Nowość w sklepie KP

kepel72dpi_maly.jpg
1proc-male-1proc.png

Komentarze

Biblia pokolenia JP II
 -maciej (1 komentarz)
Platfaszyzm
 -kot (9 komentarzy)
Jak zakazać, żeby nie zakazać?
 -karl.luna (5 komentarzy)

CYTAT DNIA

Uczymy się po to, aby zmieniać świat, a nie po to, aby się do niego
przystosowywać.

Jacek Kuroń
Advertisement
Wolałbym tak Drukuj
Jaś Kapela
Jaś Kapela
  
28.01.2010
„Czym i gdzie jest współczesne pisarstwo” - pyta patetycznie we wstępie wydanej przez Korporację Ha!art antologii Wolałbym nie jej redaktor Grzegorz Jankowicz, ale po lekturze tej cienkiej książeczki trudno uwierzyć w szczerość jego intencji. Zresztą sama lektura może nie wystarczyć. Nie bez powodu tytuł odnosi się do opowiadania Melville’a, które z kolej nie bez powodu w polskim wydaniu zajmuje jedynie skromną część obok poświęconych mu esejów Deleuze’a i Agambena. Nie bez powodu zapewne również redaktor wyboru czuł się w obowiązku by na spotkaniu książce poświęconym streścić swój, prezentując szerokość kontekstów wstęp. W ogóle powodów w całym tym zamieszaniu tak wiele, że wydobyć spośród nich jakiś sens nie jest łatwo. A jednak spróbuję.

Zazwyczaj sens publikowania tematycznych antologii jest prosty jak sam kapitalizm. Kasa. Antologia Listy miłosne na walentynki, a Inne twarze św. Mikołaja z okazji gwiazdki. No i pięknie. Pisarze mają prawo zarabiać na swoim rzemiośle, a z tego co mi wiadomo, nierzadko zdarza się, że druk w antologii może zapewnić autorowi większy zysk niż pierwsza czy druga opublikowana książka. Prawie wszystko może przynieść autorowi większy zyska niż pierwsza czy druga opublikowana książką, ale mniejsza z tym. Dziś nie mówimy o zarabianiu pieniędzy, tylko wręcz przeciwnie. W końcu książkę wydała Korporacja Ha!art, której hasłem jest „wszystko, co się nie opłaca”. A ponieważ wydała też dwie moje książki, to wiem, że nie są to słowa rzucane na wiatr.

Więc skoro nie pieniądze, to co? Bartleby. No, tak. Wiadomo, że jeśli nie chodzi o pieniądze, to chodzi o Bartleby’ego. A jeśli jeszcze tego państwo nie wiedzieli, to już państwo wiedzą. Chodzi o Bartleby’ego - głównego bohatera opowiadania Melville’a, który wypowiadając sławetną formułę „wolałbym nie”, rzuca wyzwanie światu, a może nawet protestuje przeciwko różnym formo zniewolenia. Piszę: „może nawet”, bo tego - jak można przeczytać we wstępie - oczekiwano od autorów zaproszonych do wzięcia udziału w tym projekcie. Lecz piszę „może”, bo równocześnie mam wrażenie, że wbrew tym deklaracjom żadnego wyrazistego protestu się nie spodziewano. Wręcz przeciwnie. Wszystko miało zostać stępione do sflaczałego i nijakiego „wolałbym nie”, które swego czasu wypowiedział enigmatyczny, zajadający się ciasteczkami imbirowymi Bartleby, a które mają teraz za nim powtórzyć grzecznie młodzi pisarze.

