> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ernst&Young - oddaj moje dwa miliony Drukuj
Jaś Kapela   
25.12.2010

Zemsta, to zwykła zemsta na bardziej ambitnych kolegach - myślałem sobie czytając krytykę raportu na temat sytuacji szkolnictwa wyższego w Polsce zrealizowanego przez konsorcjum złożone z firmy Ernst&Young oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Ministerstwo Nauki postanowiło zapłacić prywatnej firmie dwa miliony złotych, żeby jej pracownicy mogli się poznęcać nad swoimi kolegami, którzy postanowili nie sprzedać się korporacjom, ale pozostać na uniwersytetach. Zaprawdę wielka musi być frustracja i gniew pracowników E&Y, że z taką rozkoszą kopią leżącego, jednocześnie inkasując za to grubą kasę. Wygląda na to, że równie dobrze na tych trzystu stronach mogłoby się znajdować tylko jedno zdanie: jesteście frajerami. Jesteście frajerami, jesteście frajerami, jesteście frajerami. Zdanie to powtórzone odpowiednią ilość razy miałoby pewnie zbliżony merytorycznie sens do przedstawionej analizy. Ministerstwo pewnie i tak zapłaciłoby te dwa miliony. A przynajmniej byłoby to bardziej uczciwe.

Dosyć to smutne, ale wygląda na to, że Ministerstwo wyłożyło kasę nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale jedynie dlatego, że prywatne jest lepsze niż publiczne. I lepiej zapłacić dwa miliony prywatnej firmie, niż np. podnieść stypendia dla doktorantów, które aktualnie są niższe niż pensje w McDonaldzie. Ale cóż. Pracownik McDonalda przynajmniej coś produkuje, a taki doktorant tylko bąki zbija i czyta książki. Czasami, co prawda, nawet je kupuje. Ale przecież lepiej, żeby kupował ja za własne pieniądze niż za państwowe. Państwo nie potrzebuje książek, tylko raportów.  Dlatego zatrudnia firmę, żeby przepisała trochę danych z roczników statystycznych GUS-u i analiz OECD oraz okrasiła je bełkotliwym wodolejstwem, z którego wynika, że ogólnie to kiepsko jest, więc najlepiej, żeby zabronić pracownikom uniwersytetów pracować za dużo, bo w sumie w McDonaldzie ciągle są wakaty. A w ogóle, to gdybyście byli naprawdę mądrzy, to już dawno kasowalibyście po 5,5 patyka za stronę w prywatnych firmach, a nie ślęczelibyście za darmo i po godzinach, żeby pokazać, że to, na czym ktoś przynajmniej zarobił jakieś solidne pieniądze, kupy się nie trzyma.

Niestety nie wszyscy są tacy mądrzy, żeby od razu po studiach trafić do E&Y, i ludzi z E&Y bardzo to wkurza. Będą się teraz koledzy z uniwersytetu obijać za pieniądze z ich podatków? Nie ma mowy. A jednak tacy ludzie są i rzeczywiście postanowili sprawdzić, za co takiego Ministerstwo Nauki zechciało zapłacić dwa miliony. Polecam lekturze, bo „10 grzechów głównych” to naprawdę zabawna lektura. Choć przecież smutna. Abstrahując od tego, że E&Y postanowił w swojej analizie przedstawić dostępne w internecie dane, które Ministerstwo Nauki mogłoby już znać, jeśli prenumeruje roczniki GUS, to korzystali również z tak ważnych źródeł jak Wikipedia. Gdyby nie ona, pewnie autorzy E&Y nigdy nie dowiedzieliby się, jaka jest wielkość i rozmieszczenie ośrodków akademickich w Polsce. A przecież należałoby to wiedzieć, jeśli przygotowuje się raport na temat sytuacji szkolnictwa wyższego. W związku z tym proponowałbym dla raportu E&Y nową nazwę: Uniwersytet? A, tak. Czytałem o tym na Wikipedia. Podobno jest jakiś w Warszawie. Analiza.

Przy takim poziomie refleksji i sumienności nie dziwi, że autorzy nie widzą powodu, dlaczego UW nie może działać tak samo jak Harvard. No cóż. Należałoby najpierw znaleźć dwadzieścia tysięcy osób gotowych płacić sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów czesnego rocznie, a potem proszę bardzo. Można sobie porównywać. Autorzy chcieliby, żeby uniwersytety bardziej współpracowały z firmami. Jak wiadomo, polskie firmy są w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zakres i innowacyjność badań, więc aż dziw, że to do tej pory nie powstał przy każdym uniwersytecie instytut badawczy sponsorowany przez jakąś markę. Instytut Badawczy „Tyskie”. Centrum Badań nad Rozwojem „Biedronka”. Centrum Analiz „TVN”. Niezależny Ośrodek Myśli im. PKO. A przecież większość polskich firm to przedsiębiorstwa małe i średnie. Punkt doradczy Xero u Adama. Fundacja Świeże Kanapki. Stowarzyszenie Rozwoju Nauki nad Zbieractwem Jabłek.

