżywiają się poprzez fotosyntezę.
Solska broni hasła „GMO albo drożyzna”. Ekspert od Monsanto prof. Tomasz Twardowski stwierdza, że sprzeciw wobec GMO jest fanaberią: „Są na tyle bogaci, że mogą zapłacić o 10 czy 50 proc. więcej za jedzenie ekologiczne. Syta Europa nie potrzebuje żywności GM, natomiast w najbliższych dekadach będziemy mieli w Afryce i Azji dodatkowe trzy miliardy ludzi. Bogata Północ chce jedzenia jak najwyższej jakości, tymczasem biedne Południe zabiega o ilość”. Bardzo to podłe argumenty. Solskiej powiedziałbym, że gdyby płace w Polsce były większe, to jedzenie droższe o dziesięć procent nie było problem. Generalnie problemem jest, że pewne rzeczy są za tanie (np. ludzka praca), a nie za drogie. I myślę, że Solska dobrze o tym wie.
Twardowskiemu nie ma sensu nic mówić. Jeśli nie słyszał o ćwierci miliona samobójców w Indiach, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów, jakie zaciągali w Monsanto na kupienie od Monsanto nasion i licencji na ich uprawę, to może sobie o tym poczytać w Wyborczej. Jeśli czytał i zdania nie zmienił, to nie byłoby nieuzasadnione zacząć się zastanawiać, ile musiało mu zapłacić Monsanto? Patrząc na pensje polskich naukowców, pewnie niewiele. Gdyby płacono więcej, pewnie żadni profesorowie nie mieliby problemu z drożyzną. Za którą zresztą w dużej mierze odpowiedzialne są spekulacje na rynkach żywności, a nie sposoby jej produkcji.
Skoro już zastanawiamy się nad pieniążkami, może warto przemyśleć też argumenty drugiej strony. Skoro tak wielu jest przeciwników GMO, niezależnie od tego, czy mają rację, czy nie, to również tworzą spory rynek. Polska, jak na razie jest krajem prawie od GMO wolny. (Prawie, bo mimo zakazu uprawia się GMO i raczej nikt się tym nie przejmuje.) Może warto to wykorzystać jako atut? Dzięki temu w przyszłości będziemy mogli naszą żywność sprzedawać drożej i zarabiać więcej kasiorki. Drożyzna nie będzie nam straszna.
Do uprawy GMO nie potrzeba też zbyt wielu rolników. Oczywiście, można się zastanawiać, czy w ogóle potrzebujemy rolników. Jedyny rolnik, jakiego znam, to Rafał Ziemkiewicz, co każe mi myśleć, że niekoniecznie. Ale w Unii Europejskiej zdają się myśleć inaczej, więc ustanowili dopłaty dla rolników, za to, że są. Gdy małe gospodarstwa zostaną wykoszone przez globalne korporacje, będziemy mieli więcej bezrobotnych, których nie będzie stać nawet na żywność tańszą o te dziesięć procent. No, chyba że opodatkujemy globalne korporacje, a bezrobotnych rolnikom załatwimy dochód gwarantowany. Na to się jednak jakoś nie zanosi.
I to jest prawdziwy problem biednego Południa, panie profesorze Monsanto. Jak pisze Greenpeace: „Większość głodujących ludzi na świecie zamieszkuje kraje, które posiadają nadwyżki żywności, nie zaś jej niedobory”. Nie chodzi o ilość, ale o to, co się z tą ilością robi. Greenpeace wkurza mnie jak mało co, ale tu akurat chyba ma rację: „Zamiast wytwarzać żywność zdolną zaspokoić potrzeby lokalnych społeczności, przemysł rolniczy zajmuje się produkcją upraw, które sprzedaje następnie na rynkach międzynarodowych”. A pan wspiera ten przemysł, panie profesorze Monsanto. Więc proszę nam tu nie wmawiać, że to los biednych leży panu na sercu.
I tu wracamy do prawdziwego problemu z GMO. Do patentów na żywność. Rolnicy przestają być rolnikami, stają się najemnikami globalnych korporacji. Żeby móc siać i zbierać, muszą wykupić od korporacji nasiona i licencje na hodowanie tych nasion. Na ten zakup korporacja oczywiście z chęcią da kredyt na lichwiarski procent. A jak się potem okaże, że zbiory nie będą wyglądały tak ładnie jak w folderze, to sorry. W Indiach chłopi wiedzieli, jak sobie poradzić w takiej sytuacji. W Polsce liczba samobójców wśród rolników rośnie regularnie od 1989 roku. Ale może samobójców nigdy za mało. Samobójstwo lepsze niż aborcja. Ktoś powinien zrobić takie billboardy.
W ogóle wszystkiego jest na świecie za dużo. Z takim twierdzeniem mógłbym się nawet zgodzić. Można by też dodać, że za dużo jest właścicieli wszystkiego. A przecież wystarczyłoby kilka globalnych korporacji, które miałyby wszystko i się tym wszystkim zajmowały. Oczywiście dramatyzuję. A o ile szkodliwość GMO dla zdrowia może być podważana, to już szkodliwość dla środowiska trudniej. Jak pisze prof. Ludwik Tomiałojć (eksperci za GMO?): „Dla polskiej przyrody najważniejsze jest, co następuje: Dzięki drobnoziarnistej strukturze upraw i niskiego zużycia biocydów kraj nasz jest ostoją czystej chemicznie produkcji rolnej oraz ostoją wielu odmian kultywarów i wielu gatunków dzikich. Mogą one wyginąć w razie likwidacji rolnictwa tradycyjnego i ekologicznego. Inwazja przemysłowych upraw roślin GM może też silnie zredukować krajową różnorodność genetyczną i gatunkową”. Ale po co nam tyle różnorodności? I tak mało kto jest w stanie spamiętać nazwy tych wszystkich roślin. Polecam też cały tekst prof. Tomiałojcia. Dość jasno tłumaczy, że z GMO chodzi o to, że go nie potrzebujemy. GMO potrzebuje głównie Monsanto. Państwo polskie nie ma obowiązku działać w interesie tej firmy. Znamienne, że ekspert w wywiadzie nie mówi ani słowa o patentach i posiadających je korporacjach. Dziennikarza też jakoś to nie interesuje.
Mimo wszystko, jestem za modyfikacjami genetycznymi. I gdybym mógł tak zmodyfikować swojego embriona, że byłbym dwa razy większy i mądrzejszy, to nie wahałbym się ani minuty. Choć wahałbym się trochę dłużej, gdyby się okazało, że w efekcie stanę się własnością jakiejś korporacji. Niestety nawet korporacje na razie nie robią takich rzeczy. Ale może kiedyś zaczną. I to dopiero będzie ciekawe.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...