|
A lot of people don’t take metal seriously as art, and a lot of people don’t take art seriously as ethics. That’s fine, I guess – but as for myself, I do both.
Hunter Hunt-Hendrix
Gdy wymienialiśmy się w redakcji KP linkami do relacji z OFF Festiwalu, padł pomysł, żeby głosować, która z nich jest najgłupsza. Głosowanie w końcu nie nastąpiło, być może dlatego, że wybór byłby zbyt trudny. Fakt, że w dwóch największych gazetach ukazują się teksty, których autorzy zastanawiają się, czy muzyka na OFFie jest rzeczywiście offowa tudzież niezależna, świadczy dobitnie, że powinni oni pójść w ślady Dody i zacząć myśleć o zakończeniu kariery.
Albo przynajmniej przejść na emeryturę. Co o tyle zabawne, że jeden z nich, czyli Marcin Kube, jest bodajże pięć lat młodszy ode mnie. Nie przeszkadza mu to jednak ustawiać się w roli mentora i ogłaszać górnolotnie, lecz jednocześnie hipstersko: „Czasy, gdy na Offie ważna była tylko muzyka, minęły”. Chciałoby się powiedzieć: „Heloł, czasy, gdy ważna była tylko muzyka, nigdy nie nastąpiły. Nie tylko na Offie, ale w ogóle”. Jednak chyba szkoda strzępić języka. Jeśli ktoś był w stanie w tak krótkim tekście zmieścić tyle banałów, uproszczeń i nieporozumień, to żadne heloł mu nie pomoże. Pozdrawiam więc tylko w imieniu wielkomiejskiej elity, dla której OFF to mekka.
Tekst Roberta Sankowskiego jest nie mniej kuriozalny. Już pierwsze słowa ustawiają wysoko poprzeczkę. Dowiadujemy się, że widz OFF Festiwalu „jest biały”. Zaskakująca teza w monolitycznej rasowo Polsce. Być może Robert Sankowski, jako wybitny erudyta, zna w Polsce festiwale, na które przyjeżdżają głównie fioletowi. Niestety mi tej erudycji brak. Oczywiście, jako zwolennik społeczeństwa wielokulturowego i modyfikacji genetycznych, mam nadzieję, że jeszcze dożyję czasów, gdy jakiś recenzent będzie mógł rozpocząć charakterystykę typowego widza festiwalowego od słów: „jest pomarańczowy”, ale tymczasem wygląda mi to na wyrabianie wierszówki. Jak cały tekst Sankowskiego. Dalej możemy się jeszcze dowiedzieć, że taki widz lubi muzykę. Kolejne odważne stwierdzenie a propos osób, który przyjechały do Katowic na festiwal muzyczny. Choć wcale nie tak oczywiste, jak przekonamy się za chwilę.
Fakt, że Sankowski toczy z samym sobą spór „Ile offu na OFF-ie?” sytuuje go jako osobę, która mentalnie utkwiła w latach 90. (czyżby był imigrantem z Portland, Oregon? Jeśli tak, to trochę mu zazdroszczę). Najwyraźniej nie potrafi się z nich wydostać: „Alternatywa nie zamyka się dziś w getcie tego, co niezależne i jedyne słuszne”. Naprawdę? To dopiero SZOK. I jak w ogóle można na to pozwolić? Przynajmniej recenzent „Rz” się przeciwko temu buntuje, hehe. A Sankowski się bezwolnie godzi. Może powinniśmy wybudować jakieś getta i tam wtrącić całą alternatywę? Zresztą w ogóle co to za dyskusja. Również dobrze można by się zastanawiać, czy dyskietki są lepsze od kaset, a Atari od Commodore. A nawet ta ostatnia polemika wydaje mi się ciekawsza. Zostawmy więc Sankowskiego w Portland. Byłbym ostatnim, który by komuś odbierał jego zabawki.