E&Y ani IBnGR nie uznali również za słuszne zająć się sytuacją studentów czy doktorantów. Ostatecznie uniwersytet to taka sama firma jak każda inna. Jak się studenci skończą, to znajdzie się jakieś inny target. Jak doktoranci odejdą, zatrudni się stażystów. Ci przynajmniej lubią pracować za darmo. To już bardziej wyczerpującą analizę przedstawiła na łamach „Tygodnika Powszechnego” studentka MISH-u Joanna Soćko. Gdyby Ministerstwo Nauki, zamiast prywatnej firmy, zatrudniło kilku co bardziej ambitnych studentów MISH-u czy doktorantów, z pewnością otrzymałoby znacznie ciekawszą analizę. A pewnie i taniej. Choć właściwie dlaczego taniej? Gdyby Ministerstwo, zamiast łożyć na utrzymanie prywatnych firm doradztwa, zainwestowało w finansowe wspieranie ludzi nauki, z pewnością wyszłoby to na korzyść zarówno nauce, jak i Ministerstwu. O społeczeństwie wiedzy nie wspominając. No, chyba że to społeczeństwo wiedzy, o którym tyle się mówi, ma być społeczeństwem wiedzy E&Y ściągniętej z internetu.

  

  

Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Mandark   |25.12.2010 15:46:27
Fajnie byłoby, gdyby KP bardziej zaangażowała się w krytykę działań Kudryckiej i
obszerniej relacjonowała wydarzenia w zakresie edukacji. W końcu w redakcji jest
wielu studentów, a i większość czytelników to studenci.
dufft  - swietny felieton   |25.12.2010 16:17:38
i totalna obluda tych tzw ekspertow..

te historie sie niestety powtarzaja..
niedawno glosno bylo o tym jak Price WaterHouse Coopers doradzal firmie Energa,
ze przejecie jej przez PGE to zla opcja.
A pare miesiecy pozniej doradzal
Ministerstwu Gospodarki, zeby PGE Energę przejelo… sic!

religia w ktorej
bogami sa tzw "eksperci" i firmy consultingowe…

glosno o tej
sprawie bylo np tu:
http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,8403743,J
ak_PricewaterhouseCoopers_doradzal_w_sprawie_Energ i.html

no coz, bylo glosno
bylo, ale zadnej lekcji…
chatte botte   |25.12.2010 16:38:46
Bardzo celnie wypunktował Pan i pokazał w krótkich słowach głupotę E&Y.
W
Polsce jest tak, że jak jakaś firma drapnie wielkie pieniądze, w różny i
zakulisowy sposób ‘załatwiane’, od razu uważają się za bogów.

Co do
doktorantów i studentów też racja.
W samym MNiSzW uważa się ich za pasożytów,
którzy domagają się nie wiadomo czego.
Nieciekawie to wygląda a będzie
wyglądało jeszcze nieciekawiej.

Ze świątecznymi pozdrowieniami,
chatte
Mateusz P   |25.12.2010 19:42:01
Dzięki za opisanie tego problemu. To ważna sprawa i trzeba działać.
Thome  - Tłuste miliony.   |25.12.2010 20:15:46
Bo np. gdyby te tłuste milioniki z publicznego grosza (tu uwaga: Jan rozróżnia
pochodzenie funduszy i podkreśla to) nie poszły do karmana jakiegoś śmierdzącego
neoliberała z E&Y, ale do uduchowionej, prospołecznej i uwrażliwionej na los
doktoranta kieszeni Janka - no to wtedy tak!

Wesołych Świąt, Janek.
Spokojny   |25.12.2010 23:30:13
Belkot o Harvardzie powtarza sie w kazdej rozmowe z ludźmi pragnącymi
sprywatyzować naukę, edukację, sztukę, parki narodowe, medycynę, komunikację i
nawet wojsko. Zawsze ten Harvard. Rzeczywiście nigdy mi nie przyszło do głowy
sprawdzić ile tam kosztuje czesne. Poważnie 150 tysięcy baksów rocznie? Tyle
byśmy musieli placić za studia? No, może gdybyśmy nie płacili ZUSu to stac by
nas było :))
Eurypides77   |26.12.2010 00:39:43
Może i raport E&Y jest słaby i trzeba go krytykować (nie znam więc się nie
wypowiadam), ale poziom retoryki felietonu jest dość żałosny.

