Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Stowarzyszenie „Długopis za pięć złotych” Drukuj
Jaś Kapela   
26.04.2010
Chciałbyś pomóc dzieciom z domów dziecka? Nic prostszego. Wystarczy kupić długopis. Nie trzeba nawet wychodzić z pracy. Członkowie stowarzyszenia „Długopis za pięć złotych” sami do ciebie przyjdą i zaproponują tę jakże korzystną transakcję. Nasuwają się jednak pewne podstawowe pytania: skąd dzieci w domach dziecka mają tyle długopisów? I dlaczego nagle postanowiły się ich pozbyć? Czy domy dziecka to takie małe obozy pracy, w których dzieciaki produkują długopisy, żeby następnie, za pomocą wynajętych firm, rozprowadzać je po mieście i w ten sposób zarabiać na swoje utrzymanie? Tak zapewne by to wyglądało, gdyby ostatecznie zwyciężyła doktryna opłacalności wszystkiego. Skoro szpitale chcemy zamienić w spółki, to dlaczego by tego samego nie zrobić z domami dziecka. Po co mają bachory siedzieć bezużytecznie, jak mogłyby na siebie zarabiać. A to dopiero plany na przyszłość. Na razie wygląda to trochę inaczej.

Stowarzyszenia nie nazywa się „Długopis za pięć złotych”, lecz „Serce za serce”. Choć nie wiadomo, dlaczego nazywa się stowarzyszeniem, skoro jego głównym celem jest sprzedawanie długopisów i innych gadżetów. To znaczy nie wiedzą ci, którzy uważają, że stowarzyszenia różnią się czymś od firm. A najwyraźniej nie wszyscy tak uważają. A przynajmniej nie ma takiego problemu polskie sądownictwo, skoro stowarzyszenie „Serce za serce” może sobie swobodnie działać jako stowarzyszenie, zajmując się jednak głównie sprzedażą długopisów i innych gadżetów. O tym, że działa swobodnie, świadczy moja dzisiejsza przygoda.

Otóż przyszedł do mnie pan bardzo zdziwiony tym, że mnie nie zna i nie wie, co tu się dzieję, skoro tutaj mieszka. Ja też byłem zdziwiony, że mnie nie zna i nie wie, co tu się dzieję, skoro tutaj mieszka. I moglibyśmy tak szczęśliwie pozostać szczęśliwi w swoim zdziwieniu, gdyby nie to, że „na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy”, pozwolił sobie zażartować gość. Choć nie wiedziałem, że jesteśmy na zebraniu ani nawet, że powinniśmy być. Ale najwyraźniej byliśmy, bo zaczął. Pan chciał, żebym ufundował obiad dziecku z domu dziecka. A mnie nawet nie zdziwiło, że dzieci w domu dziecka nie mają obiadów, bo w ogóle mało co mnie dziwi w tym kraju. Ale zdziwiło mnie, że muszę w tym celu kupić długopis, bo jednak ciągle niektóre rzeczy mnie dziwią.

Jakoś nie sądzę, żebym musiał kupić długopis, żeby dziecko w domu dziecka dostało obiad. Choć rozumiem, że niektórzy muszą sprzedawać długopisy, żeby zarobić na swój. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że to nie są te same osoby – jak sobie żartowałem na początku tego felietonu. Moją nadzieję potwierdził szybki internetowy risercz. Rzeczywiście to nie dzieci z domu dziecka pracują w stowarzyszeniu „Serce za serce”, ani nawet nie wolontariusze, jak zdarzyło się twierdzić pani prezes stowarzyszenia Justynie Hagemajer, tylko zwykli pracownicy zatrudniani na czas nieokreślony i mamieni nadziejami, że po kilku miesiącach wciskaniu ludziom na ulicach gadżetów,  zostaną zatrudnieni na wysokopłatnej posadzie w biurze. Mniej upokarzającej niż żebranie w imieniu dzieci z domów dziecka z prowizją 30% od długopisu. Obietnicami pracy biurowej mami się już na etapie ogłoszeń w gazetach i dopiero potem okazuje się, że najpierw trzeba przejść okres szkoleniowy. Niestety nie ma dowodów na to, że ktoś ten okres szkoleniowy przeszedł.

Zważywszy na to, że działalność firmy „Serce za serce” ogranicza się do akwizycyjnej sprzedaży długopisów i innych gadżetów, trudno sobie wyobrazić, co ci pracownicy biurowi mieliby właściwie robić. Zapewne nic i być może dlatego oferta takiej pracy brzmi tak dobrze. Szkoda tylko, że nie jest prawdziwa. I wcale mnie nie pociesza, że zapewne część pieniędzy ze sprzedawanych długopisów naprawdę przekazywana jest domów dziecka. Nie tylko dlatego, że nie bardzo wiadomo, jaka to część, choć nie wiadomo. Wiadomo, że nie na tyle wielka, żeby dyrektorzy tych domów o niej pamiętali. Choć po przeszukaniu dokumentów udawało się odnaleźć jakieś potwierdzenia przelewów. Wiadomo też, że po prowizji dla pracownika, dla pań prezesek, koszcie utrzymania lokali i długopisów, niewiele może zostać dla dzieci. Ale dlaczego miałoby? Dzieci w domach dziecka dostają obiady. Co prawda jakieś pieniądze zawsze się przydadzą. Ale przecież nie tylko dzieciom, ale też bezrobotnym. Więc może powinniśmy podziękować paniom z stowarzyszenia „Serce za serce”, że zwiększają zatrudnienie. Choć osobiście wolę żebractwo niezinstytucjonalizowane, to może to tylko kwestia moich perwersyjnych upodobań. Które z pewnością szybko bym zmienił, gdybym dostawał 30-procentową marżę od każdego sprzedanego upodobania. Ale na razie wciąż mi tej pewności brak.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.05208 Seconds