„Gazetę Wyborczą” czytam tylko, gdy piszą w niej o mnie. Żart. Ale czasami żałuję, że nie jest to prawda. Na przykład wczoraj. Wczoraj tak się złożyło, że pisali trochę o mnie, a właściwie nie o mnie, tylko o sposobach promocji literatury. Niestety zamiast skończyć na przejrzeniu tego artykułu i odłożeniu gazety tam, gdzie jej miejsce, czyli na stojak z prasą i ulotkami, zacząłem czytać dalej. Dalej mój ulubiony profesor i publicysta - o jak zawsze nienagannej fryzurze, która zapewne, podobnie jak u Samsona, stanowi źródło jego mądrości i siły – Janusz Majcherek stawia błyskotliwą tezę: „Tylko bieda wygna ludzi ze wsi do miast. Tylko w miastach znajdą produktywną pracę”.
Jak rozumiem, ta produktywna praca ma polegać na sprzątaniu mieszkania profesora Majcherka. Nieważna jest edukacja i rozwój infrastruktury (choćby internetu), która może aktywizować ludzi niezależnie do miejsca zamieszkania. Ważne jest, żeby ludzie mieszkali w mieście. A dowodem na to ma być, że rodzice profesora Majcherka mieszkali na wsi i przenieśli się do miasta, dzięki czemu pan profesor mógł zostać profesorem. Bardzo to piękny przykład emancypacji, ale mam wrażenie, że nie jest on regułą. Choć oczywiście byłoby wspaniale, gdybym się mylił. Któregoś dnia wszyscy przeniesiemy się do miasta, a nasze dzieci będę profesorami. Na razie jest tak, jak jest.
To ciekawe, że podobne poglądy głosił również pan Balcerowicz. Zastanawiające jest to marzenie, że wystarczy przenieść ludzi z jednego miejsca do innego, żeby im pomóc. Zaskakująco bliski do pomysłów wrocławskich licealistów w kwestii żebraków, choć w przeciwnym kierunku idący. Jakie były to pomysły? „Po pierwsze, wprowadzić «zakaz wjazdu do miasta dla wszelkich osób podejrzanych o brak środków do życia». Po drugie, «deportować» tych, którzy zdążyli już do nas wjechać, «zatrudnić ekipę, która ich sprzątnie» i «eksmitować ich do miejsc urodzenia»”.
Ogólne wnioski na temat tego, co zrobić z biednymi, nasuwają się oczywiste: przenieść ich gdzie indziej. Biedni zresztą też to po części rozumieją. Czasami nawet rozumieją to tak okrutnie dobrze, że wsiadają na pontony czy inne tratwy, i próbują przepłynąć jakiś oceany. Profesor Janusz Majcherek martwi się jednak, że nasi polscy biedni nie są równie zdesperowani. Co gorsza, nie dysponujemy żadnym oceanem, więc sprawa jest prawie że beznadzieja. Aczkolwiek oczywiście życzę panu profesorowi powodzenia. Niestety społeczeństwo najwyraźniej nie podziela poglądów Majcherka, a wręcz złośliwie, przenosi się na wieś, zamiast sprowadzać się do - stwarzającego możliwości bycia produktywnym – miasta.
Ktoś mógłby pomyśleć, że to może dlatego, że wraz z rozwojem sieci teleinformatycznych wiele zajęć można wykonywać na odległość. Ktoś inny mógłby dodać, że wiele osób, którym udaje się dorobić, wyprowadza się na wieś, bo tam żyje im się lepiej. Jeszcze inni mogliby bezczelnie zauważyć, że życie na wsi jest znacznie tańsze i nawet ludzie pracujący w mieście mieszkają na przedmieściach czy wsiach, bo po prostu ich nie stać, żeby to zmienić. Zresztą nie trzeba nawet nic mówić. Wystarczy sobie przez chwilę postać przy dworcu wileńskim i popatrzeć na wylewający się z autobusów i pociągów tłum. Robię to od lat, a ciągle zaskakują mnie nazwy miejscowości wypisane na czole aut. Ale oczywiście profesor Majcherek ma dla nich jedną odpowiedź: to wszystko dlatego, że nie są dość biedni. Czego sobie i państwu życzę. A szczególnie panu profesorowi Majcherkowi. Wygląda na to, że ciągle nie jest dość biedny, żeby móc wypowiadać się na temat, kto i gdzie powinien mieszkać.
Na podobny temat
|
Drogi Cezary, chyba nikt cie nie czyt...
W ostatnich dniach minister Zdrojewsk...