Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Jak przetłumaczyć hamburgera na polski? Drukuj
Jaś Kapela   
28.04.2010

Podobno na początku lat dziewięćdziesiątych w środowisku filmowym pojawiły się dość oryginalne pomysł na to, jak wyśrubować poziom polskiego kina. Idea opierała się na tym, żeby w ogóle nie produkować filmów rozrywkowych, a jedynie tzw. kino ambitne. Filmy komercyjne byłyby sprowadzane z zagranicy, dzięki czemu więcej można by wydawać na produkcję kina autorskiego. Te szlachetne skądinąd pomysły przepadły razem z wieloma innymi, może nawet bardziej szlachetnymi, w starciu z wszechogarniającą doktryną wolnego rynku. Teraz sytuacja wygląda zgoła inaczej. Młodzi filmowcy tłumaczą mi, że im więcej powstanie filmów w rodzaju Ciacha, tym lepiej, bo dzięki temu PISF będzie miał więcej pieniędzy na ich dzieła. Czy ta logika jest logiką idealną, mam pewne wątpliwości. W każdym razie nie da się ukryć, że polscy widzowie pragną polskiej rozrywki, aczkolwiek pewne elity mogą sądzić, że gówno smakuje tak samo wszędzie, więc co za różnica, czy żywić widzów będziemy guanem krajowym, czy też pochodzenia zagranicznego. Otóż różnica jest kluczowa. Własne guano zawsze smakuje lepiej.

Zresztą nie tylko guano. Jakkolwiek można by się kłócić, czy Szymborska jest najlepszą poetką na świecie, o tyle trudno zaprzeczyć, że żaden inny poeta nie osiąga takich nakładów. Nie musi to być kwestia patriotyzmu, ale pewnej realnej wspólnotowości. Z kolegą z ławki, ulicy czy miasta często łatwiej się porozumieć, niż z kimś, kto naszej ławki, ulicy czy miasta nie widział na oczy, nie mówiąc o tym, że można nawet nie wiedzieć, co te pojęcia znaczą, bo tam gdzie on żyje, ławek nie uświadczysz. Skąd ma więc wiedzieć, jaki to folklor i ile przygód może się wiązać z siedzeniem w ławce, na ławce, pod ławką czy też z ławką w dłoni jako ostatecznym orężem? Oczywiście wiedzieć tego nie może. Co go nie przekreśla, ale w naturalny sposób sprawia, że to, co może mieć do powiedzenia, bywa mniej interesujące. Żyjemy w pewnych przestrzeniach symbolicznych, w których te same znaki nie zawsze znaczą to samo.


Po tym przydługim wstępie czas przejść do tak zwanego sedna. Polski „Vice” to straszne nudy. Być może właśnie dlatego, że redaktorom wydawało się, że wystarczy przetłumaczyć parę tekstów na polski i dać trochę fotek i będzie cool. Ale najwyraźniej nie zorientowali się, że cool nie jest już dżezi. Dżezi, co prawda też nie jest pewnie dżezi. I być może nie wiem, jak się teraz mówi na cool. Ale jednak dość dobrze znam się na tym, co fajne nie jest. No i „Vice” fajny nie jest. A przecież powinien. Bo na tym się cały opiera.


Dlaczego nie jest? Oczywiście dlatego, że potraktował zawartość jak przysłowiową kaszanę, którą wystarczy przetłumaczyć z uniwersalnego na nasz i będzie smakowała tak samo. A może nawet lepiej. Bo wiadomo. Zagraniczna kaszana lepsza jest. Może i jest. Ale mi osobiście kaszana tłumaczona z angielskiego na polski nie wydaje się już tak apetyczna. Co więcej, wydaje mi się kaszaną przetłumaczoną z angielskiego na polski. A nie naszą swojską kaszanką. Lenistwo wydawców posunięte jest do tego stopnia, że niektórych działów nawet tłumaczyć im się nie chciało. Co zresztą może zrozumiałem. DOs & DON’Ts przetłumaczone wyjątkowo raziłoby swoim brakiem uniwersalności. Koloryt lokalny bije tu z każdego zdania. Niestety nie polskiego „Vice” nie stać na wymyślenie polskich DOs & DON’Ts. Zresztą, po co się męczyć? Przecież żyjemy w globalnej wiosce i hamburgery wszędzie smakują tak samo.


Komu smakują, temu smakują. Nie wszystkim jednak smakują i dlatego mamy bary mleczne oraz kebaby. Ale o tym się z „Vice” nie dowiemy. A jeśli się nawet dowiemy o jakichś kebabach, to wyłącznie berlińskich czy nowojorskich. Być może kompleks prowincji sprawia, że można się cieszyć, że w Berlinie mają dobre kebaby. A jednak będzie to radość zapośredniczona. Najbardziej polskie są w „Vice” bodajże reklamy Playa. Zresztą reklamy w ogóle. Np. reklama agencji reklamowej, która się chwali, że wie, co to WEB 2.0, ale nie musi. No i super. Nie ma to jak zdrowa ignorancja. Najjaśniejszym elementem w całym tym przedruku wydają się recenzje Kamila Antosiewicza. Ale kilka recenzji to jednak trochę mało. Pisanie o płytach i grach może być fajne. Ale najfajniejsze jest oczywiście recenzowanie filmów porno. Ale najwyraźniej zbyt fajne dla polskich autorów. Bo tu też trzeba było skorzystać z bazy tłumaczeń. Rozumiem, że może nie ma w Polsce fajnych pisarzy. Ale już nie da się tego powiedzieć o fotografach. Więc zdjęć chyba nie trzeba było ściągać z wydań zagranicznych. Ale tak pewnie było taniej.


Cały zresztą polski „Vice” wydaje się jakiś tani, mało kontrowersyjny i nie bardzo wiem, jak miałby kogoś jarać. A przecież na tym powinien się opierać. Znamienne jest, że po katastrofie pod Smoleńskiem na facebookowym profilu „Vice” można było przeczytać, że w obliczu takiej tragedii zamykają mordy. Skąd ten szacunek dla polskiej państwowości? Oczywiście była to również tragedia ludzka, ale przecież codziennie więcej osób ginie na drogach, o głodzie nie wspominając, więc właściwie „Vice” powinien trzymać mordę zamkniętą non stop. I właściwie trzyma. Wszystko, co nam proponuje, dawno już widzieliśmy i czytaliśmy w internecie. To, czego nie widzieliśmy i nie czytaliśmy, to kilka recenzji i parę reklam. Reklamy bywają fajne. W „Vice” powinny być bawet bardzo. To swojej ogólnej cynicznej, hipsterskiej kontrkulturowości zawdzięcza swój sukces. Reklamy powinny wpisywać się w ten przewrotny sznyt kapitalizmu kognitywnego. Ale reklamy w polskim „Vice” są tak samo nudne i przewidywalne jak cała reszta. Więc nie wróżę tej gazetce sukcesu. Choć przecież trochę chciałem. Bo skoro już musimy żyć z reklamami czy nawet żyć z reklam, jak robi to „Vice”, to niech one przynajmniej będą fajne, niech dowodzą, że ludzie w agencjach też myślą, a nie są tylko tłukami na usługach kapitału. Bo ludzie w agencjach reklamowych i redakcjach, które z tych reklam żyją, oczywiście nie zawsze są tłukami na usługach kapitału. Niestety polski „Vice” nie jest na to dowodem. Żądamy lepszego „Vice”!

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.88095 Seconds