W mniej mainstreamowych mediach również ciekawe historie. Borys Dejnarowicz, były naczelny „Porcysa”, aktualnie piszący dla T-Mobile Music stwierdza, że najważniejszym dla niego wydarzeniem OFFu był mecz piłki nożnej Porcys-Screenagers, czym chyba próbuje udowodnić, że porządny z niego hipster. Złośliwie można by jego relację streścić w zdaniu: „Jestem tak hipsterski, że bardziej, niż muzyka interesuje mnie piłka nożna i siedzenie w ogródku ze znajomymi”. Na szczęście nie jestem złośliwy, więc nic takiego nie powiem. Nikomu też nie bronię interesować się tak ważnymi meczami, jak te pomiędzy dwoma wymienionymi wcześniej drużynami. Obejrzałbym go chętniej, niż finał Ligi Mistrzów, ale niestety nie było mi dane dowiedzieć się, że taki mecz się odbywa. Może mam złych znajomych. Choć meczu nie widziałem, to wiem, kto go wygrał. Marta Słomka. Wygrał go łatwo, bo zanim się w ogóle zaczął.
Równie hipsterska jest relacja Bartka Chacińskiego. Zaczynam myśleć, że kłamał, gdy w słynnym już „Pytaniu na śniadanie” stwierdził, że jestem bardziej hipsterski od niego. Relacja Chacińskiego skupia się głównie na ogródku piwnym i znajomych. Dobrze to rozumiem, bo sam lubię piwo, leżaki i znajomych. Niestety piwem z ogródku nie sposób było się upić, jeśli nie ma się ekonomiczności Marii Halber (pozdrawiam cię Marysiu), a nawet jeśli przemyciło się wódkę. Wiem, bo przemyciłem i desperacko pochłaniałem kolejne plastikowe kubki. Nie udało się. Ani minuty urwanego filmu. Byłem tylko potem bardzo, bardzo zmęczony. Oddając te pokłony w stronę mojego wewnętrznego hipsterstwa, możemy dojść do muzyki.
Niewątpliwie tegoroczny OFF upłynął pod znakiem black metalu. Choć nie do końca przekonało mnie Meshuggaha, bo pan wokalista mógł sobie darować krzyczenie na publiczność, jakbyśmy byli w No Mercy, a poza tym dostałem łokciem i dopiero dziś po proszkach przestało mnie boleć, to już Liturgy było najważniejszym wydarzeniem festiwalu. Nie doceniłem ich płyty, ale gdy zobaczyłem na żywo skrzeczącego Huntera Hunt-Hendrixa, to zaczęło gwałtownie rozwijać się w mojej głowie przekonanie, które, jako przeczucie, tkwiło już we mnie od dawna.
Jakiś czas śledzę już bloga Black Metal Theory i zaczynam myśleć, że być może to jest jedyna alternatywa dla skostniałego uniwersytetu i rozleniwionego mainstreamu. Nie mam wątpliwości, że potrzebujemy dziś filozofii radykalnej, jakiej nie jest w stanie wyprodukować żadna z tych instytucji. Polski uniwersytet staje się tak bardzo zależny od swoich mecenasów, że boi się bez ich zgody pierdnąć, więc zatrudnia firmę Ernst & Young, żeby powiedziała mu, co ma ze sobą zrobić. W innych krajach nie jest lepiej. Black metal jako filozofia przyszłości? Być może nic innego nam nie pozostaje. Wokalista zespołu Liturgy, Hunter Hunt-Hendrix, jest np. autorem eseju pt. Transcendental Black Metal w bardzo ciekawej książce Hideous Gnosis: Black Metal Theory Symposium. Czytelników KP może zainteresować zapewne definicji teorii politycznej black metalu, sformułowana w jednym z tekstów przez Benjamina Noysa. Black metal miałby być: „amalgamatem stirnerowskiego egoizmu i nietzscheańskiego arystokratyzmu: radykalnie antyhumanistycznym antyindywidualizmem wrogim społecznym porządkom współczesnego świata”.
Co ciekawe z black metalu wydawały się korzystać również zespoły, które na pierwszy rzut oka trudno o takie wpływy podejrzewać. Ściana dźwięku powstała w czasie koncertu Suuns była cudownym zaskoczeniem. Nawet Oneidę, czy Barn Owl jestem skłonny podejrzewać o sekretne(a może wcale nie) inspirowanie się metalową klasyką. Wszystko jedno, czy to by było stare rosyjskie Branikald, czy nowe amerykańskie Wolves in the Throne Room. Zapewne podejrzewałby o to nawet Dan Deacona, gdybym dotarł na jego koncert. Nie dotarłem, więc nie podejrzewam. Jednego jestem pewien. Kto nie słucha blacku, nie wie nic o życiu. I nawet litry piwa na leżakach, wszyscy znajomi świata, ani nawet Portland, Oregon mu nie pomogą.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...