Co część zrobiła bardzo bezpośrednio, pisząc, że wolałby nie brać w tym udziału. Natomiast reszta postanowiła jednak coś stworzyć, licząc, albo i nie, że uda im się wymknąć narzucającej się logice antologisty. Logice dość bezlitosnej, choć ponoć ironicznej. Tak przynajmniej podobno należało odbierać słowa Grzegorza Jankowicza, że zrobił listę wszystkich młodych pisarzy i wyszło mu, że jest ich dwudziestu, następnie wysłał im zaproszenia, by wszystkie otrzymane opowiadania opublikować. Dostrzec tu można pewne zapętlenie. Najpierw zapraszamy wszystkich. (Ale tych wszystkich jest dwudziestu i są to tylko ci, którzy przychodzą nam do głowy.) Następnie publikujemy wszystko. (Ale to wszystko, które otrzymaliśmy od tych wszystkich, których wcześniej wybraliśmy.) Pozorna otwartość miesza się tu z rzeczywistym wykluczeniem. Oczywiście nie mam nic przeciwko wykluczaniu. Nie widzę też powodu, dla którego wykluczenie miałoby się odbywać na podstawie pseudoracjonalnych przesłanek jak - dość trudna do określenia w przypadku literatury - jakość. Ale jednak, jeśli poważnie szukamy formuł sprzeciwu, to może należałoby zaprosić kogoś więcej niż krewnych i znajomych królika, których dość spójny wybór prezentuje antologia Wolałbym nie.

Należałoby, ale - jak od początku dowodzę - nie chodzi tak naprawdę o rzeczywiste formuły sprzeciwu, lecz raczej o udowodnienie, że jedyną możliwą jest miałkie „wolałbym nie”. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu lektura opowiadania Melville’a Kopista Bartleby. Melville nigdy nie był jakoś specjalnie ceniony na polskiej giełdzie literackiej i może dlatego nie jestem w stanie docenić wszystkich zalet tej nowelki. Ale po prostu nie wiem, co miałoby być takiego dojmującego i znamiennego w postaci Bartleby’ego i jego „formule sprzeciwu”. Ciekawsza jest już dla mnie postać drobnomieszczańskiego narratora, który wbrew własnemu przekonaniom i rozsądkowi daje się uwieść bierności swojego kopisty. Próbuje mu nawet pomóc. Tylko że jemu nie da się pomóc. Cóż. Nie wszystkim da się pomóc. Nie wszyscy pomocy pragną. Te banalne konstatacja właściwie mogłaby stanowić całą puentę opowiadania, gdyby nie dorobione do niego głębsze filozoficzne konteksty. Więc po pierwsze pretensjonalne wynurzenia Deleuze’a wg którego w tej opowieści chodzi „o nowe urządzenie świata, stworzenie społeczeństwa braci, federacji ludzi i dóbr, wspólnoty anarchistycznych indywidualności”. Gdzież to wszystko autor Anty-Edypa odnalazł pozostanie nieodgadnioną dla mnie zagadką. Zresztą cały esej Deleuza wygląda jak wypracowanie kujonowatego licealisty, które nie wie, co zrobić z pokładami nagromadzonej wiedzy. Przytoczmy jeszcze puentę: „Bartleby nie jest pacjentem, lecz lekarzem chorej Ameryki, Uzdrowicielem, nowym Chrystusem albo naszym bratem”. Ile lat miał wtedy Gilles? Piętnaście? Trochę lepiej jest z Agambenem. Choć jego nieznośnie filologiczna i archeologiczna stylistyka bywa momentami trudna do przejścia. Rozumiem, że może ona uwodzić. Ale trudno się nie oprzeć wrażeniu, że przy retorycznej swadzie Agambena można by dowieść, że dowolny numer „Faktu” mówi nam rewolucyjne rzeczy o życiu i śmierci.
    
