Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Przypowieść o synu marnotrawnym i wieży Babel |
|
|
Jaś Kapela
|
|
23.11.2009 |
Gdy napisałem poprzedni felieton, żartowałem sobie, że powinienem pisać wyłącznie o swojej rodzinie, bo tak jakoś wyszło, że teksty poświęcone moim rodzicom były najbardziej „polityczne”. A przynajmniej w największym stopniu tyczyły się krytyki „neoliberalnego konsensusu”.
Używam tych określeń w cudzysłowie i z pewnym obrzydzeniem. A to dlatego, że, wyczulony na brzmienie języka, mam poczucie kryjącego się za nimi fałszu. Bynajmniej nie dlatego, żebym sądził, że świata, w którym żyjemy, się one nie tyczą. Bo wręcz przeciwnie. To z czym mamy do czynienia, można z pewnością określić jako neoliberalny konsensus. A problemy, z którymi się stykamy na co dzień, są w dużej mierze polityczne, a nie techniczne, jakby to chcieli nam niejednokrotnie wmówić. Na czym polega zatem ich fałsz, skoro w miarodajny sposób opisują postrzegalną rzeczywistość? Między innymi na tym, że ze święcą trzeba by szukać kogoś, kto, bez ironii, powiedziałby o sobie, że jest piewcą „neoliberalnego konsensusu”. I czy muszę dodawać, że szukanie ze świecą w erze google’a nie jest najbardziej efektywną działalnością? Zresztą nawet, gdy kogoś takiego znajdziemy, to będzie on zapewne przedstawicielem jakieś marginalnej mniejszości kryjącej się gdzieś w ciemnych magazynach rynkowego fundamentalizmu spod znaku UPR. Dyskutować z mniejszością jej językiem może być interesującym i pobudzającym hobby, a jednak trudno uciec od skojarzeń z bractwami tolkienowskimi spotykającymi się, by pogadać po elficku. Co z tego, że mamy rację, skoro mówimy po elficku?
Piszę o tej nieprzetłumaczalności kategorii, bo mój tekst spotkał się ze znamienną reakcją na forum wielodzietni.org. Ktoś w wątku „Niebezpieczne związki” doniósł: „Daleko mi do osądzania ludzi, ale ciekawe jest, że rodzicielka jednego ze sztandarowych publicystów Krytyki Politycznej jest wiceprezesem stowarzyszenia rodzin Trzy Plus.” Wszystko w tym zdaniu mnie mierzwi. Począwszy od pierwszych słów, które jawnie przeczą swojemu znaczeniu, a kończąc na tym, co być może spowodowane jest oczywistą nieznajomością realiów, jak łatwo po trzech tygodniach pisania felietonów zostać „sztandarowym publicystą”. No dobra. Wiele więcej w tym zdaniu nie ma. Poza samą plotkarską intencją. Poniekąd zrozumiałą. Ostatecznie dobrze wiedzieć, kto jest kim. Ja przynajmniej lubię wiedzieć, więc mnie to nie dziwi. Nie dziwi mnie też coś innego, a jednak dlatego o tym piszę: dlaczego mój tekst w sposób otwarty i bezpośredni poruszający, interesujący chyba wszystkich na stronie wielodzietni.org, temat braku polityki rodzinnej, jest komentowany wyłącznie w kategoriach towarzyskiej ciekawostki. Na dodatek dość podłej w swym zamiarze, bo kawałek dalej autor stwierdza również: „syn jej się wyrodził”. Nie będąc przekonany, że „urodziłem się innym, gorszym niż reszta rodziny”, nie mogę za bardzo polemizować z takim stwierdzeniem. Zresztą zapewne też dlatego, że w moim słowniku nie ma takiego zwrotu. I znowu wracamy do kwestii języka. O którym oczywiście wiemy, że jego granice są granicami naszego świata. O których oczywiście marzymy, że należałoby je przekroczyć, skoro nasze cele i marzenia mogą być czasami zbieżne. Tak jest chyba na przykład z polityką prorodzinną i ubóstwem dzieci, czy nawet szeroko pojętą polityką społeczną, do których to kwestii większość czytających zarówno „Krytykę Polityczną” jaki i wielodzietnych.org byłaby skłonna się zgodzić, że są źle, jeśli nie wręcz skandalicznie, uporządkowane.
A jednak łatwiej i przyjemniej się zastanawiać, kto się wyrodził i dlaczego, niż podjąć próbę zrozumienia wyrodzonej strony, która, nawet jeśli „inna i gorsza”, może mieć swoje opinie i racje. Być może nawet nie takie wyrodne, skoro zbieżne, nawet jeśli nazywa je jakoś dziwnie „neoliberalnym konsensusem”. Dlatego staram się takich zwrotów nie nadużywać. Ale co z tego? Skoro nawet ich brak nie prowadzi do porozumienia. Skoro łatwiej nie lubić tych, których się nie lubi, dlatego, że ich się nie lubi i vice versa, nie zastanawiając się nad sensem, tego, co mówią, i ze słodkim uśmiechem samozadowolenia płynąć niosącym nas nurtem. Być może jednak coś. A być może nic. I zawsze już będę chwalcą cywilizacji śmierci, mordercą nienarodzonych dzieci i synem marnotrawnym.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 23.11.2009 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...