|
Zemsta, to zwykła zemsta na bardziej ambitnych kolegach - myślałem sobie czytając krytykę raportu na temat sytuacji szkolnictwa wyższego w Polsce zrealizowanego przez konsorcjum złożone z firmy Ernst&Young oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Ministerstwo Nauki postanowiło zapłacić prywatnej firmie dwa miliony złotych, żeby jej pracownicy mogli się poznęcać nad swoimi kolegami, którzy postanowili nie sprzedać się korporacjom, ale pozostać na uniwersytetach. Zaprawdę wielka musi być frustracja i gniew pracowników E&Y, że z taką rozkoszą kopią leżącego, jednocześnie inkasując za to grubą kasę. Wygląda na to, że równie dobrze na tych trzystu stronach mogłoby się znajdować tylko jedno zdanie: jesteście frajerami. Jesteście frajerami, jesteście frajerami, jesteście frajerami. Zdanie to powtórzone odpowiednią ilość razy miałoby pewnie zbliżony merytorycznie sens do przedstawionej analizy. Ministerstwo pewnie i tak zapłaciłoby te dwa miliony. A przynajmniej byłoby to bardziej uczciwe.
Dosyć to smutne, ale wygląda na to, że Ministerstwo wyłożyło kasę nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale jedynie dlatego, że prywatne jest lepsze niż publiczne. I lepiej zapłacić dwa miliony prywatnej firmie, niż np. podnieść stypendia dla doktorantów, które aktualnie są niższe niż pensje w McDonaldzie. Ale cóż. Pracownik McDonalda przynajmniej coś produkuje, a taki doktorant tylko bąki zbija i czyta książki. Czasami, co prawda, nawet je kupuje. Ale przecież lepiej, żeby kupował ja za własne pieniądze niż za państwowe. Państwo nie potrzebuje książek, tylko raportów. Dlatego zatrudnia firmę, żeby przepisała trochę danych z roczników statystycznych GUS-u i analiz OECD oraz okrasiła je bełkotliwym wodolejstwem, z którego wynika, że ogólnie to kiepsko jest, więc najlepiej, żeby zabronić pracownikom uniwersytetów pracować za dużo, bo w sumie w McDonaldzie ciągle są wakaty. A w ogóle, to gdybyście byli naprawdę mądrzy, to już dawno kasowalibyście po 5,5 patyka za stronę w prywatnych firmach, a nie ślęczelibyście za darmo i po godzinach, żeby pokazać, że to, na czym ktoś przynajmniej zarobił jakieś solidne pieniądze, kupy się nie trzyma.
Niestety nie wszyscy są tacy mądrzy, żeby od razu po studiach trafić do E&Y, i ludzi z E&Y bardzo to wkurza. Będą się teraz koledzy z uniwersytetu obijać za pieniądze z ich podatków? Nie ma mowy. A jednak tacy ludzie są i rzeczywiście postanowili sprawdzić, za co takiego Ministerstwo Nauki zechciało zapłacić dwa miliony. Polecam lekturze, bo „10 grzechów głównych” to naprawdę zabawna lektura. Choć przecież smutna. Abstrahując od tego, że E&Y postanowił w swojej analizie przedstawić dostępne w internecie dane, które Ministerstwo Nauki mogłoby już znać, jeśli prenumeruje roczniki GUS, to korzystali również z tak ważnych źródeł jak Wikipedia. Gdyby nie ona, pewnie autorzy E&Y nigdy nie dowiedzieliby się, jaka jest wielkość i rozmieszczenie ośrodków akademickich w Polsce. A przecież należałoby to wiedzieć, jeśli przygotowuje się raport na temat sytuacji szkolnictwa wyższego. W związku z tym proponowałbym dla raportu E&Y nową nazwę: Uniwersytet? A, tak. Czytałem o tym na Wikipedia. Podobno jest jakiś w Warszawie. Analiza.
Przy takim poziomie refleksji i sumienności nie dziwi, że autorzy nie widzą powodu, dlaczego UW nie może działać tak samo jak Harvard. No cóż. Należałoby najpierw znaleźć dwadzieścia tysięcy osób gotowych płacić sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów czesnego rocznie, a potem proszę bardzo. Można sobie porównywać. Autorzy chcieliby, żeby uniwersytety bardziej współpracowały z firmami. Jak wiadomo, polskie firmy są w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zakres i innowacyjność badań, więc aż dziw, że to do tej pory nie powstał przy każdym uniwersytecie instytut badawczy sponsorowany przez jakąś markę. Instytut Badawczy „Tyskie”. Centrum Badań nad Rozwojem „Biedronka”. Centrum Analiz „TVN”. Niezależny Ośrodek Myśli im. PKO. A przecież większość polskich firm to przedsiębiorstwa małe i średnie. Punkt doradczy Xero u Adama. Fundacja Świeże Kanapki. Stowarzyszenie Rozwoju Nauki nad Zbieractwem Jabłek.
E&Y ani IBnGR nie uznali również za słuszne zająć się sytuacją studentów czy doktorantów. Ostatecznie uniwersytet to taka sama firma jak każda inna. Jak się studenci skończą, to znajdzie się jakieś inny target. Jak doktoranci odejdą, zatrudni się stażystów. Ci przynajmniej lubią pracować za darmo. To już bardziej wyczerpującą analizę przedstawiła na łamach „Tygodnika Powszechnego” studentka MISH-u Joanna Soćko. Gdyby Ministerstwo Nauki, zamiast prywatnej firmy, zatrudniło kilku co bardziej ambitnych studentów MISH-u czy doktorantów, z pewnością otrzymałoby znacznie ciekawszą analizę. A pewnie i taniej. Choć właściwie dlaczego taniej? Gdyby Ministerstwo, zamiast łożyć na utrzymanie prywatnych firm doradztwa, zainwestowało w finansowe wspieranie ludzi nauki, z pewnością wyszłoby to na korzyść zarówno nauce, jak i Ministerstwu. O społeczeństwie wiedzy nie wspominając. No, chyba że to społeczeństwo wiedzy, o którym tyle się mówi, ma być społeczeństwem wiedzy E&Y ściągniętej z internetu.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...