Sprowadzenie
wszystkiego do generalizujących wycieczek osobistych pod adresem tych "mało
ambitnych" jest kiepskie i niczego poza osobistymi frustracjami autora nie
dowodzi (żeby było jasne, nie pracuję dla E&Y ani dla żadnego z ich
konkurentów). Równie dobrze możnaby stworzyć podobny stereotyp przeciętnego
polskiego doktoranta, który nie ma publikacji, nie ma osiągnięć naukowych, a
cała jego pozycja jest funkcją tego ilu profesorom jest tak głęboko w stanie
wejść, że tylko buty wystają - tylko po co?
ubik   |26.12.2010 10:55:31
Brawo Jasiu! Podzielam zdanie Mandarka, że KP powinna gęściej się wypowiadać na
temat edukacji i nauki, bo to ważne problemy i wam blisko.
chatte botte   |26.12.2010 12:32:41
W zasadzie nie wiem, czy warto rozważać, że ‘gdyby J.Kapela dostał te pieniądze’
to byłoby lepiej. Nie w tym rzecz, zresztą, to jedynie gdybanie, i tak nikt mu
na razie ich nie zapłaci. Nie żebym go broniła, jest jednym z mniej znanych
‘ogniw’ tego portalu i KP. Jednakże mówi o faktach, o tym jak firmy traktują
odbiorców pisząc swoje analizy z powietrza albo z Wikipedii, we dwie, trzy
osoby, bo ‘po co dzielić pieniądze na zespół 15to osobowy?’…
To samo można
napisać o bankach. Dlaczego po kryzysie liczba banków wzrosła? No bo wyrzucili
na bruk pracowników wielkich banków, którzy wiedząc, ze interes i tak się
opłaca, pootwierali swoje ‘małe’ jednostki. Proszę zobaczyć na bardziej znane
ulice wielkich i małych miast.

Ad innego pytania: na UJ w Krakowie pewien
znany prof. otworzył kierunek humanistyczny i założył, że przyjadą studiować
Amerykanie. Za rok chciał 100 tys. Kierunek zamknięto zanim się otworzył, bo
nikt nie przybył. No więc otworzono ‘Centrum badań…’. Wiadomo. Warto
przeczekać. To jest takie potraktowanie nauki w Pl a la Harvard.

Co do jeszcze
innego pytania: doktoranci za granicą także niewiele publikują. Polacy są w
czołówce, choć fakt, że jak zagraniczni publikują to po angielsku, a naszym - bo
są tacy co publikują po 20 art. rocznie - zapewne chodzi o punkty i o
stypendium.

Jak to brać, jest niewesoło.
Dobrze, mimo wszystko, że p. Kapela o
tym coś napisał.
Pozdrowienia,
chatte
Mestwin  - Stypendia doktoranckie, dobre sobie   |26.12.2010 22:08:41
Wyobraźcie sobie, że są miejsca, w których JAKIEKOLWIEK stypendium doktoranckie
jest obiektem marzeń. Jestem doktorantem na Wydziale Historycznym UG i stypendia
owszem, teoretycznie są (zdaje się taki jest wymóg ministerstwa), tyle że, po
pierwsze: o wysokości niższej (!) niż stypendia dla "zwykłych"
studentów, po drugie: żeby je dostać, trzeba mieć zajęcia na uczeni, ale tych
się nie dostanie, bo nie starcza godzin dla pracowników. W efekcie na ok. 100
osób ze wszystkich 4 lat stypendia pobiera ok. 2-3 osób. Z zajęciami w ogóle
ciekawa sprawa, bo ja je właśnie dostałem (musimy wszyscy teoretycznie wyrobić
staż), tyle że jestem na IV roku i w związku z tym w przyszłym roku wypadam z
formalnego toku studiów. Taka darmowa naukowa siła robocza, hehe, co zresztą
prawie wprost mi powiedziano.