To, co najbardziej wpieniające w całym tym projekcie, objawiło się z potężną siła na warszawskim spotkaniu poświęconym książce. Poczynając od tego, że dyskusja o prozie nie mogła się odbyć, o czym już wspomniałem, bez streszczenia teoretycznego wstępu, a kończąc na tym, że w ogóle nie mogła się odbyć. Dwie zaproszone pisarki praktycznie nie zostały dopuszczone do głosu. Więc dyskutowali Jankowicz z Michalskim i Dunin. Przy czym trudno było nie odnieść wrażenia, że dyskutują raczej o swoich problemach z literaturą i pisaniem niż próbują interpretować opowiadania zgromadzone w książce. Jako piewca swoich problemów doskonale to rozumiem, ale podejrzewam, że zgromadzona publiczność mogła być trochę zdziwiona zaistniałą sytuacją. Fajnie, że Jankowicz zrobił sobie antologie, żeby rozliczyć młodą prozę z tego, że nie odpowiada na jego oczekiwania. Tylko trochę słabo, że nie chciał się wczytać, o co jej w takim razie chodzi. Interesujące formuła Michalskiego prozy, która boi się dookreślenia jest interesująca, ale znowuż w znikomym tylko stopniu mam wrażenie odnosi się do opowiadań zawartych w tomie. Z kolej narzekania Kingi Dunin, której nie spodobało się nie pociągnięcie wątku homoseksualnego wykluczenia w opowiadaniu Michała Zygmunta również jawi się absurdalnie. Jako autorka powieści mogła dowolnie rozwijać wszelkie niezbędne wątki, a jednak nie obrodziło to powstaniem wybitnych arcydzieł. Rozumiem, że nie o nie w pisarstwie Dunin chodziło, ale obruszanie się na skądinąd świetne i mierzące się przecież z zaangażowaniem opowiadanie Zygmunta wydaje się bezcelowe.

Zresztą może problem polegał na tym, że wszyscy dyskutujący krytycy w mniejszej (ja na przykład całkiem lubię powieści Michalskiego) lub większej mierze byli niespełnionymi pisarzami. Zbyt skupieni na własnych pomysłach i problemach nie potrafili dostrzec formuł sprzeciwu, które, mimo zapewnień Jankowicza, że można je ograniczyć do „wolałbym nie”, je przekraczają. Najciekawsze jest tu chyba wspomniane opowiadanie Zygmunta, pokazującego sytuację, w której z braku możliwości ucieczki z systemu proponuje jego wykorzystanie dla własnych, perwersyjnych celów. Ale ciekawe też są teksty Żulczyka, Chutnik i Dzido. Pierwszy o dziewczynie, które pozornie tkwiąc w dramacie jakich tysiące okazuje się być jednak zarodkiem partykularności, a co za tym idzie obroną partykularności jako takiej. Z kolej Chutnik ukazuje niemożliwość pogodzenia się z warunkami tego, co dane. I choć ironizuje na temat swojej niezgody, to jednak pozostaje ona trwałą niezgodą. Do tego dodałbym jeszcze może cytat z nie do końca udanego opowiadania Shutego: „gdyby tak na przykład, nie «wolałbym nie», ale «wolałbym tak»? Nie «wolałbym nie», ale «wolałbym tak»?, nie, że ktoś nie chce czegoś, ale że ktoś chce coś, albo nawet nie - że ktoś coś już ma, że zrealizował «chcę», ale chciałby jeszcze więcej, że jest kurewsko łapczywy i że to jego «chcę» to jest właśnie to «wolałby nie», że dramat osadza się na tym, że nie umie nie chcieć…, że chce, a nie może nie chcieć”. Wydaje mi się, że rację ma Shuty. Jeśli już szukać dramatu, to łagodna odmowa i rezygnacja nie jest na niego odpowiedzią. Nie mogąc nie chcieć, musimy negocjować chęci. Rezygnacja z woli nie jest żadnym rozwiązaniem. A przynajmniej można znaleźć jeszcze kilka innych. Tylko po co ich szukać, skoro każdy ma swoje i nie zamierza ich zamieniać na inne? W tej sytuacji trudno się dziwić Marcie Dzido przyznającej, że wolałby nie być tym, do czego zostaje zredukowany w Polsce pisarz.

Na koniec muszę wyjaśnić, że choć tak się rozpisałem, to wciąż nie rozumiem, po co zrobiono tę antologię. Skoro - jak się zdaje - nikogo nie interesuje za bardzo ani ona sama, ani jej teoretyczny background, ani zamieszczona w niej proza. Jako puentę przytoczyć chyba należy wystąpienie pana, który, gdy oddano głos publiczności, wygłosił orację na temat przekleństw w literaturze, których jego zdaniem należy unikać. Tym razem uniknąć się ich nie udało i być może dlatego zebrał takie brawa.

Na podobny temat




  Skomentuj

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły.
Zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »