|
Od dawna już nie mieliśmy podobnej sytuacji. Wystarczy przeczytać cztery książki na krzyż i parę razy przejść się do teatru, żeby wyznaczać kanony. Ale gdy ni stąd, ni zowąd zostaniemy zaatakowani pytaniem, co właściwie sądzimy o przyswojonych dziełach, sytuacja może zrobić się mniej przyjemna. Co oczywiście nie przeszkodzi nam się swoją opinią podzielić. Z dumą zauważymy, że z Dziennika widać, że Mrożek ”przeżywa rozterki egzystencjalne, co tym bardziej zastanawia, iż był wówczas człowiekiem młodym”, natomiast diariusze Iwaszkiewicza udowadniają, że jego „losy były mocno związane z rzeczywistością polityczną czasów PRL”. (Na szczęście sami już nie mamy problemów egzystencjalnych, choć nie jesteśmy już młodzi.) Pal licho, gdybyśmy jeszcze takie uwagi wygłaszali na środowiskowym spędzie albo w klubie hobbystów, gorzej, gdy jesteśmy szefem działu kulturalnego jednego z największych polskich tygodników i postanowimy napisać artykuł o podtytule „Co każdy inteligent powinien znać”. No, ale co robić. W końcu jest się tym szefem i trzeba po raz kolejny wydać dodatek „Niezbędnik inteligenta”. Obowiązek to obowiązek. Sam znam ten ból, choć nie jestem szefem. Ale potrafię sobie wyobrazić. Jak się raz zostanie szefem, to potem trudno jest przestać. Inteligenci chyba taką mają. Zostają szefami i nie potrafią przestać. Dlatego po przeczytaniu artykułu Kanon do konwersacji odetchnąłem z ulgą. Nie jestem inteligentem. I z żadnym inteligentem nie będę miał o czym dyskutować.
Nie czytałem nowej książki Głowackiego, bo czytałem stare i wiem już, że wciągał koks ze studentami i fajny z niego koleś, ale oprócz opowiadania anegdot, to za wiele literatury tam nie ma. A Wirówka nonsensu przy takich arcydziełach tamtych lat jak Uroda na czasie Buczkowskiego, Złoty robak Piotrowskiego czy Pamiętnik z powstania warszawskiego Białoszewskiego jest żenująco słaba. Widziałem za to billboardy na mieście, więc nie dziwi mnie, że się sprzedało 60 tysięcy egzemplarzy. Zresztą żaden inteligent też pewnie ich nie mógł przeoczyć, więc na pewno wszyscy kupili. Zobaczyć coś na billboardzie, to chyba jedyna okazja dla inteligenta na zapoznanie się z książką, w czasach, gdy nawet duże tygodniki opinii oszczędzają na recenzjach literatury, zadowalając się zdawkowymi notami.
Nie zajrzałem nawet do biografii Wiery Gran Agaty Tuszyńskiej. Co innego, gdyby napisała książkę o Lady Gadze. Niestety na dobrą książkę o Lady Gadze nie mamy w Polsce co liczyć, więc inteligentowi pozostaje dyskutować o piosenkarkach sprzed wojny. Być może zresztą taki inteligent mógł wcale nie zauważyć, że wojna się skończyła (jest takich całe mnóstwo), więc być może to dla niego ciągle aktualne przeboje.
Nie wiem też niestety, czy Rymkiewicz w Samuelu Zborowskim tworzy nowy typ eseju historycznego. Pewnie dlatego, że nie sądzę, żeby mógł on być czymś jakościowy innym, niż Aleksander Fredro jest w złym humorze, czy Juliusz Słowacki pyta o godzinę. To rzeczywiście były nowe typy eseju. Tylko że było to w latach siedemdziesiątych.
Nie wybrałem się też do Och-teatru Krystyny Jandy, ani na farsę Skarpetki. Opus 124, bo - przeciwnie niż każdego inteligenta - nie interesują mnie „zgrabne błahostki”. Jest jeszcze gorzej. Bo równocześnie w dupie mam „jedną z najżywiej dyskutowanych premier ostatnich miesięcy”, czyli Naszą klasę. W ogóle jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby tak mało mnie obchodził, kto tym razem dostanie Nike. Nie sądziłem, że w tak dużym kraju do finału nagrody literackiej można wybrać siedem książek, wobec których nie będę miał żadnych uczuć, ale jednak jurorom wytypowanym przez „Wyborczą” się to udało. Czego pragnę im w tym miejscu szczerze pogratulować. Jestem pełen podziwu.
Zacząłem, co prawda, czytać Dzienniki Mrożka. (Choć trochę przeszkadzała mi świadomość, że autor, jak o tym mówił w wywiadach, ujawnił ich istnienie i zdecydował się na publikacje, tylko dlatego, że potrzebował gotówki). Jednak po wyznaniach, że ludzkość powinna czcić Mrożka podobnie, jeśli nie bardziej, jak Szekspira, uznałem, że chyba jednak nie tylko nie jestem inteligentem, ale nawet ludzkością, bo z Mrożka najbardziej cenię rysunki i zarzuciłem lekturę.
Za to niestety miałem okazję obejrzeć TVN-owski film o Szymborskiej i każdemu inteligentowi mogę szczerze poradzić, że już lepiej przeczytać jakiś jej wiersz (choć wiem, że to również może być bolesne). Film Czasamia życie bywa znośne jest potwornie TVN-owski, a jedyną rzeczą, jaką można się z niego dowiedzieć jest to, że Balcerowicz nas uratował. Ale to czytelnicy Krytyki na pewno już wiedzą. Może bym nawet przeczytał Kapuściński non-fiction, ale niestety strasznie nie lubię Kapuścińskiego. Co być może nawet nie jest jego winą, a raczej jego okrutnych apologetów, którzy bardzo starają się z niego zrobić jakiegoś Paulo Coelho, specjalistę od złotych myśli o wszystkim. Więc nawet jeśli sięgnę po Domosławskiego, to będzie to raczej jakaś inna jego książka.
Co za szczęście, że nie jestem inteligentem i nie muszę tego wszystkiego znać ani nawet o tym dyskutować.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...