Tak więc są w Polsce doktoranci, dla których ten
mityczny makdonald to nie groźba, a realność (+ na każdym kroku słuchanie, że
mamy się cieszyć, bo nie musimy płacić za doktorat!). Gdańsk nie jest tu jedyny,
z tego co wiem, podobnie ma Rzeszów. I potem wielkie zdziwko, że doktoranci są
słabi, nie mają publikacji itd. To ja się pytam: JAK K…A mamy pracować naukowo
jednocześnie pracując zarobkowo?! A tak, oczywiście: do trzydziestki i dłużej
siedzieć na garnuszku rodziców. Chory i patologiczny kraj. Jak szkoda, że myśmy
odzyskali niepodległość: dla mnie 11.XI to dzień żałoby.
iza   |26.12.2010 23:20:50
Jasiu! A nie prosiłam cię? Bądź sobą!!!! "Kopanie leżącego"- co to za
starcza dialektyka?????
dufft  -    |26.12.2010 23:51:16
no wlasnie nie Eurypides.

nie możnaby, ponieważ taka analogia byłaby fałszywa -
ludzie z E&Y mogą sobie być mało ambitni, chciwi i słabi, ale dlatego bo to
tylko firma i nie ważne jacy są o ile nie łamią prawa. (choć szkoda na nich
jeśli są słabi wydawać publiczną kasę).

A doktoranci powinni być ambitni,
dobrzy, mieć sukcesy naukowe itp ale system im to konsekwentnie utrudnia.

więc
tworzenie "podobnego" stereotypu doktoranta byłoby nietrafione i
świadczyłoby o niezrozumieniu kontekstu społeczno-politycznego.
viking   |27.12.2010 03:44:32
Płatne szkolnictwo wyższe ma swoje zalety. Sprowadzają się one do zasady
,,płacę, więc wymagam".
Tzlko, że właśnie z tego powodu, prywatyzacja nauki
w Polsce nie może się udać.

Na polskich uczelniach stosunek do studenta jest
reliktem dawnej epoki. Młody człowiek ma przyjść, wysłuchać wykładu, zdać
egzamin i nie gadać za wiele. Myśl, iż mógłby aktywnie uczestniczyć w
kształtowaniu zajęć, np. protestując, gdy wykłady zawierają merytoryczne błędy
czy są nudne, dla dużej części polskich profesorów i doktorów jest myślą
egzotyczną. Są oni przekonani, że na studiach, jak w szkole, młody człowiek ma
po prostu słuchać starszych.
Polskie uniwersytety szybko nadrabiają
modernizacyjne braki kupując nowe komputery i fachowy sprzęt, metalnościowo
tkwią jednak w PRLu.
wtret  - Nie Harvard, a MIT   |27.12.2010 14:36:18
Massachussets Instytute of Technology to chyba nawet lepsza uczelnia, a zdrowo
zasilana z budzetu panstwa - wiem ida leb w leb i moze w niektorych rankingach
Harvard prowadzi. W kazdym argument, ze tylko prywatne w nauce sie sprawdza -
przeciez Harvardowi depcze po pietach Berkeley - zdaje sie panstwowa uczelnia,
nie?
ubik   |27.12.2010 17:53:35
@Viking głosi pomysły, że to nie profesorowie mają egzaminować studentów,
ale studenci profesorów. Brawo @Viking! Za możliwość pouczania profesorów
warto zapłacić spore czesne. To będzie polski wkład w światową naukę. Studenci
będą mówić profesorom, czego chcą się uczyć i co jest ciekawe, a co nudne. W ten
sposób rynek zwycięży, Tak jak w filmie, rynek nam mówi, że najlepszym filmem
jest Harry Potter, więc jest najlepszy. Hi, hi.
viking   |28.12.2010 00:04:32
@ ubik

Spokojnie. Nie rozpędzaj się w swej dowcipności.

W większości
krajów, o których coś mi wiadomo (Szwecja, Francja, USA, Niemcy) wykładowcy
wiedzą, że student jest dorosłym człowiekiem, z którym trzeba się liczyć i
wiedzą także, że nie mogą np. wpisywać piątek za krótkie spódniczki bądź
opowiadać na wykładach o swoim życiu zamiast o tym co jest ich [tych wykładów]
właściwym tematem. Tu nie chodzi o to, że studenci układają program nauczania,
ale że mają prawo protestować gdy nie jest on realizowany (lub jest ale źle)
bądź też, gdy nie szanuje się ich praw.
Większość polskich profesorów podchodzi
poważnie do swej pracy, ale jest też niemała mniejszość, której zachowania
opisywane są w nieśmiertelnych studenckich ,,legendach". Mniejszość ta bywa
pijana na wykładach, miewa skandaliczne odzywki do studentów itp. itd. Ludzie, o
których krążą opowieści trzymają się na polskich uniwersytetach niejednokrotnie
kilkanaście/ kilkadziesiąt lat i wszyscy udają, że to jest O.K.
Na razie taki
jest właśnie ,,polski wkład" w naukę.
Szkoda, że nie zauważasz mojej
ironii. Chodzi mi o to, że uniwersytety zamiast jęczeć, iż nie mają pieniędzy,
powinny najpierw zrobić porządki w swoich szeregach, bo dziś jest w nich tak
dużo problemów, że pomysł wprowadzenia opłat wydaje się nie tylko pomysłem
neoliberalnym, ale także, co tu dużo mówić: cholernie bezczelnym.
marlena   |28.12.2010 10:25:54
viking ma niestety racje;(

Raport E&Y jest stworzony przez absolwentow naszych
uczelni - i jest dokladnie taki, jak jakosc nauczania w Polsce. Nie tworzyli go
przeciez obcokrajowcy;). Zwazywszy, ze staz, a potem ewentualnie etat w
miedzynarodowych firmach konsultacyjnych otrzymuja najlepsi studenci, badz
absolwenci - to strach sie bac.
Co do relacji wzajemnych kadry naukowej i
studentow, to postawowym problemem naszego calego szkolnictwa, od podstawowki
zaczynajac a na studiach podyplomowych konczac, jest brak szacunku dla ucznia. I
odwalanie zajec przez kadre dydaktyczna - wysluchac, zanotowac i wydeklamowac na
egzaminie, to wszystko czego sie wymaga. Niechec do dalszego ksztalcenia sie
wykladowcow, korzystanie z podrecznikow z zamierzchlej przeszlosci, zniechecanie
studentow do samodzielnego myslenia itd, itp.
ubik   |28.12.2010 12:59:27
Głównym problemem nauki polskiej jest niedofinansowanie, które prowadzi do
koncentracji na dydaktyce (brak kasy na badania) i wieloetatowości, a ta obniża
poziom wykładów, bo nauczyciele biegają z jednych na drugie. To oczywiście
utrudnia aktualizowanie wykładów i bycie na bieżąco z literaturą przedmiotu,
pomijając fakt, że często wykłada się przedmioty jakie są akurat wolne. I to są
przykładowe istotne problemy w nauce, a nie brak wpływu studentów na zajęcia.
Winnym nie są źli naukowcy, którym nie chce się przygotowywać na zajęcia, ale
kolejne rządy, które rozwalają polską naukę. Wskaźnik wydatków na naukę mamy
jeden z najniższych w Europie, jeżeli nie najniższy. To nie znaczy, że nie ma
indywidualnych problemów z profesorami lubiącymi krótkie spódniczki i z
feudalnym podejściem do studentów.
viking   |28.12.2010 13:29:39
@ ubik

Nie, w Polsce to nie są ,,indywidualne przypadki".
Każdy kto
studiował zna wykładowców, którzy systematycznie obrażają studentów, mało komu
udało się nie spotkać choć jednej osoby przychodzącej na wykłady i egzaminy po
kilku głębszych.
Takich historii jest mnóstwo i oburzające nie jest to, że się
zdarzają, tylko to, że trwają latami, najczęściej zupełnie bez reakcji.

To są
kwestie mentalności, nie pieniędzy. Nie zmienią się ani wtedy, gdy zedrze się
kasę z młodych ludzi i ich rodziców ani wtedy, gdy wpompuje ją w uniwersytety
państwo.
Stosunek do studenta jest zupełnie inny zarówno w USA, jak i w Szwecji
choć państwa te, jeśli chodzi o myślenie o gospodarce, są na przeciwległych
biegunach. Dyskusję o tym, który system wybierzemy tu w Polsce, będzie można
moim zdaniem rozpocząć dopiero wtedy, gdy zaczniemy walczyć z chamstwem i
wschodnią, stepową mentalnością na naszych uczelniach.
kot   |28.12.2010 13:33:57
Przykro było patrzeć jak Michał Kleiber mataczy dyplomatycznie aby pochwalić
reformy Kurdyckiej
po to aby w końcu powiedzieć, że od mieszania łyżką herbata
nie staje się słodsza.
W sytuacji kilkukrotnie mniejszych od sąsiadów nakładów
na naukę zmiana systemu, która też kosztuje, nie przyniesie pożytku, a może
przynieść szkody.
-Zdrowie,, kolej, nauka itd.itp.
brak na to koniecznych
pieniędzy. Wydawane lekko na wirtualne zagrożenia i realne nie nasze wojny: i
Afganistan; dofinansowywanie bogatych.
Próbuje się zastępować działaniami
pozornymi, które kosztują również i przynoszą ewidentne szkody. Bo nie są w
stanie żadnego z tych systemów naprawić, a zakłócają lub niszczą funkcjonujący
chatte botte   |28.12.2010 15:29:51
Problemem polskiej nauki nie jest takie znów niedofinansowanie, jak ktoś z
Państwa się wyraził.
Zadajcie sobie pytanie: ile dostaje uczelnia za jednego
doktoranta z budżetu. No, kto wie? Bo o tym się nigdy nie mówi, zawsze się to
zaciera i nie pozwala, aby doktoranci cokolwiek wiedzieli. No i nie wiedzą. Kto
z Państwa wie?

Uczelnia za jednego doktoranta dostaje 2800 zł (tak było jeszcze
rok, dwa lata temu, nie wiem, jak jest teraz). Żeby nie było niedomówień:
miesięcznie. Tylko że doktoranci tego nie wiedzą. Prawie nigdy.
Pomyślcie
Państwo dalej.
Jeśli na wydział przyjmuje się - powiedzmy - 50 doktorantów, to
wiadomo ile uczelnia ma na czysto na miesiąc. Bo od tego 2800 uczelnia
odprowadza ZUS i resztę świadczeń za każdego doktoranta.
Stąd kolejna
odpowiedź: że pensum dydaktyczne doktoranta wlicza się (owe hipotetyczne 5 lat a
konieczne 4) do jego emerytury. Każdy doktorant ma swoje studia wliczone ‘do
emerytury’.
I nie ma inaczej. Nie ma tak, że to się wlicza, bo się wlicza. Nie
wolno się dać wodzić za nos, doktoranci powinni być bardziej świadomi i
interesować się własnymi prawami. Wlicza się do emerytury studia dlatego, bo
pieniądze wracają na różne świadczenia, dlatego właśnie doktorant ma na przykład
lekarza ‘za darmo’.
Idźmy dalej.
Co się dzieje z pieniędzmi, skoro uczelnia nie
daje stypendiów? Otóż daje pieniądze 3 doktorantom, a reszcie zatyka się buzię
dwustoma złotymi naukowego. Bo to już coś. Całą pozostałą pulę pieniędzy dziekan
zabiera i daje profesorom, którzy są utrzymywani przez doktorantów.
Jeśli
bowiem doktorant, jak powinno być zapisane, dostanie miesięcznie stypendium 1300
zł, do tego dojdzie opłata wszelkich świadczeń, no to całość wychodzi gdzieś tak
poniżej owych całych 2800 zł. Czyli uczelnia bierze z tego jedynie niewielki
procent i wtedy profesorów nie ma jak utrzymywać, płacić im dodatki funkcyjne
itd. Nie myślcie Państwo, że kierownik waszych studiów nie ma dodatku do pensum,
za niezwykle pracochłonną funkcję bycia waszym kierownikiem. A dziekan? A
dyrektor. Za to im trzeba płacić.

Na Zachodzie każdy ma tzw. bursę, to jest
około 550 eu par mois, i cześć. Do tego zwrot za akademik, obniżki, może
pracować, da się żyć. Zazwyczaj się mówi: studia są ‘płatne’. Kosztują,
powiedzmy, 1800 eu miesięcznie. Ale każdy na tym korzysta. U nas także są
‘płatne’, tyle że doktoranci nie wiedzą, co mogą, bo zazwyczaj są
zakompleksieni, no więc ich pieniądze zabiera wydział i sprawa jest prosta. Mówi
się doktorantom, gdy się upominają o swoje, w takim wypadku: i tak się cieszcie,
że studia macie za darmo. No tak, niby za darmo, ale przecież ustawowo na
doktoranta idą pieniądze z budżetu. Stąd wydział ma na komputery i na sprzęt, na
dodatki, nagrody etc., a doktorant żyje o chlebie i wodzie. Albo tłumaczy
książki za niegodne sumy. Albo jeszcze coś innego.
To trzeba zmieniać.
Świadomość ludzi.

Sprawa studiów zaocznych to jeszcze inna sprawa. Tutaj to
dopiero uczelnia zarabia.
Jest to rzecz poszczególnych nie tylko uczelni, ale
wręcz wydziałów. Bo to one ustalają wysokość stypendiów.
Oczywiście bardzo to
wszystko uprościłam, nie do końca to wyczerpuje poruszane tematy, ale być może
dobrze wiedzieć, że uczelnia ma pieniądze ale ich nie daje.

