|
Znajomy felietonista znanego tygodnika Jakub Żulczyk oburza się, że gdzieś na jakimś blogu – między zdjęciami Homera Simpsona z klocków lego a śmiesznymi filmikami z youtube’a – znalazł informację podająca, że Irena Sendlerowa była Niemką.
To niejedyna informacja na temat Sendlerowej zamieszczona w tym poście. Jest też skrótowo przedstawiona jej biografia, a całość kończy się nieco złośliwym stwierdzeniem, że zamiast niej Nagrodę Nobla dostał Al Gore za pokaz slajdów na temat globalnego ocieplenia. Kolegę jednak w szczególny sposób wzburzyło błędne podanie jej narodowości. Choć kogoś innego mogłoby oburzyć np. redukowanie problemu globalnego ocieplenia do pokazu slajdów. W końcu większość ludzi na świecie raczej zdaje sobie sprawę z tego, że Holocaust był złem. Nie wiem, czy to samo można powiedzieć o globalnym ociepleniu. W Polsce raczej panuje obyczaj, żeby negować problematyczność zjawiska. Choć znane są przewidywania, że jeśli coś może doprowadzić do ludobójstwa w najbliższej przyszłości, to będzie to właśnie związany m.in. ze zmianami klimatycznymi problem dostępu do różnych zasobów.
Więc choć nikt rozsądny nie będzie przecież negował zasług Sendlerowej, to może dobrze, że Pokojowe Nagrody Nobla dostają nie tylko Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, ale też inne osoby. Nie wiem, jakie jest stanowisko Żulczyka w tej sprawie, ale wspomnianą informację komentuje słowami: „No i wszystko fajnie, z tym że Sendlerowa była Polką. A-ha, prz…ep…raszam, zapomniałem. Przecież Polacy zabijali i grabili Żydów, a nie im pomagali”. Trudno mi wierzyć, że Żulczyk rzeczywiście zapomniał, że Polacy pomagali Żydom, bo w dyskusji, która się dalej rozwija, przytacza liczbę Polaków odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Skoro o tym pamięta, to dlaczego udaje, że zapomniał? Pewnym wytłumaczeniem byłby chwyt retoryczny, który nazywamy „ironią”. Żulczyk pamięta, ale wydaje mu się, że ktoś zapomniał, więc udaje, że sam zapomniał, aby zwrócić naszą uwagę na tych, którzy zapominają, że Polacy pomagali Żydom, a nie ich zabijali. Kto to taki? To my, Antypolacy.
Nie wiem, jak państwo, ale ja żadnego Żyda nie uratowałem. Żadnego też nie zabiłem. Ale to mnie nie usprawiedliwia. W ogóle chyba nic mnie nie usprawiedliwia, bo na retoryczne pytanie Semki: „Czy solidarność potomków polskich i żydowskich ofiar nazizmu nie powinna być wspólną wartością?” odpowiedziałbym, że nie wiem. A czy solidarność polskich, żydowskich i niemieckich oprawców powinna być wspólną wartością? Najwyraźniej jest, skoro taki ból sprawia nam twierdzenie, że niektórzy Polacy zabijali Żydów, a antysemityzm przed, w trakcie i po II wojnie był aktualnym sposobem myślenia. Sprzeciw budzi też twierdzenie, że spośród 250 tysięcy Żydów, którzy przeżyli wojnę, gdzieś brakuje od 175 do 210 tysięcy, jak pisze Barbara Engelking. W ogóle chyba dominuje myślenie, że skoro nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy Polacy zabili kilkadziesiąt tysięcy Żydów, czy może nawet kilkaset, to lepiej wcale o tym nie mówić. Bo przecież to tylko szacunki.
Nie jest to tylko sprzeciw Żulczyka. Podobnie Semka odmawia „uznania dogmatu, że większość Polaków w czasie okupacji aktywnie kibicowała hitlerowskiej eksterminacji”. Semka oczywiście lepiej wie, kto komu kibicował, bo sam jest kibicem. A to, że jest kibicem lata po decydującym meczu, nie przeszkadza mu w posiadaniu pewności, której posiadania odmawia Grossowi. (Choć najpierw sam mu to posiadanie przypisuje, co też może kłócić się z prawdą.) Można by się też zastanowić, czy przyjmowanie takich lub innych dogmatów jest jedynym sposobem funkcjonowania w polskim dyskursie. Jak we wspomnianym komentarzu Żulczyka. Wybór jest zero-jedynkowy: Polacy zabijali Żydów vs. Polacy ratowali Żydów. Jakby nie było żadnych możliwości pośrednich. A przecież były głównie one.
Kolejne pytanie: czy to rzeczywiście narodowość czyni kogoś bohaterem albo katem? Fakt, że Polacy mają najwięcej medali Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, nie zmienia tego, że mamy ich stosunkowo mało. Jeśli obywatele kilkakrotnie mniej licznej Holandii mają raptem tysiąc medali mniej, to można się zastanawiać, czy rzeczywiście represje za pomaganie Żydom w Polsce były o tyle większe? Z pewnością było większe pole do popisu. Tylko 140 tysięcy Żydów w Holandii i około trzech i pół miliona w Polsce. Takie dywagacje są oczywiście bez sensu. Ale budzą się we mnie, gdy czytam, że debata wokół książek Grossów, Engelking i Grabowskiego owocuje, jak pisze Żulczyk, „kreowaniem naszego międzynarodowego wizerunku jako Żydobójców i tym samym, chociażby poważnego nadpsuwania relacji polsko-izraelskich”. Mam wrażenie dokładnie przeciwne. Mówienie o tym, że Polacy nie tylko ratowali Żydów, ale też ich mordowali, może jedynie służyć oczyszczeniu relacji. Gdyby myśleć jak Żulczyk, Niemcy powinni ukrywać, że mieli cokolwiek wspólnego z nazizmem. Ale jakoś nie sądzę, żeby to poprawiło stosunki niemiecko-izraelskie.
Wg Semki: „Gross stawia wojennemu pokoleniu Polaków maksymalnie wyśrubowane wymagania moralne”. Na szczęście Semka ani Żulczyk takich wymagań nie stawiają. Po co je stawiać? W końcu wiadomo, że Polacy ratowali Żydów, a Niemcy ich zabijali. I to o tym Grossowie powinni napisać książkę. Bo wszystko inne jest antypolskie i źle służy naszemu wizerunkowi za granicą. Co widać na kilku blogach, na których gdzieś – między fotkami Homera Simpsona a śmiesznymi filmikami z youtube’a - ktoś napisał, że Sendlerowa była Niemką. A nie Polką. A przecież to Polacy ratowali Żydów. Tylko jakoś nie do końca im wyszło.
Na podobny temat
|
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...
krążownik Aurora? czemu nie. tylko, ż...