Pozdrowienia,

chatte
ubik   |28.12.2010 18:40:32
@chatte, no to nam wyjaśniłaś dlaczego źle się dzieje w polskiej nauce. Bo
profesorowie kradną pieniądze, które rząd daje na doktorantów. @Chatte
puknij się w makówę.
kot   |28.12.2010 20:28:07
-chatte
To, że finansowanie nauki jest kilkakrotnie mniejsze niż u sąsiadów jest
faktem, a więc czymś poza dyskusją.
Może to fakt nieistotny, ale to sprawa
interpretacji.
Jeżeli profesorowie zabierają (jak zrozumiałem ) pieniądze
doktorantów, nie świadczy tylko o nieświadomości i poddaństwie tych drugich ale
także o tym,że pieniędzy na europejskim poziomie nie starcza dla wszystkich.
chatte botte   |29.12.2010 02:36:03
Dziękuję Panu, ubik, za udzielenie mi celnej reprymendy w lapidarnych słowach.


Jako że jednak nie mówiłam nic na temat ‘ogólnego rozwoju polskiej nauki’ (bo
po wielu doświadczeniach wątpię, czy coś takiego w Polsce jest możliwe) a
jedynie o doktorantach i o tym, że powinni walczyć o swoje (ad vocem kilku
głosów na ten temat i problemu stypendiów), powiem tylko, że mając do czynienia
z ministerstwem słyszałam już wiele uwag takich myślicieli jak Ty.
Mijały
miesiące, lata, a oni wciąż pukali się w makówki. I nie wypukali zupełnie nic.
Kudrycka też się pukała, obserwowałam to jakiś czas, i nic nie wypukała, bo jej
ogólne pomysły na posiedzeniach były takie, że właściwie można się było oblać
rumieńcem i nazwać to nie tylko dorzynaniem ‘polskiej nauki’ ale i egzystencji
doktorantów (a i studentów także). Wokół niej też się pukali i pukali, i
wypukali to, co jest teraz.

Finansowanie mniejsze, finansowanie mniejsze, i co
z tego, że mniejsze? to argument a la Harvard.
kot, co tzn. że ‘pieniędzy nie
wystarcza dla wszystkich’? Tzn. co jeszcze i ile jeszcze dawać ludziom, którzy
siedzą w nauce 30 lat i wiecznie domagają się czegoś dla siebie, wydając rocznie
artykuł napisany wespół z doktorantem? Pieniądze to mają być dla ludzi, którzy
się rozwijają, a nie dla tych, którzy już dawno są w wieku starczym i spokojnie
mogą zdobyć pieniądze, bo sam tytuł im to zapewnia.
Znów wracamy do retoryki. A
nie wystarczyłoby, na początek, żeby każdy doktorant dostał to, co mu się
należy? Czyli to 1500 podstawowego? Dla wielu doktorantów to byłoby wielkie coś.
W tym roku po raz kolejny było mniej doktorantów (w skali ogólnej) niż miejsc.
Zaczyna się powolna panika, bo uczelnie nie dostają pieniędzy, tracą etaty,
zamyka się (zresztą jak w UE) istytuty.
I co? Nie jest tak, naprawdę nie jest,
że to nie kwestia ‘ogólnego rozwoju’ czyli jak faktycznie powiedział kot,
poddaństwa i wyzysku? Jeśli jedna grupa wyzyskuje drugą, i robi to bez
opamiętania, to ileż może to trwać?
Dla mnie i kilku osób dzielących moje
przekonania to mało rewolucyjne przyznanie doktorantom tego, co im się należy to
jednak coś, dorabiasz kolejne tysiąc i jakoś możesz, jako doktorant żyć. Dzięki
temu żyje i profesor, który doktorantów musi mieć. I nieźle przy tym zarabia na
wydaniu doktoranta, na grantach, które ma czas obmyślić doktorant, etc. I na
jakimś poziomie znika ten ‘problem polskiej nauki’, doktoranci mają czas na
robienie ‘swojego’. A profesorowie i tak mają podwójne etaty.
Rewolucjonisto
ubik, co mi tu będziesz bredził i poprawiał, Ty, który idee i pomysły masz za
pazuchą, jak większość ludzi którzy tylko to mają, i zapewne na tym poziomie
pozostaniesz; jeśli już musisz, przedstaw jakiś pomysł, a ja Ci w jednym zdaniu
powiem czy w polskim ministerstwie ‘przejdzie’ czy ‘nie przejdzie’. Ogólne
myślenie nie jest sztuką o ile nic się nie da - a nic się nie da - z nim zrobić.


Pozdrowienia,
chatte
Krzysztof Grzybowski  - I tak i nie   |29.12.2010 10:00:51
Generalnie nie zgadzam się z autorem tekstu z paru powodów.
Może zacznę od
jedynej rzeczy, z którą gotów jestem się zgodzić. Chłopcy z Ernsta są ostatnią
instytucją, która powinna się zajmować Polską Nauką. A pricing jest w tym
przypadku przesadzony.
Co do innych spraw poruszonych w tekście, to muszę
zaznaczyć, że moja osoba jest przykładem może nie buntu ale braku akceptacji
sytuacji w polskim systemie naukowym.
Pare slow o mnie. Zrobiłem doktorat
techniczny w super grupie, mam za sobą postdoca na prywatnym japońskim
uniwersytecie oraz staż w Polskiej Akademii Nauk. PAN przyciągnął mnie do siebie
ciekawym programem badawczym a odstraszył, niskimi zarobkami, skostniałą
hiearchią i nieróbstwem. Poza paroma wydajnymi osobami, reszta załogi próbowała
przetrwać od 8 do 16 i "niewiele się narobić".
Dodam, że poznałem parę
instytucji naukowych w naszym pięknym kraju i muszę stwierdzić, że właściwie ich
działania jest ukierunkowane na zdobywanie punktow wskazujących na aktywność
naukową niż na osiągnięcie jakichs realnych wynikow. W efekcie czego panowie
naukowcy generuja stosy publikacji dopuszczanych do druku w periodykach przez
ich kolegow, co daje punkty i spokoj glowy na jakis czas.
To czego brakuje
polskie nauce ( a może raczej jej technicznej czesci bardziej mi bliskiej) to
brak tzw. "bata" w postaci konkurowaniu naukowcow o naklady na badania i
zwiazana z tym koniecznosc wykazywania sie wynikami. U nas wciąż panuje
romantyczny nimb wznioslej nauki, o ktora trzeba dbac, pomimo tego ze moze byc
nieoplacalna.
Ja i moja firma lansujemy zasade, ze naklady na R&D to takie same
naklady inwestycyjne jak inne w kazdej firmie i dlatego wymagana jest ich
doglebna analiza i opracowanie rozsadnych planow badan z finalnym komercyjnym
wdrozeniem. Tego u nas brakuje.
Dlatego tez pare lat temu, jak to autor ujal,
"zaprzedalem" dusze korporacji doradczej swiadczacej uslugi w dziedzinie
R&D i komercjalizacji innowacji, bo
ubik   |29.12.2010 13:37:56
@Chatte,napisałaś wołami: "Problemem polskiej nauki nie jest takie znów
niedofinansowanie, jak ktoś z
Państwa się wyraził", po czym zaczęłaś swoje
niezbyt celne wywody na temat doktorantów. Tak więc moje wnioskowanie jest jak
najbardziej uzasadnione. @Chatte, jeżeli jesteś doktorantką, to Ci szczerze
współczuję sytuacji, ale jest ona winą rządzącej obecnie partii, na którą nie
należy głosować w kolejnych wyborach, wtedy może coś się zmieni. Chociaż nie mam
zbyt wielkich nadziei.
Spokojny   |30.12.2010 02:03:18
Viking, stosunek "placę więc wymagam" w edukacji nie musi być ideałem.
Edukacja jest relacją władzy. nie może być inaczej. Ja studentów wychowanych na
"płacę więc wymagam" miałem okazje obserwować nie dalej niż dwa lata
temu i byłem porażony, zazenowany i po prostu przestraszony tym co widziałem. W
życiu nie zapomnę dziewczyny która w imieniu całej grupy powiedziała, że
wymaganie od nich udzielania na kolokwium odpowiedzi na pytania otwarte na
czwartym roku jest nadużyciem, bo oni przez cztery lata przyzwyczaili się do
testów wyboru i do czego to podobne, żeby teraz wymagać innego trybu odtwarzania
wiedzy, który jest przecież tak znaczaco trudniejszy. Widziałem studentów,
którzy spóźniali się na wykłady po pół godziny i potrafili wprost mówić, że
skoro płacą, to mają prawo przyjść o której zechcą.
Przekonać ludzi, że
wszystko jest za pieniądze, to całkowicie ich zamknąć na doświadczenie relacji z
prawdziwym nauczycielem. Bo nauczyciel to coś zupełnie innego niż taksówkarz,
któremu płacisz za kilometr. Nauczyciel nie powinien być finansowo całkowicie
zależny od ucznia.
eee   |03.01.2011 22:28:32
Biedronka jest portugalska.
amonit  - Urlopy habilitacyjne   |14.01.2011 20:49:24
Jest jeszcze watek, który nie został podjęty - likwidacja urlopów
habilitacyjnych w projekcie reformy. RObi sie to po cichu (projekt ma charakter
aneksu do ustawy juz obowiązującej - sformułowanie "w art. 134 usuwa się
ustp 2" brzmi niewinnie) i obłudnie (bo w media idzie ton, ze Minister dba o
młodych naukowców).
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.12.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00568 Seconds